Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klops. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klops. Pokaż wszystkie posty

`próbowałem być normalny, ale wyszło jak zwykle

Jestem młodym człowiekiem, który spotkanie z pierwszą pracą miał stosunkowo późno. Nie wiem, czy wynika to z braku doświadczenia, czy niewielkiego wykształcenia pomimo wieku (powinienem być teoretycznie na drugim-trzecim roku studiów, a jestem dopiero po szkole średniej). Nie mnie to oceniać. Koleżanka załatwiła mi prace w Żabce. Nic wyszukanego, jasne, ale pomyślałem sobie, że czemu nie. Potrzebuję pieniędzy, doświadczenia, czegokolwiek. Spróbowałem. Nie wyszło.

Na początku warto wiedzieć, że jestem introwertyczną osobą. Nie jest to żadna wymówka, ale fakt faktem nie do końca potrafię pracować z osobą face to face. Uważam, że mój pierwszy dzień w pracy wypadł w miarę pozytywnie pod względem ciągłego kontaktu z klientem. Do moich obowiązków należało jednak dużo zbyt dużo - nie byłem na to gotowy i jest to powód, dla którego zrezygnowałem z tej pracy.
Jako pracownik Żabki pracuję na sklepie sam. Wobec czego muszę zadbać o otworzenie sklepu, jeśli jestem na zmianie dziennej, zadbanie o wniesienie i rozłożenie świeżego pieczywa, a także gazet. Papierkologia w tej kwestii także musi zostać zrealizowana. Otwieram sklep, stoję na kasie. Przyjmuję pieniądze, dbam o fundusze wszelkiego rodzaju, dokładam do półek, odpowiadam za cały sklep własną osobą i piersią. Nie mam żadnego doświadczenia, a trzy dni, które miałyby mnie przygotować na prowadzenie sklepu samodzielnie - dla mnie to za krótko, serio. Zmiana popołudniowa, także dbam o ekspozycję sklepu, o dostępność towaru, dokładam w razie braków. Jestem jednocześnie na kasie. Zamykam sklep, sam myję podłogę, a także liczę pieczywo i gazety, które zostały - w związku z tym muszę też wypełnić papierki. Liczę pieniądze w kasie, cały dzienny utarg. Oby był jak najlepszy, minusy nie są mile widziane. Zamykam pieniądze w sejfie, loguję się w systemie i odznaczam swoją obecność, czas, jaki pracowałem (dziesięć godzin około) i see ya. Cały czas, odpowiadam sam za sklep.

Nie przeraża mnie ilość tego, co trzeba zrobić. To w porządku, okej? To dorosłe życie i doskonale o tym wiem, akceptuję ten fakt. Ale przeraziło mnie to, że przez całą moją zmianę jestem sam i muszę odpowiadać za wszystko. Wpadłem w panikę, jeśli mam być szczery i potraktowałem swoją szefową raczej niezbyt miło, informując ją, że jednak nie przyjmę tej oferty - bardzo za nią dziękuję, ale dla mnie odpowiadanie za sklep, który nie jest mój to trochę zbyt duża odpowiedzialność, której na chwilę obecną nie potrafię podjąć. Nie potrafię. Może to czyni mnie słabym, może to sprawia, że się poddałem w oczach wielu ludzi - nie wiem. Nie mnie to oceniać. Ale za 1200zł mieć na głowie odpowiedzialność za cały sklep i asortyment, a także papierkowość - to nie dla mnie. Po jednym dniu czułem się tak zestresowany, że nie mogłem spać, chociaż zmęczone ciało błagało mnie o odpoczynek.

Pracy poszukuję nadal. Czasem myślę, że popełniłem duży błąd, nie próbując pociągnąć tego dłużej. Nie podjąłem tej decyzji samodzielnie - nie potrafiłem. Radziłem się kogoś, kto ma w tej kwestii dużo więcej doświadczenia, niż ja - mojej mamy. W pewien sposób zdjęła ze mnie jakiś ciężar, tak myślę.

`żaden ptak nie jest idealny

Ostatnio podjąłem kurację przeciwko łupieżu zaleconą przez dermatologa. Jest to trochę temat tabu, sam odczuwam to bardzo mocno - to wstydliwa przypadłość, która może przytrafić się każdemu z nas. Szczególnie apel do młodych osób - jeśli jesteś osobą dojrzewającą i masz problemy z łupieżem, nie wstydź się tego. Szczególnie w tym okresie jesteśmy narażeni na tego typu zmiany skórne, hormony mogą zrobić bardzo wiele dziwnych rzeczy. Jeśli szampony przeciwłupieżowe nie sprawdzają się, po prostu idź do dermatologa - nie przeciągaj tego tak długo, jak ja to zrobiłem.
Pierwszy raz łupież pojawił się, gdy miałem coś około jedenastu lat. Nie wiem z jakiego powodu, być może właśnie zaczęły działać hormony. Od tego czasu znikał on i pojawiał się wielokrotnie - nie jestem w stanie tego wszystkiego zliczyć. Krótko mówiąc, uprzykrza mi życie bardzo skutecznie i dotychczas byłem skazany na używanie tylko i wyłącznie szamponów przeciwłupieżowych, a z czasem zwykły Syoss, czy inne takie - nie działały. Musiałem sięgać tylko po Nizoral i tego typu ciężkie artylerie. Znudziło mnie to. Zdecydowałem, że nie mogę wiecznie uciekać w coraz to nowsze szampony przeciwłupieżowe - po pierwsze, to droga sprawa, a po drugie, w końcu mi się skończą i co ja wtedy zrobię. Zdecydowałem więc, że najwyższy czas, aby zainteresował się tym dermatolog.
Jeśli ktokolwiek pyta mnie po co była mi ta wizyta odpowiadam szczerze. Pamiętam ile wstydu niegdyś najadłem się, gdy mając dość ciemne naturalne włosy widać było białe ślady łuszczącego się naskórka. Byłem takim typem człowieka, który gdy sam zauważał coś podobnego u kogoś - nie komentował. Nie chciałem, by było komuś niemiło. Niestety rówieśnicy nie wykazywali się podobną empatią. Byłem młody i brakowało mi doświadczenia, a także pewności siebie, aby wstać i powiedzieć "Tak, mam łupież. On też ma, jego nie wyzywasz. Leczę to, co mam Ci jeszcze powiedzieć? Hormony robią swoje". Teraz nie miałbym z tym problemu, ale jak człowiek jest młody - to zupełnie inna rzecz.
Nauczyłem się jednak jednej, bardzo ważnej rzeczy, która być może zdefiniuje Twoje życie - nie rób sobie tematów tabu. Jeśli jesteś chory na łuszczycę, czy nawet ten głupi łupież - mów o tym otwarcie, jeśli ktoś Cię zaczepi albo nawet gdy nikt nic nie powie. Po prostu mów o tym swoim przyjaciołom, czy znajomym, jakby to była zupełnie normalna rzecz.
Po drugie, zrozum, że to jest normalna rzecz. Łuszczyca to choroba, łupież w pewien sposób - także. To że jesteś cukrzykiem to też kwestia niezależna od Ciebie. Nie ma się czego wstydzić. Taki jesteś, to część Ciebie. Sami robimy sobie tematy tabu i jasne, nie jest to estetyczne, gdy z Twoich włosów sypie się śnieg - nie namawiam do tego, aby nic z tym nie robić "bo taki jesteś". Po prostu czuj się komfortowo z swoją przypadłością, którą leczysz. Sam poczułem się lepiej, gdy tak po prostu powiedziałem znajomym "W końcu zacząłem kurację na ten nieszczęsny łupież, mam nadzieję, że się go pozbędę. Minusem jej jest to, że ten specyfik sprawia niesamowity śnieg, ten naskórek się strasznie łuszczy. Ale przeżyję to, o ile po wszystkim w końcu będzie dobrze!".
Nawet nie wiecie jakie ciśnienie od razu ze mnie zeszło. Jasne, mogło nie być to komfortowe - w końcu byłem otwarty i jasno przyznałem, że mam z tym problem, niestety. Ale nie otrzymałem negatywnej reakcji, a i ja potraktowałem to naturalnie, bez spięcia, bez takiego cichego "bardzo się tego wstydzę". Nie żałuję.
Tak, mam łupież. I tak, leczę go. Czeka mnie czterotygodniowa terapia, którą zacząłem wczorajszego popołudnia. Jakie będą tego efekty, zobaczymy. Nie ma co się wstydzić łupieżu. Tak się zdarza i tyle.

Koty na pocieszenie:


`mówię, więc mówię

Ostatnio pochłania mnie pisanie dla portalu do tego stopnia, że nie mam czasu zebrać myśli. To znaczy, czas mam. Ale chęci do tego zdecydowanie mniejsze, niż niegdyś.
Jak to robią Ci, którzy np. prowadzą bloga i kanał na YT? Jedno uzupełnia drugie. Być może tego rodzaju format od początku pozwala im na zaprzyjaźnienie się z konstrukcją materiału w ten sposób, aby jedno wynikało z drugiego. Ja, prawdę powiedziawszy, redaktorem How2Play stałem się z przypadku i pomimo długiego okresu czasu, który już minął - w dalszym ciągu jest to dla mnie nieco abstrakcyjne. Nie umiem sobie to wszystko poukładać, aby wszędzie pojawiały się dobre jakościowo materiały.
Zwierzanie się także stało się trochę mniej mi potrzebne - w razie niezwykłej potrzeby są osoby, które mnie wysłuchają. Trochę się pozmieniało, chociaż jak tak patrzę siedząc w dalszym ciągu przy tym samym sprzęcie i w tym samym miejscu - nie aż tak wiele, jak niegdyś marzyłem.

Muszę przemyśleć co chcę, aby tu było i w jakim formacie. Mam nadzieję, że decyzja nastąpi w miarę szybko.

`dziwne, nieskładne gadanie o cosplay'u i pewnej rzeczy, która pochłania mój czas

   Ja się chyba starzeję. Znaczy jasne, wszyscy się starzejemy, ale momentami odczuwam to aż nazbyt. Albo po prostu nie rozumiem ludzi i ta opcja jest również możliwa.
   Na pewnej grupie osób interesujących się cosplay'em bardzo ładna dziewczyna wstawiła zdjęcie, na którym była jako kobieca wersja Śnieżnego Gnara z League of Legends. Wyszło jej to bardzo ładnie.
facebook.com/squezzecosplay
   Osoba, na temat której wybuchła pewna dziwna tzw. "gównoburza" nie wypowiedziała się ani słowem i może to nawet lepiej, ja także przestałem się udzielać w tej sprawie. Jakiś młody jegomość napisał "Fajne cycki". Zostało to uznane przez administrację grupy jako bardzo wulgarne, chamskie i niesmaczne stwierdzenie, a ja ciągle pytam "Gdzie?". Być może nie jestem dostatecznie wyedukowany, nie mam pojęcia, ale z pewnością nie odczuwam tego w podobny sposób i zaskakuje mnie fakt, że inni mogą to tak negatywnie odbierać. Odnoszę niekiedy wrażenie, że wokół kobiecego biustu narasta jakaś legenda, że są zupełnie nierealne, jak potwór z Loch Ness albo coś równie groteskowego. To strasznie dziwne. Od kiedy nie można nazwać części ciała po imieniu?
   Cosplay'u mogę pogratulować, jeden z nielicznych, który naprawdę mi się podoba.

   Ostatnio mocno angażuje się w projekt, który jest już na żywo - jestem bowiem redaktorem i recenzentem gier dla How2Play. Strasznie cieszę się, że w końcu przyszła do mnie odwaga, aby zrobić ten krok i pójść o ten jeden krok do przodu. Jest mi to potrzebne, nie ukrywam. Zrealizowałem tam już kilka materiałów, które w normalnym przypadku byłyby tutaj, na blogu. Zastanawiałem się, czy kopiować materiał i wrzucać to także tutaj lub zostawiać linki do zrealizowanych tematów na How2Play na oddzielnej stronie, Jakieś sugestie? Wydaję mi się, że mógłbym wrzucić moje materiały na bloga, bo dlaczego nie.

   Póki co, jeśli są osoby zainteresowane sprawdzeniem jak wyglądają moje materiały, lecą:
   Moja współpraca trwa dosłownie jakieś dwa tygodnie maksymalnie i póki co jestem szczerze zadowolony. Pozostaję na próbnym przez kolejne półtorej miesiąca.

`jak zniweczyć dwie relacje w ciągu czterech godzin

   Szczerze mówiąc, zastanawiałem się ile będzie trwała ta moja rozkoszna sielanka towarzyska. Nauczony doświadczeniem, że żadna bliższa znajomość w moim życiu nie ma prawa bytu, jeżeli zaufam w jakimkolwiek stopniu dla człowieka i cóż, historia lubi się powtarzać, a karma wracać i przypominać o tym, że w przeszłości byłem jeszcze większym chujem, niż jestem obecnie. Życie.

   Sielanka nie trwała nazbyt długo, jak się okazuje. Kilka dni temu dowiedziałem się, że planowana jest impreza w ten weekend z okazji już zaplanowanego i dopinanego na ostatni guzik wyjazdu E. No dobrze, zacząłem się zastanawiać intensywnie, no bo przecież w poniedziałek mam być w Łodzi. "Nie martw się, przenocujesz u nas i pojedziesz", usłyszałem. I byłoby wszystko dobrze, gdyby moja skrajny introwertyzm się nie odezwał. A odezwał, ku mojemu nieszczęściu. I obudził z tej niezwykłej sielanki, przypominając, że przyjdzie mi poznać tam kogoś nowego, jeżeli zgodzę się pojechać. Przyjaciółka E., a moja koleżanka ma partnera. Cóż, postanowiłem rozwiązać to jak dojrzały człowiek i porozmawiać z tą, która tego chłopaka posiada.

   No i chyba moja delikatność i wyczucie chwili oraz słów dało się we znaki. Możliwe, że zabrzmiałem nieco agresywnie anonsując, iż moja obecność na imprezie poniekąd jest uwarunkowana obecnością tego nowego dla mnie człowieka, a raczej jego nieobecnością. Cóż, najwygodniej by było, gdyby po prostu się nie pojawił. Uznałem, że to nie jest zbyt wygórowana prośba, kurcze. Przeliczyłem się, w szczególności, że do prośby to miało daleką drogę i bardziej brzmiało jak żądanie z mojej strony. Panicz Draco żąda i ma być tak zrobione, basta.

   Jak się łatwo domyśleć, owa dziewczyna nie zareagowała pozytywnie. Nawet gorzej, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. Krótko mówiąc zostałem wyzwany od dołu do góry, nie pomijając wyciągania jakichś starych, śmiesznych spraw, nazywania mnie pizdusiem i debilem, no cóż. Nie była to przyjemna konwersacja. I żeby nie było, nie uważam, że tylko ja tu zawiniłem. Być może w znaczącym przypadku i owszem, ale nie w stu procentach. Nie sądzę, aby wyzywanie było bowiem słuszną decyzją, a ku takiej się właśnie M. skłoniła. Co było w tym wszystkim najbardziej przykre? Jeżeli ją poniosło i zaczęła mnie wyzywać, wszystko w porządku. Jeśli się odwdzięczyłem, już zostałem uznany a śmiesznego i żałosnego. Sensowna logika, nie ma co.

   Co gorsza, odczułem pewną nieprzyjemność w dalszych konwersacjach. Oczywiście wiedziałem, że E. i M. mówią sobie niemalże wszystko. Ale...
 "Niemniej jednak uważam, że Wasze zachowanie było trochę dziecinne", stwierdziła E. Trudno było się nie zgodzić, kurcze. Z przykrością przyszło mi to potwierdzić. Uznałem więc, że wyciągnę pierwszy rękę, bo w końcu z mojej winy ta dziwna kłótnia wynikła. I co słyszę? Słyszę, że skąd, E. wcale tak nie powiedziała. Nie potwierdziła własnych słów, hę? O co chodzi?
   Dalej, podczas którejś z rozmów doszliśmy do wniosku, że M. nie miała nigdy sytuacji, w której nie było na chleb w domu. A od M. słyszę, że E. powiedziała "nie zrozumiałabyś biedy". No kurwa mać, za przeproszeniem... Albo ja głupieję, albo o co chodzi?

   W efekcie udało mi się pokłócić z dwoma dziewczynami. Powiedziałem prawdę. Uważam, że to wygląda bardzo dwulicowo, skoro mówię coś dokładnie takiego, co mówiła jedna, a od drugiej dowiaduje się zgoła czegoś zupełnie innego. I przykro mi, ale ja nie rozumiem zawiłości sytuacji.

   Doszedłem jednak do jednej, złotej zasady, do której zamierzam się od dziś stosować. Wystarczyło bowiem powiedzieć, że w ten weekend mam pracę i nie mogę się pojawić. Obyłoby się bez nieprzyjemności, kłótni i spięć. Uwaga, uwaga - wystarczyło skłamać i byłoby wszystko w porządku. Taka wielka filozofia. Mam nauczkę na przyszłość. Nie zawsze prawda jest czymś, czego ludzie potrzebują.

  Przy okazji, pojawił się nowy audiolog na YT. Serdecznie zapraszam.

`psycho

   Coś około dwóch tygodni temu zdecydowałem się, w geście desperacji, na napisanie listu do I. Być może nie było to zbyt mądre posunięcie, ale zainspirowany znalezionymi (a wcześniej schowanymi) listami postanowiłem zrobić coś tak nierozsądnego.
   Znaczy wiecie, listy pisać jest bardzo fajnie, nawet jeden ostatnio wysłałem do pewnej youtuberki i jest z tego filmik (KLIK), kwestia tego typu z jaką zawartością on jest. Przyznajmy sobie szczerze, na pewno brzmię jak zdesperowany i bardzo dziwny człowiek w tworze, który poszedł do I. Trochę mi za to wstyd.
    Z drugiej strony myślę, że były to słowa, które w końcu musiały zostać wypowiedziane tak, jak ja potrafię najlepiej. A że konwersacje idą mi średnio, dużo lepiej sprawdzam się na polu pisania... Cóż.
   W każdym razie, niepokoi mnie cisza, która po nim nastała. Być może tylko przesadzam i nieco dramatyzuję, bo boję się efektu, jaki ten list mógł wywołać, ale...


   Zakładając, niezwykle optymistycznie, że dostaje ktoś z Was list. Jest to Wasza dawna miłość, byliście w związku, było fajnie. Rozstaliście się, bo partner był nazbyt zaborczy i taki... No właśnie, taki. Mija kilka lat, w trakcie których macie kontakt, ale wyraźnie ograniczony, dystans jest zachowywany dzięki Wam. I dostajecie list, w którym są słowa, że jest to inspirowane Waszymi słowami, w których było, że zawsze będziesz kochać tego swojego byłego i w ogóle, omnomnom, wiadomo. No i wyznanie, że minęło tyle czasu, a on ciągle coś do Ciebie czuje.
   Jakbyście zareagowali? Wyśmiali? Tak... Ja chyba też. Jakiej ja się reakcji spodziewam?

`dzień dobry, czy kocham cię?

    Mam wrażenie, że znowu obojętnieje na ludzi. A przynajmniej na ich znaczną większość. Napiszesz mi smsa? W porządku. Nie? Też dobrze, naprawdę. Jakoś nie... nie odczuwam potrzeby spotkania się z kimś, pisania albo po prostu bycia. To się, oczywiście, czasem zmienia - przez dłuższy czas, kiedy nie miałem kontaktu z I. czułem się trochę, jakbym był chory (jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało).
   Wystarczyła krótka prośba, abyśmy razem pograli trochę i nagle zupełnie, jakbym odżył. Ale on zawsze tak na mnie działał, więc to akurat nic nowego.
   Niemniej jednak, kilka miesięcy, konkretnie jakoś od Króliczego Końca Historii trochę jakbym... Nie był sobą. Uśmiechy, przytulaski, spotkania z ludźmi, sylwester, robienie zdjęć zupełnie amatorsko, taka trochę wymuszona radocha. Być może przesadzam, bo muszę wymyślić temat, na który mógłbym trochę pogadać i mieć posta. Być może. Ot, luźne przemyślenia sprzed chwili.

   Zawsze zastanawiali mnie ludzie, którzy są w stanie (i którzy potrzebują) dużo kontaktu z innymi ludźmi. Którzy wśród innych rozkwitają. Mnie to chyba męczy i przekonałem się o tym tym jeszcze bardziej w ciągu tego półtorej miesiąca. Albo to sesje. Może po prostu marudzę po sesjach i próbach intensywnej nauki, które skończyły się... czy ja się w ogóle uczyłem jakoś sensowniej do tych zaliczeń? Rany, jestem straszny, nie chciało mi się. Ale zaliczone, więc w sumie nieważne. Ferie do dwudziestego drugiego lutego brzmią dobrze.
    Zawsze też zastanawiam się, jak to jest, że są osoby, które niezależnie od tego, co druga osoba robi dalej będą twierdzić, że jej potrzebują. Dobrym przykładem jest, niestety, moja rodzicielka, która zupełnie straciła głowę dla młodszego od siebie mężczyzny. Rany, wiek nie jest istotny i zawsze to powtarzam, o ile obie strony to akceptują. Tylko problem leży w czymś zupełnie innym. Jej luby bowiem ma brzydkie upodobania, polegające na uzależnieniu od niezbyt ciekawego narkotyku. Ta kobieta to ma szczęście, co? Ile razy już ją oszukiwał, to nawet nie zliczę. Udało mi się pogubić. Ale ona ciągle to samo... "Jeszcze jedna szansa, ta jest już ostatnia, jak ją popsuje, to koniec. No koniec, mówię ci". Ona chyba sama sobie nie wierzy. Ale o tym pisałem już chyba kiedyś, nie ma co się powtarzać. Intrygującą kwestią jest po prostu to uzależnienie od drugiego człowieka. Tym bardziej, że mnie też chyba w jakimś stopniu udało się w ten sposób przywiązać do innego człowieka, co zepsuło zresztą naszą relację.
   Więc co, warto?

`zawsze możesz poczuć się dotknięty

    Ostatnio jakoś więcej jest prywaty, aniżeli materiałów poświęconych grom komputerowym i filmom. Tak wyszło.
    Wiecie, jest tak dziwnie w tym świecie. Poznajesz kogoś. Zupełnie nowego dla Ciebie, interesującego z pozoru. Piszecie, z czasem coraz dłużej - dochodzi do tego, że rozmawiasz z nią/nim cały dzień i nawet nie zauważasz mijającego czasu. Macie wspólne tematy, okazuje się, że lubicie podobne rzeczy, a nawet dania. Myślisz sobie, że cholera, to przeznaczenie, musiałem poznać tego kogoś. I nagle coś sprawia, iż zmieniasz diametralnie zdanie. Co to było w moim przypadku?

   Przy okazji opowiastki o moich perypetiach w podróży wspominałem o pewnym forum RPG. Pewnego dnia pojawił się tam człowiek, który wykreował sobie dosyć interesującą postać. Stwierdziłem więc, że mogę napisać i zapytać, czy chciałby poprowadzić ze mną jakąś fabułę. Zgodził się, poprosił mnie o numer gadu-gadu, jako że nasza konwersacja nieco się rozwinęła. Zaczęliśmy pisać. Od słowa do słowa okazało się, że mam do czynienia z dwudziestoośmioletnim mężczyzną. Najdziwniejsze było to, że naprawdę cudownie mi się z nim rozmawiało. Nie czułem się zirytowany lub zmęczony. To trochę tak, jak wtedy, gdy poznawałem Igora - on także należał do tych nielicznych, którzy nie wkurzali mnie samym tym, że istnieją.
    Nie ukrywam, facet mnie podrywał. Jak się z tym czułem? Szczerze mówiąc i dziwnie, i miło. Wiecie, od ponad roku nie jestem z I. To trochę czasu. Sam nawet nie pamiętam, kiedy to ktoś ze mną chciał flirtować a nie ja z nim. Przyjemnie było być adorowanym. Uwodzonym. Niestety należę do tych niedoświadczonych, w zasadzie. Tanie, trochę słabe teksty podziałały na mnie bardziej, niż bym się mógł spodziewać. Coś typu "Masz piękne oczy, inteligentne poczucie humoru, zabawny" itd. Wstyd się przyznać, ale podziałało. Czułem, jak ktoś jest mną zainteresowany. Zaintrygowany. To było przyjemne.
    Kontakt się urwał. Nowy kolega wyjechał służbowo i nie ma go ponad dwa tygodnie. Ponoć w trakcie telefon się zepsuł, a teraz siedzi w Gdańsku (czy wspomniałem, że nowy kolega mieszka w Berlinie?). Los chciał, że kilka dni temu pisze do mnie koleżanka, która zna go dużo dłużej, niż ja. Mówi, że pytał o mnie i był ciekaw, czy przyjadę. Nie mogłem, dostałem w tym czasie mandat na trzysta złotych za brak biletu autobusowego, wobec czego wszelkie ewentualne wyjazdy poszły się kochać (co do tej pory napawa mną nieszczęściem, ponieważ podczas związku z Igorem przyzwyczaiłem się, iż w każde wakacje jestem nad morzem; a ja kocham właśnie być tam, ten jod... czuję się po prostu cudownie w takich miejscach). No nic, na spotkanie dojechała inna koleżanka.
    Od tej drugiej właśnie dowiedziałem się, że mój nowy kolega wspominał o wiadomościach, które ode mnie dostał w trakcie jego nieobecności. Nie ukrywam, nagłe zniknięcie i nie odzywanie się po dziś dzień uważam za absolutne zignorowanie mnie. To raczej przykre pod wieloma względami. W dodatku koleżanka, której stosunkowo ufam (bez przesady, ale jednak trochę na pewno) uważa, że było to raczej prześmiewcze. Nieco. No i zdecydowanie nie na miejscu mówienie o takich rzeczach w towarzystwie.
    Cóż mogę powiedzieć? Lekki zawód. Chociaż to było podejrzane od samego początku, drobna nadzieja istniała, że być może przytrafił się ktoś, kto będzie chociaż dobrym kolegą albo przyjacielem. Niestety, najwidoczniej trafiłem na człowieka, który sprawdzał swoje umiejętności. Zabawił się w grę "Ciekawe, czy będę potrafił go wyrwać". No cóż. Przyznaję, udało mu się. Poniekąd. Niech ten zawód nauczy mnie czegoś przynajmniej. Proszę?

`sprawdza się to, o czym mówiłeś kilka dni temu - czy jestem jasnowidzem?!

    W zeszłym tygodniu, w środę lub czwartek leciał jeden z tych popularnych, ale głupich seriali jak stąd do Wiednia i z powrotem. "Dlaczego ja?", "Szpital" albo inne badziewie, które oglądasz, chociaż nie wiesz dlaczego. Wraz z matulą przy obiedzie raczyliśmy się tą mało wyjątkową formą relaksu. Była tam kobieta, która po czterdziestce wpadła i była w ciąży, cieszyła się z tego itd., natomiast jej córka była wściekła i nie chciała mieć rodzeństwa. Przez ponad osiemnaście lat była jedynaczką i nie uśmiechała jej się taka radykalna zmiana. Pytałem wtedy z przerażeniem, czy i mojej matuli nie wpadnie do głowy zajście w ciążę (niby nie ma z kim, ale wiadomo to...), bo nie chcę mieć rodzeństwa. Dwa dni później ojciec napisał mi SMSa, że będę miał brata lub siostrę, bo jego żona jest w trzecim miesiącu ciąży.
www.sadistic.pl
    Ci z Was, którzy czytają mnie trochę dłużej wiedzą, że z ojcem moje relacje są mizerne, jeśli jakieś w ogóle. Teraz czeka mnie walka z nim o pieniądze, które mi się należą (czyt. alimenty, które przestał płacić), a dziecko to będzie jego kolejna wymówka. Poza tym, cholera jasna, mam prawie dwadzieścia lat. Całe życie byłem jedynakiem i lubię być jedynakiem. Jedyny plus jest taki, że ojciec i tak nie utrzymuje ze mną jakiś większych kontaktów, więc częstotliwość potencjalnego widzenia się z tym bachorem będzie sporadyczna.
Niemniej jednak wstrząsnęło mnie to i zmartwiło. Bo to kolejny as w rękawie ojca i kolejna możliwość, dla której mógłby potencjalnie mi nie płacić. Liczę jednak na to, że ja mam takich bonusów więcej.

`politycznie i nielogicznie - pierwszy i ostatni raz mówię o czymś, czego nie rozumiem

    Nigdy nie pisałem o polityce. Nie interesuję się nią. Być może czyni to ignoranta ze mnie, ale wolę nie zastanawiać się nad tym, co ludzie na wysokich stołkach, którzy mają władzę nad państwem wymyślają. Gdybym to robił, niechybnie stałbym się siwy bardzo szybko. Nie chodzę też na wybory. Pewnie zaraz się podniosą głosy, ale de facto - na kogo mam głosować? Kogo mam wybierać? Jeden drugiego warty, wszyscy to dziadki, którzy chcą się jak najwięcej najeść i na ogół najmniej narobić. Na ogół, bo są wyjątki.
www.wykop.pl
(klik by powiększyć)
    Niemniej jednak to, co się dzieje na Ukrainie sprawiło, że zabieram głos. Nie spodziewajcie się politycznego eseju, bo go nie będzie. Chcę powiedzieć tylko i wyłącznie jedno - historia lubi się powtarzać. Być może wielu z Was zapomniało o tym małym szczególe z II Wojną Światową (ktoś długo bez obecności na historii w szkole i nieinteresujący się nią na co dzień). I żeby nie było, nie zmierzam do pełnych nienawiści słów. To ja jestem jedną z wielu osób, która mówi, by nie patrzeć na życie przez pryzmat historii, wyrzucić to, co starają się na siłę wbić nam do głowy. To, że Niemiec lub Rosjanin to nie oznacza, powtarzam, NIE OZNACZA, że ta osoba jest automatycznie zła (inna inszość, że definicja bycia złym obecnie jest różna).
    Ludzie zapomnieli, że historia to co więcej, niż tylko wydarzenia, które miały miejsce. To doświadczenia, z których możemy czerpać wiadomości i mądrość.
    "I co ma jedno do drugiego?" - ktoś mógłby zapytać. O ile mnie pamięć nie myli, po I Wojnie Światowej powstało coś takiego, jak Liga Narodów. Cele były podobne, jak teraz obecnie NATO - utrzymanie współpracy na świecie i braku konfliktów. Dlaczego, mając taką organizację, Hitler, Stalin, Mussolini nic sobie z tego nie robili? Bo Liga nie miała środków. Nie posiadała wojska, wpływów, pieniędzy. Nie mieli jak powstrzymać dyktatorów i ich wojsk. Oni byli świetnie przygotowani, mieli to, czego brakowało organizacji. I stąd II Wojna Światowa. Nikt nie mógł ich powstrzymać. To teraz zatrzymajmy się. Co mamy teraz? NATO. Czy mają wojska? I to lepsze, niż Rosja.
    Ktoś się spyta "Dlaczego nikt nic nie robi z Rosjanami, skoro mamy środki?". Bo to tylko jeden kraj, póki co. Jasne, wiemy, że to się może rozwinąć bardzo źle dla nas wszystkich, ale póki co nie doszło do wymiany pocisków. Póki co są prowokacje. Sprytne, trzeba przyznać. Próba zrobienia tak, by to nie poszło na Rosję. Powiedzą, że sprowokowali, nie? A szczegóły nie są ważne. Jeśli w tym momencie wkroczyłoby NATO z całym swoim arsenałem na pewno rozpętałaby się wojna. Pytanie, czy to teraz to nie jest po prostu przeciąganie w czasie, jak to miało miejsce przed II WŚ? Niestety to możliwe i musimy być tego świadomi.
    Nie spodziewałem się, że dożyję podobnych czasów, jeśli mam być szczery. Sądziłem, że dwie wojny światu wystarczą, po co więcej, no nie? Nie myślałem, że przyjdzie dzień, w którym będę się zastanawiał, czy rozpocznie się wojna i kiedy będzie miała ona miejsce. Niemniej jednak należałoby się do tego przygotować. Polska także, jako że jesteśmy bardzo blisko epicentrum - po to, byśmy nie zostali z ręką w nocniku jakby przyszło co do czego.
    Dlatego nikt nic nie robi, a historia się powtarza. Ludzie niczego się nie nauczyli. Tylko że to polityka. Delikatne sprawy. Rzeczy, których ani ja, ani przeciętny Kowalski nie zrozumie.
    Co ja o tym myślę? W mojej opinii niedługo wybuchnie wojna i lepiej, żeby każdy z nas miał plan B. Albo spieprzać z Polski, bo jesteśmy za blisko, ewentualnie iść walczyć. Co wybierzecie?


BONUS - IEM KATOWICE 2014

    W ramach małego bonusu do gier, pozwolę sobie zamieścić dwie relacje - Rocka i Rojo - z IEM Katowice 2014, czyli mistrzostwa świata gier (to, o czym mówiłem przy okazji League of Legends). Zapraszam z zapoznaniem się.
    W tym roku ja sam nie mogłem uczestniczyć w tej fantastycznej zabawie, zresztą tak samo ominie mnie Pyrkon i Paitball z Rojem, niemniej jednak myślę, że za rok będę już zwarty i gotowy na tego typu rozrywki. Niestety teraz mam do rozegrania bitwę w prywatnym życiu z własnym ojcem i nie pozwoliło mi to na skorzystanie z tych możliwości, liczę jednak na to, że to, co będzie działo się za rok w stu procentach mi to wynagrodzi.
    Na dwie, wyżej wymienione imprezy, Was serdecznie zapraszam.

ROJOV13 (Patryk Rojewski)

RockAlone2 (Remigiusz Maciaszek)

`ciężkie relacje międzyludzkie

    Od dłuższego czasu jakoś znów zacząłem regularnie rozmawiać z I. Głównie o grze, to nasza wspólna pasja, która kiedyś też nas połączyła. Być może teraz skleja nasze relacje - jego złamane zaufanie do mnie, a moje szaleńcze pragnienie odzyskania jego aprobaty, jego jako całości, jako człowieka. Kogoś, o kim mógłbym powiedzieć, że należy do mojego stada. Dalej jest, chociaż nie byłem w stosunku do niego w porządku, naraziłem się poważnie. Być może mam szansę. I chciałbym sprawdzić, czy faktycznie ją mam, tylko że...
    Boję się. Trochę nawet panicznie. Co, jeśli na pytanie, czy da drugą szansę odpowiedziałby "nie"? Przecież to możliwe. A myśl, że jest jakaś szansa dodawała mi przez te pół roku energii do działania. Nie do trwania w miejscu, ale do zmieniania możliwie jak najwięcej rzeczy. Ale nie na "odwal się", tylko porządnie, dociągając to do końca.
    Czy jestem gotów stracić taką motywację, jeśli odpowiedz byłaby przecząca? Na to nie można być gotowym. Z drugiej strony zacząłem o tym nawet śnić. Śnię o tym, jak pytam i dostaję przeczącą albo twierdzącą odpowiedz. I czuję te nerwy, nawet przez sen. Trochę boję się nawet kłaść, bo co, jeśli przyśni mi się ten negatywny scenariusz?
    Zaczynam znowu się męczyć, tak jak wtedy, gdy wiedziałem, że coś jest nie tak i wiedziałem jak to się może skończyć, co próbowałem odsunąć, zniwelować - tylko że za późno. Czy jest za późno, by prosić o drugą szansę? A może za wcześnie?
    Co prawda, nie dostaję kopa w głowę za nazywanie go "kotkiem" albo "skarbem", jak zwykłem, ale też nie ma entuzjazmu z wcześniejszych lat. Jest ostrożny, zraniłem go. Bardzo mocno. Czy powinien w ogóle zaufać po raz drugi? Czy jest w stanie, czy tego chce? Nie dowiem się, póki się nie spytam, ale bardzo boję się poruszyć ten temat, bo osiągnęliśmy jakąś płynność relacji. Nie jest już wiele pretensji w nim do mnie i złości. Dalej ją wyczuwam, dalej ona tam jest, ale jej natężenie znacznie zmalało. Przynajmniej odnoszę takie wrażenie.

    Na Walentynki wysłałem mu dwie kartki. Nie mogłem się zdecydować na jedną. A także łańcuszek. W zeszłe wakacje mówił, że zgubił w górach i bardzo się tym przejmował, a ja jak ostatni gbur i dureń zamiast go pocieszyć i powiedzieć, że nic się nie stało, że dostanie drugi, spytałem "dlaczego się tak przejmujesz, to tylko wisiorek?". Wtedy powiedział, że jest on ode mnie i dlatego taki jest ważny. Ciągle o tym myślę i tak żałuję tego, co powiedziałem. Żałowałem już sekundę po powiedzeniu. Dlaczego tak bardzo chciałem udawać, że jestem bardzo super, bardzo alfa, bardzo pro? Przecież on nie takiego mnie chciał. Chciał mnie z moimi wadami i zaletami. Z tym, że przytulałem go, gdy się załamywał i głaskałem po plecach, pozwalałem się wypłakać i nie przeszkadzałem. Z tym, że czasem troszkę się obraziłem, jak zaczęto się śmiać z tego, co mnie bolało, chociaż miało być tylko żartem. A nawet z tym, że jestem ogólnie trudnym człowiekiem. Dlaczego to komplikowałem? I dlaczego nigdy nie przeprosiłem za to? Ale to było. Wysłałem mu nowy łańcuszek. Srebrny. Specjalnie poszedłem do sklepu i wydałem ostatnie pieniądze na to, ciesząc się jak głupi, uśmiechając się do sprzedawczyni, z dumą mówiąc, że to w prezencie dla kogoś ważnego. Ale nic nie powiedział. Był też liścik, w którym napisałem, że bardzo jest ważny. I że nie potrafię o niektórych rzeczach mówić, więc piszę oraz liczę, że się nie wygłupię tak bardzo. Że wiem, że zasłużyłem sobie na takie traktowanie, na bycie chłodnym w stosunku do mnie, na tę agresję i tę złość. I że wytrzymam to, bo robiłem to samo. A zależy mi i się nie poddam, póki nie powie "nie". I czy będzie moim walentynkiem. Nie odpisał, nie wspomniał nic o tym, ale nie dostałem zwrotu prezentu ani walentynek. Ale nie powiedział też "nie". Ani "tak". Nie znam się na psychologii, ani związkach, definitywnie. Ale daje mi to jakąś nadzieję.

   Wiem, że dzień, w którym o to wszystko spytam zbliża się wielkimi krokami. Jestem u skraju i będę musiał w końcu o tym z nim porozmawiać. Na spokojnie, bez ataków. Tak po prostu, jak dwójka dorosłych ludzi. Dorosłych, ale jednak chłopców. Dalej mam nadzieję i będę ją miał. Ona umrze ostatnia, chociaż może nigdy nie będzie musiała umierać.
Kiedyś mnie chciał, póki tego nie zepsułem. Teraz muszę tylko to naprawić. Nie wiem jeszcze jak. Idę na ślepo, próbuję. Subtelnie, nienachalnie.
    Oby się udało.

PS Wkopałem się w kurs zawodowy, więc teraz będę mieć zakopane weekendy całkowicie w praktykach i zajęciach w liceum. Czuję miłość. Zrobiłem sobie w tym tygodniu wolne od zajęć, takie ostatnie-ostatnie, wiedząc, że mogę to zrobić. A potem ciśniemy. 

`po co uczysz się języków, lepiej zostań ninja

    Jeśli ktoś czasami zagląda do światka blogowego, to wie, że od dłuższego czasu popularnością cieszą się ocenialnie. Lepsze, gorsze, nieważne. Blogi te poświęcone są ocenie innych blogów, które to się do nich zgłaszają. Działa to jako stosunkowo nietypowa reklama, poza tym umożliwia nam to poznanie obszernej opinii osób trzecich - czegoś, czego przypadkowa, pierwsza lepsza osoba nie napisze w komentarzu. Na ogół ma to też poprawiać poziom osoby zgłaszającej się. Są oczywiście wyjątki.
    Oceny blogów to jednak bardzo subiektywna kwestia. Niektórym podoba się ten kolor, innym nie. Czasem tematyka bloga podpasuje, innym razem jest odwrotnie. Niemniej jednak od dłuższego czasu przejawia się niechęć do anglojęzycznych tytułów bloga, adresów, belek, sentencji, czegokolwiek. Odnoszę wrażenie, że ludzie wychodzą z założenia - skoro jestem w Polsce, mieszkam tu, żyję i mam bloga na polskojęzycznej wersji, to powinienem mieć dosłownie wszystko w tym właśnie języku. I tak się zastanawiam... Właściwie dlaczego?
    Przychodzi mi na myśl kilka... a w zasadzie tylko jeden powód, dla którego można by w ten sposób reagować na wszechobecny język angielski. Patriotyzm. Ale umówmy się, nie rozmawiamy o Amerykanach, którzy faktycznie w sporej mierze kochają swój kraj (jak się im dziwić?). Brzydko to zabrzmiało, ale niewielu znam patriotów. Naprawdę. Większość narzeka na kraj i nie chce w nim mieszkać, a mieszka... bo tak wyszło. Co jeszcze mogłoby być takim powodem?
    Ale co tam powody! Najśmieszniejsze jest zdanie, które ostatnio przeczytałem, pozwolę sobie zacytować: "Nie rozumiem, dlaczego wśród dzisiejszej młodzieży na piedestale jest znajomość języków obcych, a w tym angielskiego ponad wszystko."... Rozumiecie? Bo ja nie. Nie chcę obrazić tej osoby, w żadnym razie, niemniej jednak owa persona niewątpliwie mnie umrzyła. I to na miejscu. Wyobraźcie sobie świat, w którym znajomość języków obcych jest bardzo ważna i ludzi, którzy nie przywiązują do tego wagi, a potem nie mają takich umiejętności i nie potrafią znaleźć przez taką głupotę pracy? No bo dlaczego mieliby stawiać na piedestale wielojęzyczność? Absurd.
    Żeby nie było, że jadę po tej dziewczynie - a tak wcale nie jest, naprawdę - jestem w stanie zrozumieć, że być może to po prostu niefortunne dobranie słów. Być może według niej wygląda nieestetycznie, gdy blog ma wszędzie jakieś wstawki z języka angielskiego - jest on w końcu bardzo popularny, międzynarodowy, więc to żaden fun go używać. Być może. Nie jestem, ponownie, obiektywny w tej kwestii, bo sam przez kilka ładnych lat miałem bloga z anglojęzycznym adresem, sentencjami i podstronami. Nie wszystkie mi się podobają, a takie rzeczy to kwestia indywidualna, niestety.
    Bawi mnie jednak, jak niefortunny dobór słów może zmienić całkowicie odbiór całokształtu.

A w ramach absolutnego braku patriotyzmu, ale umiłowania do cholernie drogich w Polsce słodyczy, Starkids:

`paplaninka mode on

Trochę świątecznie, ale i nie do końca.
Przede wszystkim, moje święta nie były najgorsze. Biorąc pod uwagę fakt, że jestem czarną owcą rodziny, nie było tak źle. Cóż, wraz z matką zostaliśmy w domu i spędziliśmy go w swoim towarzystwie. I dobrze, święty spokój - nie chciało mi się, wyjątkowo, być agresywnym w stosunku do innych, a przy mojej rodzinie inaczej się niestety nie da.
Prezenty? Symboliczne parę złotych. I dobrze, nie stać mnie na prezenty dla innych, więc raczej nie oczekiwałem niczego zwrotnego. No, prócz prezenciku dla Igora, bo jeszcze zostanie wysłany.

Sylwester - okazuje się, że jednak stoi pod znakiem zapytania, o dziwo nie ze względu na mnie, a tu Ruda nawala. Wredna Ruda.

Likwidacja NFZ? Jasne, tyle osób tego nienawidzi, hejtają na prawo i lewo, ale chodzić za free i nie bulić za lekarzy - lubimy. Z perspektywy osoby, która na NFZ chodzi kiedy może to nie jest pozytywna informacja. W tym kraju naprawdę do dupy się dzieje.

`kilka refleksji do rozwinięcia

Przez cały okres trwania związku nigdy nie rozmawialiśmy na temat przyszłości. Nigdy nie poruszaliśmy tematów takich jak "Czego oczekujesz od swojego życia?", "Jak je sobie wyobrażasz?", czy chociażby absolutnie popularne głównie wśród płci pięknej "Czy jest tam dla mnie miejsce?".
Nigdy też nie poświęcałem refleksji, jaki ja sam jestem w takiej relacji. Dopiero gdy zaczęło się dziać dziwnie, przychodził czas zastanowienia - myślę, że zbyt późno.
Nie jestem idealnym towarzyszem. Nawet na "poprawnego" się nie zaliczam. Pierwszy rok to była masakra. Wstyd mi za to, co wyczyniałem, naprawdę bardzo mi wstyd i zresztą już się zdobyłem na przeprosiny. One same nie wystarczą, ale nie wiem co mógłbym zrobić więcej.
Krótko mówiąc, zawaliłem. Czuję się potwornie winny. W dodatku on tak bardzo się zmienił. Nie poznaję tego człowieka. Nie wiem, czy chcę go takiego akceptować, próbować zrozumieć i faktycznie zaprzyjaźnić się tylko i wyłącznie skoro tego chce, czy pielęgnować piękne wspomnienia i nie kontynuować już więcej tej znajomości.
No bo czy będę w stanie się z nim utrzymywać tylko przyjacielskie relacje, skoro dalej tak bardzo mi na nim zależy?

`zmiany - na dobre lub na złe

Na pewnym etapie związku coś się we mnie zmienia. Nagle chcę robić więcej dla tej osoby, a nie dla siebie; nagle zostaje otworzony, pokazując wady i zalety, i nic nie mogę na to poradzić; nagle sprawiam wrażenie innej osoby dla mnie. Ponoć miłość zmienia, zakładając, że wierzymy w coś takiego. Tylko czy na pewno na lepsze? Skoro tracę swoją pewność siebie, swoją nieugiętość?

Ciągle mi mówią, że przesadzam, że wyolbrzymiam, że doszukuje się tego i owego. Ale co mam poradzić, że ja naprawdę od kilku miesięcy nie czuję się chciany? Nie czuję się kochany, potrzebny. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że tylko ja go potrzebuję, że tylko ja tu mam jakieś plany na przyszłość. Tylko ja, nikt więcej.
Skoro na krępujące wyznanie, że jest dla mnie ważny i chciałbym z nim ułożyć swoje życie dostaję w odpowiedzi "Ale nie umierasz, nie?", to ja nie mam pytań.
Chciałbym po prostu wiedzieć, bo te sny mnie w końcu wykończą. Ale nie mam śmiałości znowu zaczynać tego samego tematu, bo to nie przyniesie niczego dobrego, ani nowego. Suszyłem mu głowę tak długo, że to nie ma już dłużej sensu. Czuję się tak... Babsko. I to uczucie jest obrzydliwe.
© Agata | WS | x x.