Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

Przez filmy z morthem - "Wilk z Wall Street"

www.filmweb.pl

Tytuł: Wilk z Wall Street (ang. The Wolf of the Wall Street)
Gatunek: biograficzny, komedia kryminalna (dlaczego, nie wiem sam, ja bym dodał bardziej, że komedia, i owszem, ale także dramat)
Produkcja: USA
Premiera: 3 stycznia 2014 (Polska), 17 grudnia 2013 (Świat)
Reżyseria: Martin Scorsese

    Niedawno było bardzo głośno o "Wilku z Wall Street" (np. pogadanka na ten temat przy okazji Battlefield, o której mówiłem z recenzji "Don Jon", polecam, obejrzyjcie sobie). Nie ma się co dziwić, w końcu jakby nie patrzeć - świeżynka. Grudzień zeszłego roku na świecie, a u nas - styczeń. Ludzie oszaleli. Niesamowita obsada - Leonardo DiCaprio w roli Jordana Belforta, Jonah Hill jako Donnie Azoff, Matthew McConaughey... No żyć i nie umierać. W dodatku historia, jaka historia! Co za wątek. Ludzie lubią oglądać i słuchać o tych, co byli na szczycie i spadli na samo dno. Uwielbiają. Jeszcze niektórzy myślą sobie "Ha, dobrze mu tak!".
    Po kolei. Przede wszystkim, film jest biograficzny. Tak, ktoś taki, jak Jordan Belfort istnieje po dziś dzień, żyje, ma się, raczej, całkiem nieźle.  Dorobił się nawet polskiej strony internetowej (a także wielu, wielu innych; jeśli jesteście zainteresowani, Google Was poprowadzi) jeśli chcecie - klik.
    Z pewnością wiele osób myśli sobie, jakim ten człowiek musiał być potworem - sprzedawać wszystko, mówić półprawdy i nierzadko w efekcie oszukiwać ludzi. I teraz, zatrzymajmy się na chwilę przy tym. Być może zostanę za to zlinczowany, ale ja osobiście nie uważam, że był potworem. Zgoda, nie działał w sposób do końca uczciwy, ale taki jest właśnie marketing. To jest właśnie giełda. Jeśli jesteś w pełni uczciwy, to nie przyniesiesz chleba do domu. Tak po prostu, bo ludzie są nieufni. I teraz pytanie, czy masz smykałkę, umiejętności do tego, aby ten brak zaufania zmienić w szeleszczące pieniądze? Jordan właśnie taki dar posiada. Potrafi sprzedać wszystko i każdemu. A przynajmniej na tyle wielu ludziom, że dało mu to ustawienie się przez bardzo, bardzo długi czas. Sprawiło, że stał się milionerem. Czyli nie, moi drodzy, nie przynosił do domu ledwie dwa tysiące, z których musiał opłacić rachunki, jedzenie i całą resztę. Przynosił do domu kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, na początku, a potem kilkaset, kolejno kilka milionów. I co, nikt by z Was tak nie chciał? Ja się przyznam, chciałbym jak cholera. I kto wie, może uda mi się kiedyś na jakiś jego motywacyjną mowę udać (bo w chwili obecnej jest to jego zajęciem). Leonardo DiCaprio doskonale odegrał tę rolę w moim odczuciu. W filmie są momenty, w których Belfort przekonuje innych, że zdobędą to, czego chcą - a chcieli pieniędzy. Że on im pomoże i wierzy w nich, więc osiągnął sukces. I przysięgam, moje własne samopoczucie po takich słowach, które nie były przecież kierowane do mnie podskoczyło o tysiąc punktów. Jeśli takim człowiekiem jest Jordan, tak charyzmatycznym (a musiał być taki, bo przecież sam z siebie nie pociągnąłby za sobą tylu ludzi, nie zarabialiby takich kokosów), to mówcie sobie co chcecie, ale ja chcę się z nim kumplować. Bo naprawdę ma się wtedy wrażenie, że można wszystko.
    Stop! Ciągle piszę, a nie przedstawiłem fabuły, więc błądzicie i nie wiecie o czym mówię. Już wyjaśniam. Lata 80, a właściwie ich koniec. Jordan znalazł pracę, lubił to, wydawało się, że jest w porządku i zaczyna być dobrze - mężczyzna bowiem zdał egzamin na maklera i wszystko wyglądało kolorowo. Gdyby nie słynny nowojorski krach na giełdzie. Firma, w której dotychczas pracował główny bohater zbankrutowała i została zamknięta, Jordan był bez pracy. Trzeba coś wymyślić. Znalazł zatrudnienie w miernej firmie handlującej akcjami śmieciowych spółek. Osobiście wydawało mi się, że nie skorzysta z tego zatrudnienia i pewnie by sobie to darował, gdyby nie to, że okazało się, iż system, który miała firma dawał 50% prowizji. Belfort wyprowadził firmę na szczyt. Czy był w tym uczciwy? Nie mówił całej prawdy, ale to nie o to chodzi w tym zawodzie. Poza tym szybko odkrył, że wystarczy trochę pomyślunku, a pieniądze przyjemnie lecą do kieszeni. Kilka kłamstw i nie do końca prawd bardzo w tym pomaga.
    Jordan przypadkiem spotyka Donniego Azoffa (Johan Hill) w knajpie. Zaczynają rozmawiać, a wkrótce - pracować razem. Zakładają firmę - Stratton Oakmont. Z czasem skromne mieszkanie to przeszłość. Stać go było i korzystał - penthouse, ferrari, a nawet zmienił żonę na piękną modelkę z podrzędnej fryzjerki. I cóż tam, że przy okazji maczał palce w nielegalnych interesach. Nie było to ważne, póki byli ostrożni i póki był z tego szmal. Dużo, dużo szmalu. Jordan zdawał się żyć zgodnie z tym, co mówił jego poprzedni szef - w tym zawodzie nie możesz być trzeźwy. Trzeba się wyluzować. A co luzuje, jak nie dragi i seks? Kokaina wciągana kilogramami, ekstazy i legiony bawiących się prostytutek, alkohol i całe oceany pieniędzy. Niestety - gdy zarabiasz za dużo, czasem możesz zwrócić oczy kogoś, kto nie powinien na ciebie patrzeć ani przez chwilę. I tak Jordan Belfort spotkał się z FBI. Nie było to miłe, nie dla milionera, który sporo miał za uszami.
    Czy polecam ten film i co o nim sądzę? Cholera, gdybym powiedział, że nie polecam to zgrzeszyłbym i musiałbym iść na kolanach do Japonii. To jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza produkcja ostatnich lat. Reżyser - bomba. Film ma ciągłe tempo i pomimo tego, że trwa trzy godziny, zupełnie się tego nie odczuwa. A reżyser jest po siedemdziesiątce. No i obsada. Od dawien dawna twierdzę, że DiCaprio to genialny, przegenialny aktor. Jest naprawdę świetny pod każdym względem. Sprawdza się jako charyzmatyczny, magnetyczny przywódca i szef, narkoman, ofiara losu, dosłownie wszystko. I każda ta twarz będzie w tym filmie ukazana, bo taki był właśnie Jordan. Nie mogli wybrać lepszego aktora do tej roli. I dlatego też tak bardzo szkoda, że Leonardo nie dostał Oscara, pomimo nominacji, bo w stu procentach na niego zasłużył. Zresztą aktor jest bardzo zapracowany, bo na 2014 jest już pięć filmów, w których gra lub będzie grał (filmweb).
    Historia człowieka, który był na szczycie, spadł na dno i podniósł się. Zdecydowanie polecam.

10/10

I w tym momencie mam dla Was kilka linków. Jako że wypadałoby wspierać legalne posiadanie filmów i gier, a liczę na to, że chociaż jedna osoba będzie tym zainteresowana, to proszę:
BLU-RAY - 65 zł.
DVD - 28 zł.
I coś czego dotychczas nie praktykowałem, ale myślę, że ten film jest tego wart:
E-BOOK - 25 zł.
KSIĄŻKA W OKŁADCE -  26 zł.

Wśród gier skacze morth - League of Legends

LEAGUE OF LEGENDS
Czyli to, w co ostatnio morth radośnie sobie pogrywa, a co jest potworną (?) wiochą.

www.gram.pl

    Gra tak samo uwielbiana, jak i znienawidzona. Dlaczego? O tym trochę tutaj, ale myślę, że siłą rzeczy ten temat wypłynie ponownie, ściśle się to wiąże z kilkoma kwestiami. To będzie troszkę szerszy materiał. Nie tylko recenzja, ale i mini-poradnik pierwszych kroków w LoL'u - tego, czego mnie osobiście zabrakło.
    League of Legends to gra sieciowa, komputerowa, jak łatwo się domyśleć. Gatunek, z jakiego pochodzi owa produkcja ładnie się nazywa - multiplayer online battle arena (albo masive online battle arena, spotkałem się z obydwoma rozwinięciami skrótu, który brzmi "moba"; zawsze jak to czytam, myślę sobie "zabić moba!" - mob to w grach potworek, sterowany przez komputer, na ogół wrogi). Zaskoczeniem, dla mnie osobiście, to fakt, że gra powstała na bazie modyfikacji do Warcraft III: The Frozen Throne. Producentem jest Riot Games, a wydana została 27 października 2009 roku. Jak ten czas szybko leci. Bonusik? W USA od niecałego roku (15 lipiec 2013r.) LoL został uznany za SPORT. Tak, nie mylicie się. To w stu procentach pełnoprawny e-sport. Czuję się jak sportowiec. Ale poważnie. Turnieje z League of Legends są wielkim wydarzeniem, milionowym wręcz. Ludzie to naprawdę oglądają i emocjonują się - nie wierzycie, wpiszcie sobie w Google, albo jeszcze lepiej - Youtube. Ostatnie mistrzostwa świata, czyli Sezon 3 były najpopularniejszym e-sportowym wydarzeniem w dotychczasowej historii. Finałowy mecz obejrzało 32 miliony ludzi.  Prawda jak na dłoni. W Polsce także mają takowe miejsce. 

    O co chodzi w grze? W ładnej otoczce League of Legends daje nam możliwość zmierzenia się z innymi graczami z całego świata. To gra bitewna, strategiczna, multiplayer. Walka odbywa się na specjalnych, przeznaczonych do tego mapach w kilkuosobowych drużynach; ich ilość uzasadniona jest od wybranej areny. Nasze konto nazywa się "kontem przywoływacza". Tak też gra się będzie do nas zwracała. Samo w sobie konto zdobywa poziomy. Za każdą przegraną lub wygraną walkę dostajemy doświadczenie i punkty zasług. Wiemy już do czego służą te pierwsze (do lvlowania), ale te drugie? Za zasługi, tak jak za punkty Riot (specjalną walutę gry, dostępna jest tylko i wyłącznie za realną gotówkę) możemy robić zakupy w sklepie gry. Dzięki zasługom mamy możliwość kupić nowego bohatera, runy, avatarki (zwane ikonami) i wiele innych rzeczy urozmaicających nam grę. Co dają nam poziomy konta przywoływacza? Przede wszystkim, jest ich trzydzieści. Więcej nie będziemy mieć. Każdy nowy level odblokowuje nam miejsca na runy, zaklęcia przywoływacza (dodatkowe dwa zaklęcia, które możemy posiadać, niezależnie od wybranego przez na bohatera) oraz nowe areny, inaczej mapy.
    Jak wygląda rozgrywka? Zapisujecie się na mecz.
Screenshot by morth
    Na screenie macie kilka opcji. Wytłumaczę każdą z nich. "PvP" - czyli gracie z graczami i przeciwko graczom. "Razem przeciw SI" - gracie z graczami, ale przeciwko botom, czyli bohaterzy w przeciwnej drużynie sterowani są przez komputer. "Niestandardowa" - możemy wybrać sobie z kim chcemy walczyć, skrzyknąć znajomych i zagrać na siebie nawzajem, albo przećwiczyć nową, zakupioną postać z i przeciwko botom. "Samouczki" - dwa treningi, które oprowadzą Was po grze i pozwolą stawić w niej pierwsze kroki.
    Na screenie widać, że wybrane mam "PvP", ale to nie koniec - bo powinienem wybrać jeszcze grę, jaka mnie interesuje, mapę i typ gry (nie zaznaczyłem mapy, więc typ gry jest na screenie pusty). Omówmy je zatem. "Klasyczny" to pierwszy, jaki jest nam udostępniony. Gracze zostają w nim podzieleni na dwie drużyny, w każdej trzech lub pięciu graczy (w zależności od tego, jaką wybiorę mapkę, co widzicie na screenie - Summoner's Rift pozwoli na rozgrywkę 5v5, Twisted Treeline tylko na 3v3).
www.leagueoflegends.com
Na screenie obok widzicie miejsce, w którym zaczynacie w Summoner's Rift (podobnie wygląda to na Twisted Treeline, mapka jest tylko mniejsza i ciemniejsza, zawiera tylko dwie linie i dżunglę). Po drugiej stronie mapy jest dokładnie takie samo, tylko że o kolorach fioletowych. Gra polega na tym, że musimy dostać się do Nexusa przeciwników i zniszczyć go. Do bazy wroga można dostać się trzema liniami - top (na górze), mid (środkowa), bot (dolna). Na każdej z linii znajdują się broniące je wieże, które należy zniszczyć z pomocą małych, wychodzących z naszego Nexusa minionów (służą nam one ni mniej, ni więcej jako mięso armatnie). Tylko wówczas będziemy mieli dostęp do bazy wroga. W większości gier, czy to PvP, czy to przeciwko botom panuje pewien zwyczaj. ADC, czyli tzw. strzelcy (postaci, które biją z obrażeń fizycznych na odległość) są na bot lane wraz z supportem (ktoś, kto będzie ich wspomagał, przyciągał, leczył, dawał ochronki, przyciągał przeciwników itd.; sporo jest opcji). Top lane to zwykle AP (postaci bijące z mocy umiejętności, czyli po prostu magiczne) i AD (postaci bijące fizycznie, ale face to face; czyli niestety, ale nie na odległość, a wręcz) oraz tankowie (postaci z dużą wytrzymałością na obrażenia magiczne/fizyczne, stanowią pewnego rodzaju mięso armatnie dla nas, zmuszają bowiem przeciwnika, aby to właśnie ich bito; ze względu na ich wytrzymałość i pomoc reszty grupy zwykle tank przeżywa oblężenie wszystkich graczy, natomiast przeciwnicy dzięki nam umierają). Są pewne wyjątki. Ostatnia linia, mid jest najkrótsza i to na niej przeważnie trwa teamfight, gdy do niego dojdzie. Najszybciej dojść tą drogą do bazy przeciwnika. Na niej zwykle znajduje się jeden, odpowiedni do tego bohater. Niespecjalnie ma tu znaczenie, czy bije z obrażeń fizycznych, magicznych. Są po prostu tacy bohaterowie, którzy solo sprawdzają się całkiem dobrze lub wspaniale i to zwykle oni mają to zaszczytne (nie zawsze) miejsce. Pomiędzy liniami znajduje się dżungla - obszar neutralnych mobów, które nie zaatakują nas, póki my tego nie zrobimy. Niektóre dają dodatkowe buffki (efekty, które oddziałują pozytywnie na naszą postać), inne tylko i wyłącznie złoto (wrogie miniony także dają złoto, jeśli zadamy last hit, czyli obrażenia ostateczne, które zabiją wroga). W tym trybie wszyscy bohaterowie rozpoczynają na poziomie pierwszym i wraz z rozwojem rozgrywki levelują aż do poziomu osiemnastego, który w każdej grze (niezależnie od wybranej mapy) jest maksymalny. Dążymy do tego, by zniszczyć wrogiego Nexusa i zdobyć przewagę na liniach.
www.giantbomb.com
"Dominion", czyli tryb dominacji. Po prawej stronie widać mapkę tej areny. Tak jak w trybie klasycznym, mamy dwie drużyny, obie po pięć osób. Celem gry jest zniszczenie wrogiego Nexusa, niestety sposób na jego zbicie jest trochę trudniejszy. Na nic się zda bicie go przez naszego bohatera (nie będzie to nawet możliwe). Na mapie jest pięć miejsc, które gracze muszą przejąć (te "wieże" po okręgu, trzy niebieskie i dwa fioletowe). Jak się je zdobywa? Przejęcie odbywa się poprzez podejście do niego bohatera lub minionów i utrzymanie pozycji przez kilka lub kilkanaście sekund (im więcej bohaterów i minionów stoi i przejmuje miejsce, tym czas oczekiwania jest krótszy). Niestety w trakcie przejmowania nie możemy walczyć.  Jeżeli w posiadaniu naszej drużyny znajduje się ponad połowa takich miejsc, życie wrogiego Nexusa spada. Prędkość z jaką Nexus traci życie jest zależne od tego, ile miejsc jest pod naszym władaniem. To jedyny tryb, na którym występują zadania. Jest ich kilka, ich wykonanie sprawia, że Nexus przeciwników traci natychmiastowo konkretną ilość punktów życia.
Google
ARAM, bardzo sympatyczny i chyba najkrótszy tryb rozgrywki. Skrót oznacza All Random All Mid. O co chodzi? Tryb jest wymyślony przez graczy. Każdy gracz gra losowo wybraną postacią, walka toczy się na jednej linii. Rozgrywka polega na tym samym - naszym celem jest zniszczenie wrogiego Nexusa. W innych rozgrywkach mamy możliwość powrotu do bazy, a gdy w niej jesteśmy nasze życie się regeneruje. Tutaj niestety jest to nieaktywne.  Kupować przedmioty możemy także tylko i wyłącznie wtedy, gdy umrzemy. Ten tryb jest jednak najmniej zbalansowany z prostego powodu - nie wiemy jaką postać nam wylosuje. Niektóre mecze są z góry przegrane, inne z góry wygrane. Tak czy inaczej, daje mnóstwo funu.
One-for-All, obecnie tryb nieaktywny, ale od czasu do czasu dostępny w grze. Gracze są podzieleni na dwie drużyny, zaczynające po przeciwległych końcach mapy, tak jak w przypadku rozgrywek trybu klasycznego. Cel gry pozostaje ten sam. Różnica polega na tym, że nie wybieramy postaci jaką sobie chcemy, nie jest też ona za nas losowana. W trakcie wyboru postaci drużyna oddaje głos na bohatera, którym będą grali wszyscy. Postać wybierana jest większością głosów, a w przypadku remisu - losowo pośród tych o największej liczbie głosów. Rozgrywka przebiega tak samo, jak w trybie klasycznym - od pierwszego levelu, zdobywanie poziomów, złota i tak dalej.
Hexakill, czyli najnowszy tryb gry, dotychczasowo dostępny tylko raz. Nie różni się od trybu klasycznego praktycznie niczym. Jedyną nowością jest to, że drużyny mają dodatkowego gracza, wobec tego rozgrywka odbywa się 6v6. Niczym innym się to nie różni.
Screenshot by morth
Na pierwszym screenie, gdzieś wyżej, w prawym górnym rogu znajdowało się coś takiego. Wytłumaczę cóż to. Ten obrazeczek, przy którym jest 23 to ikonka, inaczej awatar. Gdy zakładamy konto, musimy którąś wybrać. Później można kupować unikalne ikonki lub zdobywać je przy okazji różnych okazji. Na fioletowym tle jest mój nick. Jak widzicie, fioletowe tło nie jest zapełnione - to jest bowiem ilość obecnie zdobytego doświadczenia. Jak widać, do 24. poziomu niewiele mi brakuje. Dalej. Jest 140 i taki dziwny, żółty znaczek. To Riot Points, unikalna waluta, którą zdobywamy albo z konkursów, albo za realną gotówkę. Dalej, 843 i dwa miecze. To są właśnie punkty zasług, zdobywane po każdym meczu, w którym jest chociaż trzech lub pięciu graczy. Żółta ikonka z kuferkiem to sklep Riota, gdzie kupujemy bohaterów, ikonki, runy i inne rzeczy. Ludzik na niebieskim tle, to szybki dostęp do naszego profilu. Widzimy na nim ile mamy wygranych rozgrywek i jakiego rodzaju, możemy zmieniać nasze runy, tworzyć i usuwać specjalizacje (czyli talenty), a nawet układać listy przedmiotów na konkretne postaci. Ostatnią ikonką, omawianą przeze mnie to znak zapytania w kółeczku. To po prostu pomoc. Rozwiewa nasze wątpliwości, które ewentualnie możemy mieć.

Screenshot by morth

Tak wygląda właśnie nasz profil. Jak widzicie, mamy dostęp do kilku ciekawych opcji, które dają nam kontrole nad naszymi rozgrywkami i tego, jak wypadamy w oczach innych.
    W każdej grze kontrolujemy jednego bohatera. Aktualnie jest ich 118. Każdy z nich posiada unikalne umiejętności, możliwe do rozwoju w czasie gry. Jak już kilka razy wspominałem, możemy zaopatrywać się w nowych championów, niemniej jednak w każdym tygodniu jest tzw. rotacja. Wybieranych jest wtedy dziesięć bohaterów, dostępnych za darmo w ramach właśnie rotacji. To świetna okazja wypróbowania nowych postaci.

    Gra jest specyficzna. Niemniej jednak intrygująca. Przynajmniej ja wciągnąłem się w to, chociaż spodziewałem się, że raczej przestanę w to szybko grać. Dlaczego? O tym już wspominałem wcześniej (link na początku posta). Ciężko trochę przebrnąć samemu w tej grze. Niemniej jednak, spróbujcie. Namówcie znajomych i rejestrujcie się. Nie widzę problemu, byście grali także ze mną. Skorzystajcie proszę z tego linku. Region: EU Nordic & East. Jeśli poprosi Was o wpisanie nicku kogoś, kto Wam polecił grę, wpiszcie mój: Klops Alfa. Zapraszam serdecznie do wspólnej zabawy.
  Wiele osób negatywnie się wypowiada o tej grze, ale też wiele ma ciepłe wspomnienia. To zależy od tego, jak do tego podchodzimy. Jeśli macie ochotę dojść do społeczności, która wynosi jakoś około 27 mln osób dziennie, to nic nie stoi na przeszkodzie. Link wyżej.
   A ja grę pozostawię z całkiem niezłą oceną. Byłem bardzo negatywnie do tego nastawiony, ale wyszło, że jest to naprawdę dobra gra. Specyficzna, jak już mówiłem, ale cóż tam.

8,5/10

Przez filmy z morthem - "Don Jon"

www.filmweb.pl
Tytuł: Don Jon
Gatunek: komedia, dramat
Produkcja: USA
Premiera: 15 listopada 2013 (Polska), 18 listopada 2013 (świat)
Reżyseria: Joseph Gordon-Levitt

   Po ten tytuł sięgnąłem ze względu na aktora, grającego główną rolę, jak i reżysera oraz scenarzystę. Najbardziej zapamiętałem go z "Incepcji", w której grał bardzo dobrze, wobec tego stwierdziłem, że film zły być nie może. Czy się zawiodłem? Nie do końca, ale też nie jestem zachwycony.
   Pierwsza kwestia, film jest stosunkowo wulgarny. Ponoć "Wilk z Wall Street" także do grzecznych nie należy (nadrobię brak w kwestii obejrzenia tego, naprawdę!), ale jednak z tego, co troszkę posłuchałem (w ramach gameplay'u z Battlefield dwóch bardzo fajnych gości, polecam!) nie jest to takie drażniące, rzucające się w oczy. Czy w "Don Jon" jest podobnie? Nie do końca. Są momenty, podczas których uśmiecham się z rozbawieniem gdy słucham tytułowego Jona. Ale to nie do końca pasuje.
   Fani love story powinni być zadowoleni, bo poniekąd to właśnie w tych obszarach film się obraca.  Ja, jako niespecjalny fan romansideł, główny wątek przyjmowałem z bólem, troszkę. Pozytywne jest to, że najgorzej to nie wygląda - myślę, że przez to, jaki jest główny bohater nawet płeć męska ścierpi. Chociaż damska może nieco kręcić nosem.
   O czym jest? Jon przypomina mi trochę cywilizowanego dresa, a nawet typowego, pseudo pobożnego polaczka. Jego wartości są jasno określone - rodzina, Bóg, siłownia, samochód, koledzy i oczywiście... porno. To jeden z tych, którzy oceniają kobiety w klubach według punktowej skali 1-10. Każdej powyżej 8. Jon nie przepuści i skończy się to w sposób wiadomy. Typ "zaliczeniowca", zdobywcy. Wadą tego mężczyzny (?), a niewątpliwą zaletą i główną osią fabularną jest fakt, że Jon uzależnił się od pornografii, w związku z czym współżycie nie daje mu takiej satysfakcji, jaką powinno (po co się wobec tego pieprzy, tego nie wie nikt).
   Na drodze bohatera staje Barbara (Scarlett Johanson), prawdziwa dyszka. Piękny i jędrny tyłek, obfite i krągłe piersi, długie nogi, zjawiskowa twarz. To kobieta, o którą (zdaje się) pierwszy raz Jon musi się postarać. Dlaczego? To typ romantyczki, która naoglądała się hollywoodzkich romansideł i sądzi, że tak samo jest w prawdziwym życiu. A on zakochuje się w niej i zdaje się, że jest szczęśliwy. Nie do końca. Barbara chce ustawić sobie Jona pod własne dyktando - mężczyzna lubi sprzątać, ale to przecież takie niemęskie, więc nie ma prawa tego robić; seks to tylko tradycyjny, po co jakieś innowacje; zero pornoli, bo to takie obrzydliwe! Gdy kobieta przyłapuje Jona na tej prymitywnej rozrywce, zrywa z nim.
   O co chodzi? Cóż. Czytając trochę materiałów o tym filmie większość ludzi wychodzi z założenia, że scenarzysta chciał pokazać, że nie tylko filmy pornograficzne zaburzają w jakimś stopniu nasze myślenie o seksie i związku - romanse działają w podobny sposób. Z początku nie chciałem w ogóle o tym wspominać, ale wystarczyło zastanowić się kilka chwil, trochę dłużej i coś w tym faktycznie jest, prawda?
   Znajduje się jednak osoba, która uświadamia Jonowi co robił źle. Dlaczego seks nie przynosi mu takiej satysfakcji, jak masturbacja. Dziesiątka nie zawsze jest najlepsza.
   Jeśli kogoś nie przekonałem, zapraszam na krótki zwiastun:


   Ogólnie polecam. Być może nie zachwyciło mnie i nie sprawiło, że zrobiłem "WOW", niemniej jednak dostarczyło mi kilku przyjemnych chwil i jakąś małą, miłą refleksję na końcu.

7/10

Przez filmy z morthem - "Katy Perry - Part of me"

www.filmweb.pl


Tytuł: Kary Perry - Part of me
Gatunek: dokumentalny, muzyczny
Produkcja: USA
Premiera: 26 czerwca 2012
Reżyseria: Dan Culforth, Jane Lipsitz

Przeglądając internety i różne ciekawe strony z filmami natknąłem się na "Katy Perry - Part of me". Prawdę mówiąc, rzadko tego typu filmy oglądam, szczególnie, że fanem tej wokalistki nie jestem. Niemniej jednak, coś mnie podkusiło. Być może ten podtytuł, "Be yourself and you can be anything" spełnił swoją rolę i zachęcił mnie do zapoznania się z tą historią.
Jeśli oczekujecie czegoś zaskakującego i nietypowego, to niestety są to złe drzwi. To historia drogi na szczyt, nie spodziewajcie się nie wiadomo jakich wydarzeń. Z drugiej strony, jest to okazja do interakcji (dość ubogiej i jednostronnej, ale jednak) z tzw. "gwiazdą". Ile w tym fałszu pomimo wszystko, wyreżyserowanych sytuacji i momentów - to wiedzą tylko Ci, którzy przy tym filmie pracowali. Wszystko wygląda spójnie i przejrzyście.
O czym film? O Katy Perry, jeśli ktokolwiek miałby jakieś wątpliwości. Jej drodze do sukcesu, rok z jej życia, w którym każdego dnia miała mieć koncert przez prawie cały czas, z niewielkimi zaledwie, kilkudniowymi przerwami. Dla fanów, psychofanów to niemała gratka. Dla takich, jak ja - może być ciekawostką, o której zapewne zapomnicie tuż po obejrzeniu.
Faktem jest, że ciężko było mi utrzymać uśmiech na wodzy w pewnych momentach. To raczej radosny film, pokazujący, jak dziewczyna spełniała krok po kroczku swoje marzenia jeszcze z nastoletnich czasów. Tym bardziej to chwytliwe, bo kto nie ma marzeń?
Przesłanie jest jedno, ale bardzo klarowne i proste - bądź sobą, a możesz osiągnąć wszystko.

Trudno pisać o czymś podobnym, więc przejdę do podsumowania. Czy warto obejrzeć? Do mojego życia niewiele to wniosło, ale też nie sprawiło, że stałem się w cokolwiek uboższy. Czy ma plusy? Z pewnością dla fanów całą masę - zresztą, ta produkcja była kierowana głównie do nich. Niemniej jednak mnie osobiście podobało się to, że pokazywano ją naturalną. Bez makijażu, bez wymyślnych, cukierkowych strojów, a nawet płaczącą rzewnie i ledwo idącą na scenę, zginającą się od rozpaczy, a także wykończoną i zmęczoną. To nadało pewnej prawdziwości, poza tym, pokazało, że ona też jest człowiekiem - a jak wiadomo, my, ludzie, jesteśmy na takie motywy szczególnie bardzo łasi. Czy ma minusy? Szczerze mówiąc, trudno takowe mi w podobnej produkcji wskazać. Nie miało to szczególnej puenty lub historii, ale już z założenia jej nie powinno mieć i szykując się do oglądania czegoś podobnego nie należy spodziewać się nie wiadomo czego.
Krótko mówiąc, jestem neutralny. Przyjemnie było popatrzeć na kogoś tak pozytywnego, jak Katy. Sprawia wrażenie dziewczyny z sąsiedztwa, z którą chciałbym się znać osobiście. Film miał raczej spowodować, by nie chciało mi się aż tak spać, co nie do końca wyszło, ale z drugiej strony, niesamowitej akcji i rozpierduchy się nie spodziewałem...

Fani będą zadowoleni, a dla reszty... Ot, można obejrzeć, tak w ramach potwierdzenia i uwierzenia w motto "Be yourself and you can be anything".

6/10

Przez filmy z morthem - "Co było, a nie jest (Clear History)"

www.filmweb.pl


Tytuł: Co było, a nie jest (ang. Clear History)
Gatunek: Komedia
Reżyseria: Greg Mottola
Scenariusz: Alec Berg, Larry David,  Jeff Schaffer
Premiera: 10 sierpień 2013 (świat)
Czas trwania: 1godz. 40min

Czytając opinie na filmwebie masa ludzi twierdzi, że jest to słaba komedia, ale dobra historia. Nie zgodzę się z tym z bardzo prostego powodu. Ano dlatego, że wbrew pozorom są naprawdę śmieszne momenty i po obejrzeniu filmu czułem się rozbawiony i odprężony.
O czym? Ano o tym, jak to życie lubi być wobec nas bardzo, bardzo ironiczne. Być może nawet za bardzo. Nathan (Larry David), mężczyzna, który wygląda bardziej jak hippis, niż poważny pracownik... Zajmuje poważne stanowisko. To dziwiło mnie chyba bardziej, niż cała reszta. Jest kierownikiem działu marketingu w firmie produkującej najprawdopodobniej samochody. Jego szef stwierdza, że nowy produkt - mały samochodzik - powinien nazywać się Havard, zupełnie tak, jak jego syn. Tylko Nathan zgłasza, dosadnie, obiekcje i w ostateczności odchodzi z firmy i oddaje swoje 10% udziałów w firmie. Niestety, jego partnerka nie zgadza się z jego decyzją i każe mu niezwłocznie odzyskać swoją posadę i wpływy. Nie powodzi się to, a nowy samochód okazuje się niewyobrażalnym hitem - suma summarum Nathan traci niewyobrażalną sumę pieniędzy, gdyż jego udział zapewniłby mu lekką ręką milion dolarów. Kobieta od niego odchodzi, a on zmienia otoczenie. Kilkanaście lat później zamieszkuje malutkie miasteczko i wiedzie mu się bardzo dobrze. Nikt jednak nie zna jego prawdziwej tożsamości, bowiem zmienił imię i nazwisko i wszyscy znają go jako Rolly. Zmienił się wizualnie, ma krótkie włosy i jest, naturalnie, starszy, toteż nikt nie podejrzewa, że to właśnie on stracił te pieniądze - a było o tym bardzo głośno i to przez dłuższy czas.
Niestety nie ma spokoju za długo, bowiem jego kochany szef zapuszcza się do miasteczka i buduje wielką willę. Nathan postanawia się zemścić, dalej wściekły o sprawę sprzed lat.

Czy polecam? Jak najbardziej. Dlaczego? Nie jest typową, durnowatą komedią, zgoda, ale to nie oznacza, że jest gorsza. Warto chociażby dlatego, aby zobaczyć co ciekawego wymyślili jako zemstę i czy się ona opłaciła. Ja osobiście byłem zadowolony z tego filmu i podobał mi się. Nie płakałem z radochy, ale nie zawsze o to chodzi ;).

9/10

© Agata | WS | x x.