`oddajmy cześć dla zmarłych

    Obserwując starsze pokolenie w mojej rodzinie odnoszę wrażenie, że kiedyś dużo większą wagę przywiązywano do oddawaniu czci, pamiętaniu o zmarłych. Nie pamiętam żadnych imienin, nie obchodzę ich. Nie wiem nawet kiedy miała urodziny moja prababcia, babcia czy pradziadek, którzy umarli. Mieszkam też z dziadkiem, który zawsze, ale to zawsze odwiedza cmentarz. Każda niedziela, imieniny, urodziny, dzień matki, dziadka, babci, wszystko. Naprawdę. Ja nie odczuwam takiej chęci, potrzeby. To nie tak, że nie mam szacunku do przodków, których pamiętam, a którzy już nie są tutaj, ze mną. To chyba po prostu kwestia pokolenia. Mnie tego nie uczono, może mojego dziadka - tak.

    Nigdy nad tym nie myślałem, ale przyszło mi to do głowy, gdy akurat słyszałem kawałek rozmowy dziadka. Kult cmentarny jest może też związany z tym, że im bliżej, niż mnie? Może to po prostu przychodzi z wiekiem?

`zmień swoje gacie jak tak bardzo potrzebujesz zmian

    Jestem zmęczony. Nie, nie życiem. I nie, nie zamierzam ze sobą skończyć. Jestem zmęczony tym, czego ludzie ode mnie oczekują. Ponad pół roku temu sam doszedłem do wniosku, że czas się zmienić. Swoje wartości, podejście do życia i ludzi. To była moja decyzja, chociaż wynikła ona ze względu na ciąg wydarzeń. Nie znoszę jednak tego, jak to się w chwili obecnej odbija na mnie. Dużo osób wie, że staram się być inny. Lepszy, dla siebie, dla świata, dla innych ludzi. Bez przesady, nie wchodzę wszystkim w dupę. Raczej chodzi o bycie dobrym dla bliskich mi ludzi, czego kiedyś mi brakowało. I co? Ha. No właśnie. Dlaczego zawsze moi znajomi mają jakieś wąty do mnie? Nie wszyscy, ale ta konkretna o której myślę - owszem. Za każdym razem jest coś, co jej nie odpowiada. I wiecie co? To mnie wkurwia. Ile można? Ile mogę wytrzymywać ciągłego "zmień to", "zmień tamto", "nie rób tak", "nie rób inaczej". Co ja, kurwa jestem? Człowiek idealny, tylko tu i teraz możesz ulepić sobie z plasteliny cudownego kumpla?

    Napiszę raz, a wyraźnie: jeśli to jest Waszym celem, drodzy koledzy i koleżanki, to jebcie się. Nie będę się wiecznie zmieniał. Nie będę zmieniał każdej części tego, jaki jestem, bo Wam ta część właśnie nie odpowiada.

Przez filmy z morthem - "Spring breakers"


Spring Breakers (2012)
www.filmweb.pl
   Tytuł: Spring Breakers
Gatunek: Dramat
Produkcja: USA
Premiera: 5 kwiecień 2013 (Polska), 5 wrzesień 2012 (świat)
Reżyseria i scenariusz: Harmony Korine

     To jeden z tych tytułów, które oglądasz z nieco zdezorientowaną miną i pod koniec całej historii, która trwa półtorej godziny... absolutnie nie wiesz o co chodziło i co się w zasadzie wydarzyło! Witamy w "Spring Breakers".
    O czym? Jest kilka nastolatek, cztery dokładnie, które mieszkają w jakiejś niewielkiej pipidówie. Ich głównym, zdawałoby się, życiowym celem jest wyjechanie z rodzinnego miasta chociażby na ferie, na wakacje, odpoczynek, cokolwiek. Trzy z nich są absolutnie zdemoralizowane, a jedna w miarę normalna. Wyjeżdżają, aby się zabawić, rozerwać, pożyć innym życiem. I ja, jako widz spodziewałem się imprez, oczywiście. Nawet tych do białego rana. Ale tego, co przedstawił mi film - niekoniecznie, chociaż może powinienem. Brak pieniędzy równa się napad na sklepik lub knajpę, bo przecież zarobić to taka żmudna sprawa. Zasady? Jakie zasady? Bez żadnych hamulców imprezowanie cały czas, alkohol, narkotyki. To ponoć powieść o szalonych i wyzwolonych dziewczynach - jak dla mnie o głupich nastolatkach, które się trochę w tym szaleństwie zagalopowały.
    Dlaczego sięgnąłem do tego tytułu? Chyba z powodu aktorek w głównych rolach. Znaleźć tam możemy Vanessę Hudgens, znaną z "High School Musical" i Selenę Gomez, na przykład. Dwie gwiazdki Disney'a. Byłem ciekaw.
    Czym więc ta produkcja może być? Jak dla mnie to szyderstwo w czystej postaci. Znacie te teledyski muzyczne, prawda? Masa nagich lub prawie nagich kobiet, wijących się do muzyki, mężczyźni wytatuowani od głowy po czubki palców u stóp (i żeby nie było, tatuaże są sexy!) z wielkimi łańcuchami i podkreślający jacy to oni są gansta. Być może nawet z tego, jak ludzie postrzegają seks. Bo chyba coś jednak w tym jest, prawda? Niektórzy ludzie właśnie tak widzą zabawę, właśnie to jest ich wizją współżycia.
    To taka współczesna apokalipsa, w której następuje upadek moralności i degeneracja grup społecznych. Interesująca, ale raczej nie sprawiająca, że sięgnę po ten tytuł po raz kolejny.
    I wiecie co? Może ten film ma jakiś sens, w głębi. Może jest tak, jak napisałem powyżej - że to metafora, wizja taka lub owaka. Ale żeby dojść do takich wniosków musiałem obejrzeć film jeszcze raz i poczytać kilka recenzji i opisów, by w ogóle dopatrzeć się tego pod wpływem sugestii. Inaczej, przysięgam, dla mnie film miał początek, ale nie miał końca. Nie zrozumiałem o co chodziło w całokształcie. Według mnie szopka i tyle. To trochę za dużo jak na coś, co miało mieć głębie. Za dużo nonsensu w teoretycznym sensie.

4,5/10
Bo ogólne wrażenie pozostawiło jakiś niesmak. 

`perypetie z podróży

    Wczorajszy dzień nie był moim najlepszym dniem życia, zdecydowanie nie. Jakiś czas temu zdecydowałem się w końcu zapisać do ważnego dla mnie lekarza, który jednak znajduje się w Łodzi. I wczoraj właśnie miała odbyć się wizyta. Więc wsiadam w ten pociąg o 4:10 rano, a ponieważ nie ma bezpośredniego, to jadę z przesiadką w Warszawie. I dobra. Po siódmej nachodzi mnie myśl, że może jednak zadzwonić tam do lekarza, potwierdzić moje przybycie, bo jednak jadę z Białegostoku. Ale wtedy myślę sobie, że przecież gdyby odwołali, to bym dostał telefon. No to jadę. Sześć godzin w jedną stronę, 39 zł w jedną stronę. Jadę.
Jestem na miejscu. Współczuję w tym momencie WSZYSTKIM, którzy mieszkają w Łodzi. Narzekam na własne, ale to jest dopiero porażką. Brzydkie, zaniedbane, wygląda jak na slumsach. Znakomita większość miasta. Zadziwiająco szybko odnalazłem się w terenie, czego się nie spodziewałem. I na miejscu, uwaga, dowiaduję się, że lekarka ma pogrzeb i niestety, ma dziś wolne. No i wszystko szlag jasny trafił. Pyta, czy wizyta może być na dzisiaj i czy mam możliwość jakiegoś noclegu. A ja, że nie, w kieszeni mam tylko tyle co na powrót i jakieś drobiazgi, nic ponadto. Znajomych w Łodzi jak na lekarstwo, kilka z legionu w Aionie, ale znam ich niespełna tydzień, no do diabła ciężkiego.
    Wizyta na piętnastego przełożona, wracam. W stronę lekarza jadę tramwajem, ale jak pojechać z powrotem na dworzec? Idę na przystanek autobusowo-tramwajowy, a tam dupa, nie ma chcianej przeze mnie szóstki lub piątki, jest tylko szóstka nocna. Niech to cholera weźmie. No to co, taksówka, bo pociąg za dwadzieścia minut. Tylko nie mam numeru. Rozglądam się, może gdzieś jakaś stoi. A gdzie tam. Niby jakiś targ obok, ale taksówki ni widu, ni słychu. Jakaś przejeżdża, jest numer. Zapisuję, dzwonię. Nie ma takiego numeru. No chyba sobie kpicie?! Wracam do lekarki, szuka ona w Internecie. Nie potrafi znaleźć. Ręce mi opadły. Poszła zapytać kogoś. Dostałem numer, dzwonię. Taksówka przyjedzie za pięć minut. Ave legiony. Podjechała. Jestem na miejscu w kilka chwil, płacę trzynaście złotych. Nie jest źle. Idę kupić bilet do domu. Mówię, że ma być uczniowski i szukam peronu. Łódź Chojny to TAK WIELKIE ZADUPIE, że ma tylko dwa perony, a pociąg regionalny w jakąkolwiek stronę nie jest oznaczony, że jedzie tu albo tam - domyśl się, ha. No nic, wsiadłem, jadę. Konduktor prosi o bilety. Następnie o legitymację. I nagle dowiaduję się, że mam bilet studencki. Ja zdębiały patrzę na świstek papieru i faktycznie. Jak wół. Od dziś, moi mili, uczniowski to to samo co studencki. A mówiłem, kurwa. Patrzę na drugi bilet, z Warszawy do Białegostoku i to samo. Dubel, też studencki. No i co ja mam zrobić, dopłacam konduktorowi różnicę. Jestem już w Warszawie, zapas czterdziestu pięciu minut czasu. Idę więc do okienka z biletami by wymienić ten swój na taki z 37% ulgi. I dowiaduję się, że nie niestety, to nie tu. Mam iść na piętro, do auli czy czegoś i w informacji to wykonać. Tak, mówimy o Warszawie Centralnej. To idę. Numerek. I czekamy. Czas się kurczy. Moja kolej, bilet wymieniony, różnica zapłacona. Jeszcze trochę czasu jest. Idę więc do łazienki, a kolejno do Starbucksa. Kupuję cudowną mochę z lodem i dodatkową czekoladą. Sprzedawca pyta mnie o imię, a na dźwięk nie damskiego, a męskiego "Dawid" aż się zdziwił, ale to mnie rozbawiło. Wracam na dworzec, zaraz powinien być pociąg. A guzik, opóźnienie dwadzieścia minut. To idę do Subway'a kupić sobie kanapkę. Kupiłem, taką małą, bo myślałem, że zaraz będzie pociąg, więc niedługo wrócę do domu. Wydłużyli czas opóźnienia o dziesięć minut, pięć, kolejne dwadzieścia i czterdzieści. W sumie wyszło sto minut opóźnienia, gdybym wiedział o tym od razu, poszedłbym do Subway'a kupić kolejną kanapkę, przeszedłbym się po całym centrum, może gdzieś jeszcze, ale po co informować o tym z góry. No po co! No nic, dojeżdżam w końcu do Białegostoku, autobus był osiem minut temu. Pomyślałem, że taksówka wyniesie mnie z dziesięć złotych, bo tak zwykle to kosztuje, więc pojadę w ten sposób do domu, bo nie mam siły czekać na mpk. Idę, mówię gdzie i jadę. Koniec trasy, siedemnaście złotych. CO KURWA?! Ile?! Od kiedy?! W nocy kosztuje dziewięć osiemdziesiąt... O wy... Czyli nocą jest TANIEJ? Wkurwiony, zmęczony i zrezygnowany, ale w przedziwny sposób rozbawiony wracam do domu, biorę spaghetti, jem sobie, odpisuję na posty na forum i... Zasypiam.

    Pomyśleć, że za tydzień czeka mnie dubel z podróży - aż się odechciewa. Szczególnie, że wtedy nie wiem czy będę miał pociąg do Białegostoku, bo możliwe, że nie będę. Yay. Tak czy inaczej. Nie stać mnie na kolejną taką podróż, więc będę musiał prosić matki o pomoc. Jak cudownie.

Wspomniałem o forum. Chciałbym zaprosić Was do niego. Jeśli lubicie RPG, pisać i spędzać czas na tworzeniu fabuły jaka Wam się zamarzy to zapraszam na Rainbow RPG. Forum dopiero zaczyna, powstało dosłownie "na dniach", wobec tego niewielu jest ludzi i niewiele możecie jeszcze tam zobaczyć. Niemniej jednak poziom raczej niski nie będzie, a każdy może spróbować swoich sił i po prostu dobrze się bawić. Oczywiście także mam tam swoją postać, ale kto to jest - pozwolę sobie nie zdradzić, szukacie sami! Administratorką jest moja serdeczna koleżanka, także polecam, raczej będzie pozytywnie. Już my się o to postaramy.

+ dwa zdjęcia z podróży na Instagramie!

Wśród gier skacze morth - Beemov, czyli gry dla dziewczyn.


    Pierwszy raz tak nietypowa forma materiału, do którego zachęcam. Odpowiadając na pytania, które mogą paść - tak, naprawdę mam taki głos. Mikrofon co prawda trochę zmienia, ale pomimo wszystko brzmię równie babsko, co możecie usłyszeć. I tak, mam dwadzieścia lat. I tak, jestem chłopakiem. Nie pokażę Wam dowodu osobistego, bo to by było lekką przesadą, ale z całą pewnością jestem tym, kim jestem. Nagranie powstało wówczas, gdy miałem problemy z klawiaturą i nie była ona sprawna. Niestety z braku czasu dodaję materiał dopiero teraz.

    Dziś mowa o firmie Beemoov, a raczej grach, które są ich dziełami, a które głównie tytułowane są dla płci pięknej. W teorii. W praktyce, bywa różnie. Próbuję ustalić odpowiedź na pytanie "Dlaczego dziewczyny grają w tego typu produkcje?".
    Jak w filmiku można usłyszeć (jest to audiolog, trwający 25 min.) są oni autorami trzech tytułów: Miss Fashion, Słodki Flirt i Cromimi. O co chodzi w grach, możecie posłuchać na nagraniu.


Dajcie znać co sądzicie o tej nietypowej formie.

`wiek nie ma znaczenia - charakter i mentalność człowieka się liczy

lubczasopismo.salon24.pl

    Kończę właśnie drugi semestr liceum ogólnokształcącego. Mam prawie dwadzieścia lat, a mojej grupie na zajęcia jestem gdzieś po środku wiekowo - ani nie najmłodszy, ale też i nie najstarszy. Po roku znajomości z tą garstką, która się została (z trzydziestu sześciu zadeklarowanych osób pozostało zaledwie dziewięć) umówiliśmy się na piwo. Ot, wyjść, porozmawiać, a także "zintegrować się".
    Mając w środowisku trójkę osób, w tym dwie znacznie, które przewyższały mnie wiekiem i doświadczeniem stwierdziłem, że z pewnością nie spotka mnie tego typu nieprzyjemność, jaka miała miejsce. Nie lubię bowiem ludzi, którzy nie rozumieją prostych komunikatów. Być może jestem osobą interesującą, ciekawą - taką, którą chce się mieć przy sobie jak najdłużej. I nawet z jakiś względów może być to w porządku dla wszystkich. Niestety (albo stety) jestem też osobą asertywną, nie bojącą się mówić głośno "nie". I tak też było tym razem. Po kilku godzinach śmiania się i paru incydentach, w którym myślałem, że nasze najstarsze towarzystwo rozszarpie się na kawałki przyszedł czas, gdy robiło się chłodno i mało przyjemnie. Padł pomysł, aby pojechać do jednego z nich, wypić jeszcze kilka piw, zjeść pizzę i posiedzieć, dalej radośnie konwersując. Minęło już jednak kilka godzin i nawet nie planowałem, że będę tak długo na tym spotkaniu, wobec tego ja i kilka innych osób grzecznie stwierdziło, że my sobie pójdziemy do domu. I teraz, tak, gdy mówię "nie" oznacza to "nie". Nie zawsze tak było i nie we wszystkim, ale od jakiegoś czasu staram się nie rzucać słów na wiatr.
    Nie twierdzę, że nie ma ludzi, których to "nie" nie dotyczy i z którymi mogę przebywać długi okres czasu bez żadnego dyskomfortu. Są tacy, jest ich niewielu, ale istnieją. Znajomi z grupy, z całym szacunkiem, ale do nich nie należą z kilku względów, o których mówić nie ma sensu.
    Krótko mówiąc - jeśli ktoś chce się "wbić innej osobie na chatę" to w porządku, szanuję. Ale słowa od dorosłych ludzi, mających żony i dzieci, będących po trzydziestce, że to niekulturalnie powiedzieć po prostu "nie"... Ręce mi opadły, bo większa część tych młodszych z nas nie uroniła choćby słowa tego typu. Nie próbujcie mi wmawiać, że coś co jest jasne, klarowne i z taktem jest nie na miejscu i niegrzeczne dla ogółu, bo tak wcale nie jest. Nie mam pięćdziesięciu lat, ale też nie mam pięciu. Swój rozum posiadam i wykorzystuję go.

`życie nie jest fair i nie spodziewaj się, że będziesz tak traktowany

    W wyniku różnych powikłań moje prowadzenie bloga - prywatnego, jak i tego związanego z szkołą - zawisło na włosku. Długo materiały się nie ukazywały, brakowało czasu, możliwości i chęci. Przykre, ale prawdziwe życie. Szkoda tylko, że zostałem w szkole potraktowany jak gówno i nawet nie zaliczono mi informatyki chociażby na czwórkę (w umowie była szóstka, ale faktycznie - materiały się nie pokazywały). Niemniej jednak to nie oznacza, że tak po prostu podkulę ogon. Wymyśliłem co innego i zobaczymy, jak wyjdzie. Czas pokaże.

    W ramach tejże tematyki powiem jeszcze tylko, że walka o cudowne alimenty od ojca trwają. A raczej w tej chwili - poszukiwanie komornika. Niestety ostatnimi czasy ze względu na sesje brakuje mi czasu na to i owo. W ogóle po raz jeden z nielicznych mam strasznie zabiegane życie i niespecjalnie mi się to podoba.

    Kontakt z I. się odnawia i cieszę się. Naprawdę. Światełko w tunelu.

    Nie kupujcie "CD Action" w Realu. Egzemplarz bez płytki. Cudo. Kupiłem drugą, bo nie chce mi się walczyć o tamto. I tym razem mam płytę, ale wściekłość mnie wzięła. Hm, w zasadzie, pójdę do Reala po weekendzie i zobaczymy co z tego wyniknie.

    W ramach gier, w produkcji jest "Prince of Persia", "Assassin's Creed", "Minecraft" i "Aion". W najbliższym czasie z pewnością pojawi się materiał - jeśli nie z gry, to z filmu. Dajcie chwilę, mam jeszcze trochę sesji.

Wśród gier skacze morth - Prince of Persia: Zapomniane Piaski

www.haszkod.pl

    Wyobraźcie sobie, że macie brata, Malika. Postanawiacie go odwiedzić, nie mieszkacie już razem, w związku z tym pewnie dawno się nie widzieliście. A jako że macie sposobność, wyruszacie do niego. Niestety to, co zastajecie na miejscu jest dla Was trochę zaskoczeniem - okazuje się, że królestwo Waszego brata jest pod oblężeniem wrogiej armii. Skąd my to znamy, co (Assassin's Creed: Brotherhood)? Przychodzi moment, w którym należałoby podjąć decyzję co zrobić, aby pozbyć się najeźdźców. I co robi Malik? Chce wykorzystać starożytną (starożytną, powtarzam) armię, aby to ona właśnie uratowała królestwo. Armię Salomona, warto może zaznaczyć. Oczekuje on, że będzie w stanie nimi władać i pozbędzie się dzięki temu nieprzyjaciół, którzy go najechali. Sądzi też, że wszystko skończy się dobrze. Ale my już wiemy, że tak nie będzie. Odpowiedzcie mi, proszę, na jedno pytanie - dlaczego ci ludzie w grach, główni bohaterowie albo poboczni niekiedy są tacy głupi? Czy naprawdę sądził, że starożytna siła, której nikt nie rozumie i nie wie jak działa podziała? Miałby być wyjątkiem, który magicznie potrafi wszystko opanować, co? A co on, niby? Bóg? Role się mu chyba pomyliły. Tak, oczywiście, nie powiodło się. Nie był w stanie kontrolować przybyłych kościotrupów (a to ci zaskoczenie...), co więcej, nie są one takimi zwykłymi nieżyjącymi kosteczkami-wojownikami. To by było za proste. Ubisoft postanowił trochę nas wpakować w kłopoty i owe nieżyjące bydlątka zmieniają wszystkie żyjące istoty w posągi z piasku. Co więcej, mnożą się jak króliki - każdy piasek rodzi ich coraz więcej. Powstają jakby z piasku. A przypominam, że rzecz się dzieje w Persji. Piasek. Pustynie. Kojarzycie, nie? Zgadnijcie, jak bardzo będziemy mieli przewalone pod każdym względem?
    I gdzie w tym zadanie dla nas? To my, jako Książę oczywiście, ratujemy królestwo brata (ale będzie miał u nas dług!) i powstrzymujemy armię nieumarłych kościotrupów. Ale nie jesteśmy w tym sami. Pomaga nam Razia, Dżinn. Całkiem przystojna kobieta!

    Prince of Persia: Zapomniane Piaski (Forgotten Sands) to produkcja od Ubisoftu, czego można się już było domyślić. Nie jedyna, o której będę się rozwodził na łamach tego bloga. Co więcej, przygodowa i akcji, więc takie klimaty morth lubi. No, z dużą, naprawdę ogromną domieszką zręcznościówki. Jak ktoś nie lubi takich klimatów, to z Księciem Persji może nie żyć mu się najlepiej. Gra wydana na platformę Microsoft Windows 12 czerwca 2010 roku.
    Jest to interquel, czyli część pomiędzy Piaskami Czasu a Duszą Wojownika (z czego w tę drugą część, tj. Duszę nie grałem w ogóle).
    O czym jest? Już raczej wszystko zostało powiedziane. To teraz przejdźmy do tego, co ujęło mnie, gdy grałem za pierwszym razem. Przyznaję, że nie przechodziłem sam w pełni gry. Akurat byłem u I., kupił Prince of Persia, a wiedząc, że jest tam dużo zręcznościówki postanowiliśmy grać wspólnie - zawsze to większy fun, co dwie głowy to nie jedna. Spędziliśmy fajnie czas nad Księciem i nie żałuję tego. Niestety znając mojego pecha gdy była moja kolej trafiałem na same zręcznościowe motywy i to takie piekielne trudne (graliśmy, zmieniając się, gdy zmieniała się lokacja). Dało się wypracować system. Zwykle gdy wchodzi się w nową lokację trzeba przedostać się na drugą stronę, na przykład albo rozwiązać jakąś zagadkę. Tak czy inaczej, bardzo podobała mi się grafika. Na naprawdę wysokim poziomie, wizualnie wszystko ładnie wygląda. Bardzo łatwo wczuć się w tę historię.
www.polygamia.pl
Najbardziej kłopotliwe, upierdliwe i denerwujące mnie motywy.
Jak dostajemy umiejętność wody, to jesteśmy w dupie.
    Co istotne, w Zapomnianych Piaskach istnieje system rozwijania postaci. Pomijając umiejętności, które dostajemy tak, czy inaczej, ponieważ są one potrzebne do pociągnięcia dalej rozgrywki (na przykład cofanie czasu albo zamienianie wody w ciało stałe) decydujemy o tym, czy i jakie chcemy dodatkowe zdolności. Tarcza? Nie ma sprawy. Więcej życia i energii, którą zużywamy na umiejętności podstawowe, które dostajemy wraz z rozwojem fabuły? Nie widzę problemu. Nowe zdolności lub rozwijanie tych, które dostaliśmy od dżina Razi? Trochę ich tam jest. Oczywiście, jak to w rozwoju postaci bywa nie da się odblokować wszystkiego, wobec tego trzeba myśleć przyszłościowo. Ewentualnie możemy przejść grę kilka razy z różnymi mocami dodatkowymi.

    Sporym minusem są zdarzające się, upierdliwe bugi. Mnie się zdarzył jeden z takich, które nie dają mi skutecznie grać. Znikają mi kolumny i cały świat, zostaje tylko szare otoczenie. Jakby nagle niczego nie było. Oczywiście kończy się to skokiem w przepaść i śmiercią. Bywa. Nie ma ich jednak tak wiele, co jest niewątpliwym plusem. Przynajmniej ja się z takowymi nie spotkałem.

    Gra bardzo klimatyczna. Może nawet jedna z bardziej, jakie zdarzyło mi się mieć w rękach, a są w miarę nowe. W końcu ta produkcja ma tylko cztery lata. Dalej potrafi wciągnąć i zachwycić. Co prawda niekiedy nadrzędna zasada Księcia "Po co drzwiami, można ścianą" czasem doprowadzić może do szewskiej pasji, dlaczego nasz bohater jest tak pogrzany, to jednak ma to swój urok. Z pewnością nie powinniście się nudzić.

8/10
 
   Jeśli ktoś byłby chętny do kupienia w naprawdę okazyjnej cenie, to mam dla Was kilka propozycji. Pierwsza z nich, to wersja kolekcjonerska, w skład której wchodzi gra, trzy litografie, oryginalna ścieżka dźwiękowa z filmu (a zacna była), płytę z unikalną galerią grafik, zwiastunami, ekskluzywnymi tapetami na pulpit i wygaszaczami ekranu, kupon, a także bonusową zawartość gry. Koszt tego smakołyku to około 30 zł. Druga z propozycji to sama gra w wersji pudełkowej - taka przyjemność to koszt rzędu około 10 zł. Ostatnia z propozycji dla Was to sama gra w wersji cyfrowej - około 5 zł. Zapraszam serdecznie.

`szum z niczego - nasze media i Eurowizja

    Podejrzewam, że sporo osób takich jak ja - nie oglądających Eurowizji od lat - słyszało o kimś takim jak Conchita Wurst. Dla tych, którzy jednak nie i mieli spokojne kilka tygodni, nie będąc zalewanym wiadomości różnych, wątpliwych niekiedy treści przez przeróżne portale, które o nim pisały i grupy na FB mogę w skrócie kilka słów napisać. Jest to mężczyzna (owszem), który przebiera się za kobietę. Drag queen, a to nie oznacza, że jest kobietą, nie ma penisa i ma cycki lub/i zmienia płeć. To oznacza, że taki mężczyzna czuje się dobrze jako mężczyzna, ale pewną formą rozrywki, może transwestytyzmu albo fetyszem, po prostu jest przebieranie się i upodabnianie (często aż do złudzenia) do kobiety. Gdy ktoś jest przebrany za kobietę to wówczas mówi jak ona i stara się zachowywać możliwie jak najbardziej kobieco. Polskim w miarę znanym odpowiednikiem był sobowtór Dody, Dżaga. Pamiętacie? To również był mężczyzna, świadomy swojej płci i seksualności (nawet przystojny w dodatku, jeśli ktoś preferuje takie typy), który przebierał się za kobietę i na tym zrobił małą karierę w show-biznesie. I Conchita Wurst to właśnie taka drag queen. Jego cechą, która czyni go rozpoznawalnym i zapamiętywanym przez innych to właśnie przebranie za naprawdę urodziwą kobietę i... broda. Sądzę, że to właśnie fakt, że posiadał zarost zrobił taki szum, aniżeli sam fakt, że facet jest drag queen. Wspomniany przeze mnie przykład, czyli Dżaga także w końcu nią był (albo jest, cicho o nim teraz), ale golił twarz. Nie robił więc aż takiego wrażenia, nawet przebrany za kobietę miał dużo bardziej męskie rysy twarzy. Thomas (czyli Conchita) charakteryzuje się bardziej delikatną budową ciała i urodą, chociaż widać jego męskie ramiona, na przykład.
    Trochę poszperałem, zrobiłem mały research i wyczytałem, że Conchita Wurst to sposób na wyrażenie wołania o tolerancję i akceptację. Nie dość, że jest drag queen, to także gejem, w dodatku zamężnym od kilku lat. W związku z czym wszelaki flame na jego temat był potęgowany kilka dni temu jeszcze bardziej, bo cała jego osoba krzyczy tym, czego Polacy i być może większość Europy nie chce zaakceptować.
    Do czego zmierzam? Niestety, ale głosy, które liczą się w Polsce - czyli na przykład parlamentarzyści (Adamek, którego kiedyś szanowałem za walki; dalej uważam, że zrobił dużo dla boksu, ale jego poglądy są - lekko mówiąc - spartańskie) i inni wysoko postawieni ludzie wyrażają niepochlebną opinię. I to mało powiedziane, bo słowa jakie w jego kierunku padały... Posłuchajcie. Wy, młodzi, którzy może mnie czytacie. Czy tego chcecie, czy nie jesteśmy w XXI w. Drag queen są od lat. Wielu, wielu lat. Niegdyś siedzieli cicho, stłamszeni przez środowisko. Wstydem było przyznanie się. Albo nie, nie wstydem. Niebezpieczeństwem. Za to i za wiele innych rzeczy mogli Was zabić. Taka prawda. Homoseksualizm nie jest też żadną nowością. Fakt, że zacierają się różnice płciowe (kobiety na przykład walczą o całkowite równouprawnienie, a to coś oznacza, drogie panie) i tak dalej. To jest normalne. Być może nie tak bardzo, jakbyście chcieli - że życie i wszyscy wokół są albo czarni, albo biali. Czy kiedykolwiek nasze życie było albo takie, albo inne? Zawsze jest trochę szarości.
    "Dziwoląg, leczyć ją/jego/ono, co to ma być, spalić tego pedała" - tak, nie żartuję. Takie teksty i wiele innych, podobnych można znaleźć na jego oficjalnych stronach, typu YT, FB, pod wszelkiego rodzaju materiałami z jego osobą. I teraz pytanie. Co jest z Wami, ludzie, nie tak? Dlaczego zachowujecie się, jakby drag queen, jakby gejów i lesbijek nie było? Są. Jest ich miliony. Nawet w Polsce, chociaż może to Was zdziwić. Żyją w szczęśliwych związkach, spełniają się. Wam nikt nie zabrania być sobą, więc dlaczego zakazujecie tego innym?
    Lecą złe i negatywne opinie, ba, mało - obrazy. Grożenie śmiercią. A ktokolwiek słyszał jak ten facet śpiewa? Bo jak dla mnie odwalił kawał dobrej roboty. I tak, ta piosenka podobała mi się bardziej, niż Polska. I rosyjska też była bardzo fajna.
    Ja nie piszę wszędzie, nie wygłaszam negatywnych opinii odnośnie Donatana i Cleo, a mógłbym. Tylko po co? Co by to zmieniło? Wystąpili. Jednym się to podobało, innym nie, ale te bóle dupy są naprawdę niepotrzebme. Tworzą tylko wokół siebie cyrk - oni, Donatan, niby "normalny", a nie Conchita. Dajcie ludziom żyć tak, jak chcą żyć. Wygrał on. Zasłużył, czy nie - kwestia sporna. Mnie się utwór podobał, więc wielkich problemów z tą decyzją nie mam.
    Who cares? Kto przejmuje się Eurowizją, ludzie? No właśnie... Nikt. Ale jadaczki to się niektórym nie zamykają, chyba tylko dla zasady. Słusznie. To przecież takie mądre.

Posłuchajcie, jeśli chcecie. Zamknijcie oczy i powiedzcie, czy to naprawdę było aż takie badziewne. Bo aż tak, to myślę, że nie.

I tu, jako bonus, Rosja. Czyli pierwszy utwór, który mi się tak naprawdę bardzo spodobał.

`ewolucja? dojrzewanie? mądrość?

    Dawno nie było takiej prywaty, ale też niespecjalnie była ku temu sposobność, chęci... no i temat. Żeby napisać coś mądrego, musi się coś wydarzyć lub przypomnieć interesującego. Przynajmniej takiego, co by mnie skłoniło do jakiejś refleksji, czy coś. I nie, tym razem nic takiego nie miało miejsca. No, nie do końca.

    Zauważyłem jedną zabawną rzecz. Kiedyś bardzo zabiegałem o to, by chwalić się swoimi znajomymi albo związkiem, jeśli takowy był. A teraz... Nie. Odnowił mi się kontakt z dawną znajomą, którą znam jeszcze z czasów podstawówki. Po trzech latach jakoś znów rozmawiamy. No i oczywiście padło pytanie, czy kogoś mam. Cóż. I to był moment, który był dla mnie trudny. W dalszym ciągu trudno mi powiedzieć, że nie, już nie. I popsułem to co miałem, swoje szczęście, blablabla. Nie, nie opowiedziałem jej wszystkiego. Nie czułem się z tym na miejscu. Jak w normalnej sytuacji chwaliłbym się na lewo i prawo, że staram się o niego i na pewno mi wyjdzie, tak teraz... Chcę to zachować dla siebie. Tylko dla siebie. No, może bez przesady. Po prostu nie czuję potrzeby ogłaszania tego całemu światu, bo niby dlaczego miałbym? Wystarczy, że mam tego bloga. To nic, że nikt z znanych mi osób go nie czyta. A nawet jeśli ktoś taki się znajdzie, to raczej nie są to ludzie, których znam z "reala", w związku z czym wielkiej różnicy tak czy inaczej mi to nie robi. Ludzie mają ważniejsze rzeczy, niż czytanie pierdół jakiegoś już-prawie-nie-nastolatka. Taka prawda.

Wizyta w 3giga - przy okazji naprawy klawiatury laptopa

    Ave legiony sława i chwała, w końcu mam laptopa i dalej nie mogę się przyzwyczaić, że nie muszę kopiować litery "m" (ciągle chce ctrl+v). Odebrałem chwilę temu mój sprzęt i ciągle się na tym łapię. W każdym razie ja nie o tym.
    3giga to firma związana z komputerami. Serwis, kupowanie sprzętu, takie sytuacje. Kilka dni temu oddałem laptopa do naprawy ze względu na to, że od dłuższego czasu była usterka w postaci niedziałających klawiszy. Do tej pory były to tylko dwa, ale od półtorej miesiąca do sytuacji dochodziło także "s". I to było już problematyczne. Wobec tego stwierdziłem, że czas na naprawę.
    Zapłaciłem za wymianę klawiatury 120 zł. Za czyszczenie 50 zł. 10% zniżki i wyszło 161 zł za dwie usługi. Sądzę, że nie wyszło aż tak drogo, jak się spodziewałem. Kontakt był ciągły. Codziennie praktycznie dostawałem informację - wczoraj w związku z tym jak wygląda sytuacja i ile będzie to dokładnie kosztowało. A dziś - że laptop jest już naprawiony i do odbioru.
    Co sądzę o usłudze? Ogólnie byłem trochę sceptycznie nastawiony. Niespecjalnie ufam ludziom, którym muszę oddać mój laptop. No niestety. Ale jestem pozytywnie zaskoczony i zadowolony.
    Polecam, jeśli ktoś mieszka w Białymstoku i potrzebuje jakiś usług związanych z komputerem lub laptopem.

Wśród gier skacze morth - Minecraft

    Chyba lubię pisać o tytułach, o których głośno i nie zawsze są przedstawiane w superlatywach. Ponownie biorę się za taki tytuł, który ma wielu zwolenników i równie dużo przeciwników, chociaż powody, dla których tak jest są z goła inne, niż w przypadku League of Legends. Tu nie odstrasza tabun flame'u i nieciekawych, niemiłych zachowań. To nie ten typ gry. Bo tu chodzi o Twoją inwencję twórczą i o Twoją wyobraźnie. Dlaczego więc Minecraft jest tak negatywnie odbierany?


deviantart.com

    Producentem i wydawcą jest Mojang AB. Inspiracją dla autora, Markusa Peterssona (Notcha) były takie tytuły jak: Infiniminer, Dwarf Fortress i Dungeon Keeper. Pierwsza wersja gry wydana została 17 maja 2009. Oficjalna premiera to jednak 18 listopad 2011. Właśnie dowiedziałem się, że jest Minecraft dla Androidów, trzeba poszukać! No, ale wracając...

    Jak już wspomniałem, gra tak naprawdę nie ma większych ograniczeń. Skupia się ona na naszej
minecraftgallery.com
kreatywności. Jeśli chcemy, możemy wznosić nietypowe, potężne budowle lub te mniejsze także. Odtwarzać całe cywilizacje, zmieniać świat jak tylko nam się podoba, zwiedzać nowe obszary, walczyć z potworami, odnajdywać zapomniane kopalnie lub świątynie, walczyć gracz vs gracz (pvp) i wiele, wiele innych. Tylko my jesteśmy swoimi własnymi ograniczeniami. Dlaczego więc tak wiele negatywnych opinii ma ta gra? Grafika. Sądzę, że to główny powód, dla którego ta produkcja jest gnębiona. Aby uzyskać tak wielki świat (około 36 mln lub mld klocków wzdłuż i wszerz) grafika nie jest być może zachwycająca. To klocki. Są jednak mody, które ten wygląd znacznie nam upiększają. Ale co jeszcze? Cóż, gra nie ma tak naprawdę końca. Więc gdy skończą nam się pomysły, kończy się fun. A ludzie, którzy tych pomysłów nie mają w ogóle, nie odnajdą się w produkcji, która na wyobraźni bazuje. No i nie każdego kręci budowanie, przyznajmy sobie szczerze.
    Jest wersja płatna i darmowa. Oczywiście darmowa jest bardzo ograniczona i tak naprawdę dla mnie nie gwarantowała żadnego funu. Płatna (około 80zł) zawiera kilka trybów:
  • creative - skupia się głównie na budowaniu. Dysponujemy nieograniczoną ilością prawie wszystkich materiałów, przez co posiadamy wielką swobodę we wznoszeniu różnych budowli albo przemierzaniu dużych obszarów (możemy latać!). Jesteśmy praktycznie nieśmiertelni.
  • survival - gracz samodzielnie musi zdobywać wszelkie materiały, które pozwalają na budowlę i przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Występuje pasek życia, głodu i doświadczenia. Walczymy z potworami (prócz gry na poziomie pokojowym, gdzie potwory zwyczajnie nie występują na naszym świecie, a więc nie mogą nas zaatakować). Jeśli gramy na multiplayer, mamy możliwość zabijania innych graczy.
  • hardcore - przebieg rozgrywki jest identyczny jak w survivalu. Jedyna różnica to taka, że poziom jest po prostu dużo trudniejszy. Jeśli umrzemy, nie możemy się wskrzesić w tzw. punkcie spawnu, nasza gra po prostu się kończy i jedyną możliwością, jaką dysponujemy to usunięcie świata.
  • adventure - mamy nieograniczoną możliwość niszczenia i ustawiania bloków; mamy także możliwość używania programowalnych (?) dzwigni, przycisków i innych urządzeń (cokolwiek to znaczy, bo szczerze, to nie wiem).
  • spectator - jesteśmy widzialni tylko dla graczy w tym trybie, możemy przenikać przez bloki.
    Dlaczego darmowa rozgrywka nie sprawia mi funu? Bo jedynym trybem, jakim dysponujemy to Creative i to stosunkowo ubogi w dodatku. Czy ta gra ma koniec? Symboliczny. Gdy zabijemy Smoka Kresu w teorii, pokazuje się wówczas animacja i smok umiera. A my, po zabiciu wracamy portalem na spawn i... możemy kontynuować naszą rozgrywkę jakby nigdy nic.
    Co jest bardzo ciekawe i fajne, tak sądzę, to fakt, że ten tytuł jest niezależną grą, być może nawet pierwszą tego rodzaju, która sprzedała się tak dobrze (wg danych z lutego 2014 sprzedano 35 mln kopii gry).

    Dosyć suchych faktów. Byłem kiedyś taką osobą, która widząc tę grę myślała, że jestem ponadto. Ponad tę marną produkcję, ponad piksele. Co się zmieniło? Koleżanka ciągle o tym mówiła, twierdziła, że to takie fajne. Ponieważ to był właśnie okres, gdy stwierdziłem, że czas się trochę zmienić i być bardziej otwartym na propozycje ludzi, mój mózg ubzdurał sobie, że to dobry pomysł, ściągnąć demo i spróbować. Widziałem wcześniej tę grę na Youtube, więc miałem jakąś tam świadomość czego się spodziewać. Nie stuprocentową. W ciągu pięciu pierwszych dni umarłem cztery lub pięć razy. Noc mnie zastała, a ja bez kącika. Zle się to skończyło, dla mnie głównie. Na szczęście nie miałem żadnych prestiżowych itemów, więc nie było szkoda. No i cały czas byłem na swoim spawnie. Przez długi okres bałem się zejść pod ziemię (i jeśli mam być szczery, dalej trochę mnie to stresuje; muszę albo przejść wtedy na tryb pokojowy, albo włączyć sobie jakąś muzykę i zacząć nucić), więc był problem z surowcami. Co gorsze, gra mnie powoli, ale systematycznie wciągała. A to ściąć jeszcze jedno drzewko, a to zabić zombie, a to znalezc ten lub inny biom (dżunglo, znajdę Cię kiedyś!), a to przydałoby się zrobić farmę, a to może coś zbudujemy na wodzie, a może most, a trzeba by zbudować jakąś przechowalnie, metro, stacje metra, dojście do wioski, odnaleźć twierdzę... Ciągnęło się. I ciągnie się nadal.
    Przyznaję, nie gram w chwili obecnej na wersji pełnoprawnej. Na razie mnie nie stać, ale sam fakt, że o tym rozmyślam mnie przeraża. Chciałbym spróbować na jakimś serwerze multiplayer, bo to z pewnością dużo większy fun. I myślę, ze dojdzie i do tego. 
    Co jest fajne w tej grze? Jeśli chcę, to gwarantuję sobie pełen wrażeń maraton po jaskiniach i wydobywam surowce. Gdy najdzie mnie ochota, wyruszam na poszukiwanie nowych terenów. A innym razem mogę wybudować coś ciekawego. To zależy ode mnie, jaki obiorę sobie w tej chwili cel. I sądzę, że dla ludzi kreatywnych to raj na ziemi. Z ciekawości wpiszcie sobie "minecraft" w Google i włączcie grafikę. Niektóre projekty zwalają z nóg i podziw rośnie o milion. Naprawdę, kreatywność wcale nie umarła, przeniosła się tylko na inny poziom.
Slamacow - to przykład naprawdę świetnej kreatywności w postaci krótkich animacji. Wizualnie wyglądają naprawdę genialne i tak, one na serio są z tej właśnie gry. Robi wrażenie, co?

    Chciałem w tym momencie podzielić się kilkoma screenami z swojego save'a, ale okazało się, że ostatnio wybrałem się na wyprawę i jestem kilka tysięcy klocków od swojego domu i miejsca, które rozbudowuję, wobec tego niestety, ale pozostaje mi nakarmić Was tworami wyobraźni innych ludzi. Niemniej jednak co ciekawsze rzeczy na pewno pojawią się na Facebook'u jako uzupełnienie.
gry.wp.pl (klik by przejść do artykułu)

    Z bólem dupy daję:
9/10
I nie śmiej się, Ruda!
Bo jeśli przymkniecie prawe i lewe oko, zapomnicie, że to piksele omójborze, to jest szansa, że klocki Was wciągną. Nie żartuję.
KUPNO MINECRAFTA - klik. Znalazłem miejsce, w którym płaci się 80 zł, a nie jak w większości miejsc ponad 90 zł. 

Libster Awards - bo ponoć trzeba mieć taką notkę, nie wiem!

    Trochę mnie ta nominacja zdziwiła. W sensie, nie spodziewałem się jej od tej właśnie osoby. Nadmienię, że bywam na blogu persony, która mnie nominowała do tejże zabawy ze względu na fajną muzykę. Tak jakoś pasuje dla mojego ucha owe piosenki, chociaż nie wszystkie. W tym momencie zwykle ludzie mówią, że są tacy wzruszeni i zaskoczeni, a ja Wam powiem tylko, że nie wiem czy podobny post w ogóle pasuje jako tako do tematyki mojego bloga, no ale...
    Ale po kolei. Mania Okumura zaprosiła mnie do tej zabawy. O co chodzi w Libster Awards?

Zasady Libster Award.
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
     Pytania, jakie zadała mi Okumura są, jakie są. Zdaje się, że dziewczę interesuje się mangą i anime, wobec tego starała się nie narzucać swoich zainteresowań aż tak bardzo dla odpowiadających, dając im możliwie największą swobodę, za co dziękuję, bo klimaty mangi/anime doceniam, ale nie lubuję się i nie rzucam tytułami to tu, to tam na lewo i prawo.

Pytania:
1. Jakie anime najbardziej lubisz?
2. Czytasz książki? Jeśli tak to jaka jest Twoja ulubiona?
3. Ulubiony cytat/cytaty?
4. Masz zwierzę? Jeśli tak to jakie? Jeśli nie to czy byś chciał mieć?
5. Co skłoniło Cię do pisania bloga? I dlaczego akurat taki temat?
6. Jakiej muzyki słuchasz? Wymień przynajmniej jednego wykonawcę/zespół.
7. Co byś zmienił w swoim życiu?
8. Jeśli mógłbyś przenieść się do świata z książki/anime/mangi/filmu to jaki byś wybrał i dlaczego?
9. Komentujesz opowiadania blogerów, które czytasz czy jesteś bardziej trybem ninji?
10. Czy lubisz od czasu do czasu usiąść sobie i rozmyślać na różne tematy?
11.Gdy masz zły humor co poprawia Ci nastrój?
 Czas na odpowiedzi. Prawdopodobnie nikogo to nie interesuje, ale skoro taka nominacja do zabawy już wyszła od kogoś, warto byłoby to wykorzystać w jakiś sposób.

Ad 1. Nie mam ulubionego anime. Być może dlatego, że od lat nie oglądam, a ostatnie, jakie moje oczy widziały to było yaoi coś z pieniędzmi w tytule. Chyba że tę bajkę na Disney XD o tym ostatnim władcy wiatru, wypadło mi z głowy. Ale nie wiem czy to anime.
Ad 2. Czytam, chociaż ostatnio stosunkowo rzadko. Nie mam za dużo kasy, a i książek niewiele, które mogłyby mnie w jakiś sposób zainteresować, wobec tego ostatnią jaką czytałem i mi się spodobała było "Prawa i powinności" Kariny Pjankowej, chyba trzeba by sobie załatwić swój własny egzemplarz. Pierwsza własna książka, brzmi dobrze.
Ad 3. Chyba nie mam.
Ad 4. Kiedyś miałem. Psa przez siedemnaście lat. Praktycznie od kiedy się urodziłem. Niestety zmarła, ale przynajmniej była wtedy spokojna. Wiedziała, że to nadchodzi i nie bała się, to duży plus. Posiadałem też myszki (miała być jedna, ale okazało się, że ta jedna, którą kupiłem była w ciąży i na Boże Narodzenie wydała na świat miot, mający malutkie, cztery, brzydkie myszki, które i tak pokochałem od razu) i koty. Czy chciałbym mieć znowu? Tak. Dużo czasu spędziłem ze zwierzętami, całe moje dzieciństwo i wciąż brakuje mi tupotu łapek, szczekania lub miauczenia, albo szurania łapkami po klatce. Ale póki co nie mam takiej możliwości, może kiedyś. Bardzo bym chciał.
Ad 5. Tutaj mogę odwołać się do tego, co napisane jest gdzieś w menu, czyli "Autor & skąd pomysł na bloga". W dużej mierze jest to tam wyjaśnione dla zainteresowanych.
Ad 6. O rany. To trudne, bo słucham bardzo różnej muzyki, ale jak chcesz tylko jedno, no to Rammstein. Na przykład. Na ogół wolę cięższe brzmienie, chociaż jest masa popowych piosenek albo r'n'b. Raczej rodzaj nie ma dla mnie większego znaczenia, grunt, żeby wpadło mi w ucho. No, może poza disco polo, tego nie trawię absolutnie.
Ad 7. Zbyt dużo rzeczy, bym miał wymieniać. Chociaż nie, nie zmieniłbym ich aż tak wiele. Zmieniłbym swoje zachowanie względem I., może nie odszedłby ode mnie.
Ad 8. Superbohaterów. Tylko Avengers albo coś takiego. Dlaczego? Bo lubię superbohaterów.
Ad 9. Chyba bardziej tryb ninja. Czasem pozostawię po sobie ślad, ale zwykle raczej jest to bardzo rzadkim zjawiskiem. Nigdy nie wiem co powinienem napisać, a samo "fajne" wydaje mi się nie na miejscu.
Ad 10. Piszę tego bloga. Czy to nie wystarczająca odpowiedz?
Ad 11. Nie wiem. Czasem gra, czasem obejrzenie kogoś albo czegoś śmiesznego. Kiedyś to było też czułe słowo od I.

No i to by było na tyle w ramach odpowiedzi. Jeśli chodzi o nominacje, to po pierwsze, tak naprawdę każdy w komentarzu może odpowiedzieć na pytania, na które odpowiadałem ja, jak i na te, które zamierzam zadać jednej personie. Dlaczego tylko jednej? Cóż, być może nie jest aż tak mało popularny, ale to jedyny, jakiego znam w tym nowym bloggowym światku. Kiedyś wyglądał on inaczej, mieścił się na Onecie i starych znajomych po prostu brakuje, a nowych jakoś nie palę się do poznawania.
Tak czy inaczej, pytania kieruję do Królika. Króliku, jesteś zobowiązany do odpowiedzenia. Dziękuję.

Pytania do Królika ( i do każdego, kto  chce odpowiedzieć też):
1. Podaj pierwszy zespół muzyczny lub wykonawcę, jaki przyszedł Ci właśnie do głowy. Jeśli masz z nim jakąś historię lub przygodę, to chętnie ją przeczytam.
2. Skąd się wzięło, że Królik jest królikiem? Dlaczego królikiem, a nie smerfetką, żółwiem, rybą lub kaczką?
3. Na jakich instrumentach potrafisz grać?
4. Śpiewasz? Jeśli tak, to czy mogę usłyszeć próbkę?
5. Nagrywacie swoje próby lub występy? Jeśli tak, to to samo, co wyżej - mogę zobaczyć?
6. Czy grałeś kiedyś w jakieś gry (planszowe, na konsole lub komputery)? Kiedy to było, jeśli tak i jakie to były tytuły (lub o czym były), a jeśli nie - to dlaczego? Chciałbyś jeszcze kiedyś zagłębić się w ten świat wirtualny?
7. Jakie masz wartości życiowe? Dlaczego takie?
8. Czy jesteś w związku? Jeśli tak, ile czasu?
9. Kim jesteś z zawodu i z czego się utrzymujesz?
10. Jakie było Twoje marzenie z dzieciństwa? Spełniłeś je?
11. Czy masz taką ulubioną rzecz, bez której nie możesz wyjść z domu?
    Cóż, dzięki za libstera. Nie wniósł on nic do mojego życia, a notka jest, ponieważ no wiecie, to TAKIE wydarzenie, więc trzeba było o tym napisać. Jedna taka trochę o niczym może być, cóż tam. Życzę miłego odpowiadania.

`ostatni raz o polityce

    Widzicie jak to jest? Nie powinienem czytać, ani słuchać wiadomości, bo za dużo w niej polityki i zachowuję się wtedy jak typowy polaczek. Wobec tego, czas popolaczkować.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15765796,Rozenek_o_Adamku__Ma_bardzo_niepoukladane_w_glowie_.html#BoxWiadTxt
Screenshot by morth (kliknij by otworzyć artykuł)
    Już mówiłem, że polityka to faktycznie nie moja dziedzina. Nie mój świat, zdecydowanie nie moje kredki. Niemniej jednak w obliczu kogoś takiego, kto chce wejść do parlamentu i rządzić nami mówię stanowczo nie. Dla ścisłości - pomimo tego, że jestem biseksualny nie uczestniczę i nigdy nie chcę brać udziału w paradach równości. Być może są potrzebne, a może i nie - w sytuacji, gdy państwo nie gwarantuje podstawowych dóbr i nie zapewnia możliwości rozwijania wartości życiowych w sposób godny i odpowiedni tego typu akcje być może zmieniają coś na lepsze; może wręcz przeciwnie, przedstawiają mniejszości seksualne jako dziwaków. Trudno stwierdzić. Niemniej jednak jeśli to prawda, to ja nie chcę mieć kogoś takiego w rządzie, bo ludzi podobnych jest już w nim za dużo. Być może to właśnie przez nich Polska się nie rozwija, chociaż wszyscy tak bardzo tego chcą. Jak ma się rozwijać jakieś państwo, skoro zamyka się ono tylko i wyłącznie na siebie i chce zniszczyć wszystko co indywidualne, inne, być może nie do końca pasujące do dotychczasowych standardów?
    W artykule jest powiedziane, że Solidarna Polska to bardzo nietolerancyjna partia. Jak już wiadomo, nie miałem o tym pojęcia, bo to nie leży w moich zainteresowaniach. Pobieżnie pierwszy raz w życiu przejrzałem program tej partii i powiem szczerze - obiecanki cacanki, a jeśli faktycznie takie podejście mają do mniejszości seksualnych to niech się bujają, bo agresji i nietolerancji w tym kraju dosyć.
    To, że nie biorę udziału w jakiś manifestach, czy paradach nie oznacza, że podoba mi się to, jak traktuje się mniejszość seksualną. Po pierwsze, nazywa się ją tak, a nie inaczej, chociaż to przecież zwykli ludzie. I też chcą prowadzić normalne życie, szczęśliwe i rodzinne.
    Przyznaję, że program przeczytałem bardzo wyrywkowo, ale niektóre nonsensy powaliły mnie na kolana. Być może jednak wydają się one tylko dla mnie takie niedorzeczne, trudno mi stwierdzić. Przecież jestem zwykłym, małym robaczkiem w tej wielkiej machinie zajebistości.

    Przyrzekam, że to ostatni raz o polityce. Nigdy więcej. Dziękuję.

`sępy są wszędzie

    Od jakiegoś czasu często oglądam materiały pana Nevariena. Jego filmy bazują głównie na League of Legends. Jest challengerem (pretendent po polsku), czyli ma najwyższy poziom ligii.
Screenshot by morth (klik by powiększyć)
Zresztą, po prawej screen wyjaśnia wszystko. Tak czy inaczej, w dużej mierze słynie on z live'ów, tzw. steamów. W informacjach na jego kanale jest link do twicha, na pewno znajdziecie, jeśli jesteście zainteresowani.
   Do czego zmierzam? Dziś od 13:30 trwa live. Zapowiedziane zostało, że ma do rozdania kilka wyglądów, tzw. skórek do LoL'a do postaci Sivir - bardzo rzadkich, legendarnych. Co chwilę na czacie leciał spam na ten temat. Pytania, prośby, błagania, kilka minut nieprzerwanego potoku wiadomości o tej samej treści, pt. "Chcę skina, daj skina, mam urodziny, pies mi umarł, mama w ciąży" itd. Już we wcześniejszym materiale było o zachowaniu graczy, ale to nie oznacza, że na tego typu rozrywkach jest lepiej. Naprawdę nie jest, wejdźcie czasem na coś takiego, ręce opadają.
    Pytanie, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ludzie nie szanują siebie nawzajem? Każdy chciałby wygrać, to przecież logiczne. Co nie oznacza, że takie zachowanie powinno w ogóle mieć miejsce. Zastanówcie się czasem, czy Wy chcielibyście obserwować taki bezwartościowy i w gruncie rzeczy żałosny potok tekstu.
    Szacunek dla Nerva, że dalej taki spokój zachowuje pomimo zachowania niektórych jego widzów. Szlag by mnie trafił.

Festiwal Gier Komputerowych - a polskie "duże" media.

    Nie od dziś wiadomo, że gry komputerowe w dużych mediach są bagatelizowane. To na nie najłatwiej zwalić wszystko - że Twoje dziecko się nie uczy, że nie czyta książek, że zupa była za słona, że pojawiło się trzęsienie ziemi. To oczywiste, bo gry nie potrafią się bronić. Wszelakie imprezy związane z tym światem nie są nagłaśniane - chyba że do własnych, cholernie przykrych celów.
    Tak było dwa lata temu, podczas pierwszego Europejskiego Festiwalu Gier Komputerowych, który odbywał się w Krakowie. Telewizja TVP nagrała na ten temat taki oto reportaż:


    Ręce opadają, przysięgam. Jak to, kurwa, możliwe, że dwie różne rzeczy połączyli ze sobą? Jak? Cieszę się, że chociaż jedno wspomnieli, że wykorzystywane są gry do leczenia pewnych chorób. Tylko że w dwuminutowym materiale to było kilkadziesiąt sekund, cała reszta to wykorzystanie świetnej imprezy do tego, by zmanipulować treść.
    Jeśli ktoś oczywiście chce być na takim festiwalu w tym roku, będzie on miał miejsce 8-9 maja 2014 w Katowicach, oczywiście. Zainteresowanych zapraszam. 
    Istnieje coś takiego, jak "Projekt Tarcza", który ma bronić gry. Na skale większą, niż ja jestem w stanie to zagwarantować, czy inni, mało popularni bloggerzy i youtuberzy. Cieszy mnie to, że ktoś taką inicjatywę podjął i konsekwentnie do tego dąży, aby polepszyć sytuację. Poniżej pierwszy filmik z całej serii, jeśli chcecie obejrzeć ich więcej, kliknijcie na filmik, aby oglądać na Youtube i zajrzyjcie w opis. 



    Temat Tarczy zostanie jeszcze poruszony w szerszym materiale niebawem.

`sprawdza się to, o czym mówiłeś kilka dni temu - czy jestem jasnowidzem?!

    W zeszłym tygodniu, w środę lub czwartek leciał jeden z tych popularnych, ale głupich seriali jak stąd do Wiednia i z powrotem. "Dlaczego ja?", "Szpital" albo inne badziewie, które oglądasz, chociaż nie wiesz dlaczego. Wraz z matulą przy obiedzie raczyliśmy się tą mało wyjątkową formą relaksu. Była tam kobieta, która po czterdziestce wpadła i była w ciąży, cieszyła się z tego itd., natomiast jej córka była wściekła i nie chciała mieć rodzeństwa. Przez ponad osiemnaście lat była jedynaczką i nie uśmiechała jej się taka radykalna zmiana. Pytałem wtedy z przerażeniem, czy i mojej matuli nie wpadnie do głowy zajście w ciążę (niby nie ma z kim, ale wiadomo to...), bo nie chcę mieć rodzeństwa. Dwa dni później ojciec napisał mi SMSa, że będę miał brata lub siostrę, bo jego żona jest w trzecim miesiącu ciąży.
www.sadistic.pl
    Ci z Was, którzy czytają mnie trochę dłużej wiedzą, że z ojcem moje relacje są mizerne, jeśli jakieś w ogóle. Teraz czeka mnie walka z nim o pieniądze, które mi się należą (czyt. alimenty, które przestał płacić), a dziecko to będzie jego kolejna wymówka. Poza tym, cholera jasna, mam prawie dwadzieścia lat. Całe życie byłem jedynakiem i lubię być jedynakiem. Jedyny plus jest taki, że ojciec i tak nie utrzymuje ze mną jakiś większych kontaktów, więc częstotliwość potencjalnego widzenia się z tym bachorem będzie sporadyczna.
Niemniej jednak wstrząsnęło mnie to i zmartwiło. Bo to kolejny as w rękawie ojca i kolejna możliwość, dla której mógłby potencjalnie mi nie płacić. Liczę jednak na to, że ja mam takich bonusów więcej.

Przez filmy z morthem - "Wilk z Wall Street"

www.filmweb.pl

Tytuł: Wilk z Wall Street (ang. The Wolf of the Wall Street)
Gatunek: biograficzny, komedia kryminalna (dlaczego, nie wiem sam, ja bym dodał bardziej, że komedia, i owszem, ale także dramat)
Produkcja: USA
Premiera: 3 stycznia 2014 (Polska), 17 grudnia 2013 (Świat)
Reżyseria: Martin Scorsese

    Niedawno było bardzo głośno o "Wilku z Wall Street" (np. pogadanka na ten temat przy okazji Battlefield, o której mówiłem z recenzji "Don Jon", polecam, obejrzyjcie sobie). Nie ma się co dziwić, w końcu jakby nie patrzeć - świeżynka. Grudzień zeszłego roku na świecie, a u nas - styczeń. Ludzie oszaleli. Niesamowita obsada - Leonardo DiCaprio w roli Jordana Belforta, Jonah Hill jako Donnie Azoff, Matthew McConaughey... No żyć i nie umierać. W dodatku historia, jaka historia! Co za wątek. Ludzie lubią oglądać i słuchać o tych, co byli na szczycie i spadli na samo dno. Uwielbiają. Jeszcze niektórzy myślą sobie "Ha, dobrze mu tak!".
    Po kolei. Przede wszystkim, film jest biograficzny. Tak, ktoś taki, jak Jordan Belfort istnieje po dziś dzień, żyje, ma się, raczej, całkiem nieźle.  Dorobił się nawet polskiej strony internetowej (a także wielu, wielu innych; jeśli jesteście zainteresowani, Google Was poprowadzi) jeśli chcecie - klik.
    Z pewnością wiele osób myśli sobie, jakim ten człowiek musiał być potworem - sprzedawać wszystko, mówić półprawdy i nierzadko w efekcie oszukiwać ludzi. I teraz, zatrzymajmy się na chwilę przy tym. Być może zostanę za to zlinczowany, ale ja osobiście nie uważam, że był potworem. Zgoda, nie działał w sposób do końca uczciwy, ale taki jest właśnie marketing. To jest właśnie giełda. Jeśli jesteś w pełni uczciwy, to nie przyniesiesz chleba do domu. Tak po prostu, bo ludzie są nieufni. I teraz pytanie, czy masz smykałkę, umiejętności do tego, aby ten brak zaufania zmienić w szeleszczące pieniądze? Jordan właśnie taki dar posiada. Potrafi sprzedać wszystko i każdemu. A przynajmniej na tyle wielu ludziom, że dało mu to ustawienie się przez bardzo, bardzo długi czas. Sprawiło, że stał się milionerem. Czyli nie, moi drodzy, nie przynosił do domu ledwie dwa tysiące, z których musiał opłacić rachunki, jedzenie i całą resztę. Przynosił do domu kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, na początku, a potem kilkaset, kolejno kilka milionów. I co, nikt by z Was tak nie chciał? Ja się przyznam, chciałbym jak cholera. I kto wie, może uda mi się kiedyś na jakiś jego motywacyjną mowę udać (bo w chwili obecnej jest to jego zajęciem). Leonardo DiCaprio doskonale odegrał tę rolę w moim odczuciu. W filmie są momenty, w których Belfort przekonuje innych, że zdobędą to, czego chcą - a chcieli pieniędzy. Że on im pomoże i wierzy w nich, więc osiągnął sukces. I przysięgam, moje własne samopoczucie po takich słowach, które nie były przecież kierowane do mnie podskoczyło o tysiąc punktów. Jeśli takim człowiekiem jest Jordan, tak charyzmatycznym (a musiał być taki, bo przecież sam z siebie nie pociągnąłby za sobą tylu ludzi, nie zarabialiby takich kokosów), to mówcie sobie co chcecie, ale ja chcę się z nim kumplować. Bo naprawdę ma się wtedy wrażenie, że można wszystko.
    Stop! Ciągle piszę, a nie przedstawiłem fabuły, więc błądzicie i nie wiecie o czym mówię. Już wyjaśniam. Lata 80, a właściwie ich koniec. Jordan znalazł pracę, lubił to, wydawało się, że jest w porządku i zaczyna być dobrze - mężczyzna bowiem zdał egzamin na maklera i wszystko wyglądało kolorowo. Gdyby nie słynny nowojorski krach na giełdzie. Firma, w której dotychczas pracował główny bohater zbankrutowała i została zamknięta, Jordan był bez pracy. Trzeba coś wymyślić. Znalazł zatrudnienie w miernej firmie handlującej akcjami śmieciowych spółek. Osobiście wydawało mi się, że nie skorzysta z tego zatrudnienia i pewnie by sobie to darował, gdyby nie to, że okazało się, iż system, który miała firma dawał 50% prowizji. Belfort wyprowadził firmę na szczyt. Czy był w tym uczciwy? Nie mówił całej prawdy, ale to nie o to chodzi w tym zawodzie. Poza tym szybko odkrył, że wystarczy trochę pomyślunku, a pieniądze przyjemnie lecą do kieszeni. Kilka kłamstw i nie do końca prawd bardzo w tym pomaga.
    Jordan przypadkiem spotyka Donniego Azoffa (Johan Hill) w knajpie. Zaczynają rozmawiać, a wkrótce - pracować razem. Zakładają firmę - Stratton Oakmont. Z czasem skromne mieszkanie to przeszłość. Stać go było i korzystał - penthouse, ferrari, a nawet zmienił żonę na piękną modelkę z podrzędnej fryzjerki. I cóż tam, że przy okazji maczał palce w nielegalnych interesach. Nie było to ważne, póki byli ostrożni i póki był z tego szmal. Dużo, dużo szmalu. Jordan zdawał się żyć zgodnie z tym, co mówił jego poprzedni szef - w tym zawodzie nie możesz być trzeźwy. Trzeba się wyluzować. A co luzuje, jak nie dragi i seks? Kokaina wciągana kilogramami, ekstazy i legiony bawiących się prostytutek, alkohol i całe oceany pieniędzy. Niestety - gdy zarabiasz za dużo, czasem możesz zwrócić oczy kogoś, kto nie powinien na ciebie patrzeć ani przez chwilę. I tak Jordan Belfort spotkał się z FBI. Nie było to miłe, nie dla milionera, który sporo miał za uszami.
    Czy polecam ten film i co o nim sądzę? Cholera, gdybym powiedział, że nie polecam to zgrzeszyłbym i musiałbym iść na kolanach do Japonii. To jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza produkcja ostatnich lat. Reżyser - bomba. Film ma ciągłe tempo i pomimo tego, że trwa trzy godziny, zupełnie się tego nie odczuwa. A reżyser jest po siedemdziesiątce. No i obsada. Od dawien dawna twierdzę, że DiCaprio to genialny, przegenialny aktor. Jest naprawdę świetny pod każdym względem. Sprawdza się jako charyzmatyczny, magnetyczny przywódca i szef, narkoman, ofiara losu, dosłownie wszystko. I każda ta twarz będzie w tym filmie ukazana, bo taki był właśnie Jordan. Nie mogli wybrać lepszego aktora do tej roli. I dlatego też tak bardzo szkoda, że Leonardo nie dostał Oscara, pomimo nominacji, bo w stu procentach na niego zasłużył. Zresztą aktor jest bardzo zapracowany, bo na 2014 jest już pięć filmów, w których gra lub będzie grał (filmweb).
    Historia człowieka, który był na szczycie, spadł na dno i podniósł się. Zdecydowanie polecam.

10/10

I w tym momencie mam dla Was kilka linków. Jako że wypadałoby wspierać legalne posiadanie filmów i gier, a liczę na to, że chociaż jedna osoba będzie tym zainteresowana, to proszę:
BLU-RAY - 65 zł.
DVD - 28 zł.
I coś czego dotychczas nie praktykowałem, ale myślę, że ten film jest tego wart:
E-BOOK - 25 zł.
KSIĄŻKA W OKŁADCE -  26 zł.

`politycznie i nielogicznie - pierwszy i ostatni raz mówię o czymś, czego nie rozumiem

    Nigdy nie pisałem o polityce. Nie interesuję się nią. Być może czyni to ignoranta ze mnie, ale wolę nie zastanawiać się nad tym, co ludzie na wysokich stołkach, którzy mają władzę nad państwem wymyślają. Gdybym to robił, niechybnie stałbym się siwy bardzo szybko. Nie chodzę też na wybory. Pewnie zaraz się podniosą głosy, ale de facto - na kogo mam głosować? Kogo mam wybierać? Jeden drugiego warty, wszyscy to dziadki, którzy chcą się jak najwięcej najeść i na ogół najmniej narobić. Na ogół, bo są wyjątki.
www.wykop.pl
(klik by powiększyć)
    Niemniej jednak to, co się dzieje na Ukrainie sprawiło, że zabieram głos. Nie spodziewajcie się politycznego eseju, bo go nie będzie. Chcę powiedzieć tylko i wyłącznie jedno - historia lubi się powtarzać. Być może wielu z Was zapomniało o tym małym szczególe z II Wojną Światową (ktoś długo bez obecności na historii w szkole i nieinteresujący się nią na co dzień). I żeby nie było, nie zmierzam do pełnych nienawiści słów. To ja jestem jedną z wielu osób, która mówi, by nie patrzeć na życie przez pryzmat historii, wyrzucić to, co starają się na siłę wbić nam do głowy. To, że Niemiec lub Rosjanin to nie oznacza, powtarzam, NIE OZNACZA, że ta osoba jest automatycznie zła (inna inszość, że definicja bycia złym obecnie jest różna).
    Ludzie zapomnieli, że historia to co więcej, niż tylko wydarzenia, które miały miejsce. To doświadczenia, z których możemy czerpać wiadomości i mądrość.
    "I co ma jedno do drugiego?" - ktoś mógłby zapytać. O ile mnie pamięć nie myli, po I Wojnie Światowej powstało coś takiego, jak Liga Narodów. Cele były podobne, jak teraz obecnie NATO - utrzymanie współpracy na świecie i braku konfliktów. Dlaczego, mając taką organizację, Hitler, Stalin, Mussolini nic sobie z tego nie robili? Bo Liga nie miała środków. Nie posiadała wojska, wpływów, pieniędzy. Nie mieli jak powstrzymać dyktatorów i ich wojsk. Oni byli świetnie przygotowani, mieli to, czego brakowało organizacji. I stąd II Wojna Światowa. Nikt nie mógł ich powstrzymać. To teraz zatrzymajmy się. Co mamy teraz? NATO. Czy mają wojska? I to lepsze, niż Rosja.
    Ktoś się spyta "Dlaczego nikt nic nie robi z Rosjanami, skoro mamy środki?". Bo to tylko jeden kraj, póki co. Jasne, wiemy, że to się może rozwinąć bardzo źle dla nas wszystkich, ale póki co nie doszło do wymiany pocisków. Póki co są prowokacje. Sprytne, trzeba przyznać. Próba zrobienia tak, by to nie poszło na Rosję. Powiedzą, że sprowokowali, nie? A szczegóły nie są ważne. Jeśli w tym momencie wkroczyłoby NATO z całym swoim arsenałem na pewno rozpętałaby się wojna. Pytanie, czy to teraz to nie jest po prostu przeciąganie w czasie, jak to miało miejsce przed II WŚ? Niestety to możliwe i musimy być tego świadomi.
    Nie spodziewałem się, że dożyję podobnych czasów, jeśli mam być szczery. Sądziłem, że dwie wojny światu wystarczą, po co więcej, no nie? Nie myślałem, że przyjdzie dzień, w którym będę się zastanawiał, czy rozpocznie się wojna i kiedy będzie miała ona miejsce. Niemniej jednak należałoby się do tego przygotować. Polska także, jako że jesteśmy bardzo blisko epicentrum - po to, byśmy nie zostali z ręką w nocniku jakby przyszło co do czego.
    Dlatego nikt nic nie robi, a historia się powtarza. Ludzie niczego się nie nauczyli. Tylko że to polityka. Delikatne sprawy. Rzeczy, których ani ja, ani przeciętny Kowalski nie zrozumie.
    Co ja o tym myślę? W mojej opinii niedługo wybuchnie wojna i lepiej, żeby każdy z nas miał plan B. Albo spieprzać z Polski, bo jesteśmy za blisko, ewentualnie iść walczyć. Co wybierzecie?


BONUS - IEM KATOWICE 2014

    W ramach małego bonusu do gier, pozwolę sobie zamieścić dwie relacje - Rocka i Rojo - z IEM Katowice 2014, czyli mistrzostwa świata gier (to, o czym mówiłem przy okazji League of Legends). Zapraszam z zapoznaniem się.
    W tym roku ja sam nie mogłem uczestniczyć w tej fantastycznej zabawie, zresztą tak samo ominie mnie Pyrkon i Paitball z Rojem, niemniej jednak myślę, że za rok będę już zwarty i gotowy na tego typu rozrywki. Niestety teraz mam do rozegrania bitwę w prywatnym życiu z własnym ojcem i nie pozwoliło mi to na skorzystanie z tych możliwości, liczę jednak na to, że to, co będzie działo się za rok w stu procentach mi to wynagrodzi.
    Na dwie, wyżej wymienione imprezy, Was serdecznie zapraszam.

ROJOV13 (Patryk Rojewski)

RockAlone2 (Remigiusz Maciaszek)

© Agata | WS | x x.