Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekty. Pokaż wszystkie posty

Wśród gier skacze morth - Batman: Arkham Knight


by Arkham Wiki
   Mam nadzieję, że nie muszę nikomu przedstawiać Batmana, jako postać. Jest już tak kultowy, jak i jego nemezis, Joker. Jestem ogromnym fanem gier z tej serii i tak się złożyło, że miałem okazję (w końcu) rozkoszować się najnowszą odsłoną, Arkham Knight (która, notabene, wymagania sprzętowe ma nie z tej ziemi, ale gra wygląda dobrze nawet na niższych). Jest to produkcja nastawiona na przygodę i akcję, stworzona przez Rockstreaty Studios, wydana pod szyldem Warner Bros. Interactive Entertainment z 2015 roku. Inspirowana, naturalnie, oryginalnym Batmanem z DC.
   Fabuła rozpoczyna się rok po wydarzeniach z poprzedniej części, czyli Arkham City (którą także przytuliłem, polecam serdecznie!) i opowiada o konfrontacji Batmana ze Strachem na Wróble, który za swój główny cel bierze pokazanie ludziom, a w szczególności Batmanowi, strach. Grozi uwolnieniem toksyny w Gotham City, która wywołuje halucynacje naszych najgorszych strachów. Doprowadza to do chaosu w mieście i natychmiastowej ewakuacji mieszkańców, a gdy to następuje - do zabawy dołącza Batman, próbując wraz z policją uporządkować i zaprzestać anarchii, która znów ma miejsce. Tajemniczym sojusznikiem Stracha na Wróble jest tytułowy Rycerz Arkham, który zadziwiająco dużo wie o bohaterze Gotham.
by GeekLife
  Ogólna rozgrywka wygląda całkiem podobnie, do poprzedniej części, czyli Arkham City. Wprowadzono jednak trochę drobnych zmian, jak chociażby możliwość zrobienia nokautu kilku osobom jednocześnie, bicie leżących przeciwników, czy nokauty z towarzyszem (jest sporo misji, w których współpracujemy z kimś). W końcu mamy też okazję jeździć znanym z komiksów i bajek Batmobilem, który robi wrażenie i mknie przez ulice jak szalony, siejąc niemały postrach wśród przestępców (słusznie!).
 Osobiście jestem zakochany w grach z Batmanem, a ta część nie jest wyjątkiem. Twist fabularny związany z Arkham Knightem i ciągle powracający Joker to niezłe smaczki, widok Arkham City pogrążonego w absolutnym chaosie sprawia, że poczułem niemałą presję. W DLC mamy okazję pierwszy raz zagrać Harley Quinn i przysięgam, to była najbardziej dziwna i psychodeliczna opcja w całej grze(a w obliczu tego, co dzieje się z Batmanem przez całą grę, są to mocne słowa) , ale niemniej intrygująca. Dodatki mogłyby być dłuższe, to prawdopodobnie największy minus tej gry, ale koniec gry daje nadzieje na to, że powstanie kolejna część i nie mogę się już doczekać, słowo daję.


9,5/10. Prawdopodobnie będzie to tytuł, który co jakiś czas odwiedzę, a na kolejne odsłony serii będę czekał z niecierpliwością. Poza tym, zostały mi jeszcze trzy krótkie DLC, które z przyjemnością skonsumuję w kilku kęsach, tego jestem pewien. Lubię ten mroczny, nieprzychylny świat.

Wśród gier skacze morth - GTA V

  Kiedy kupowałem tę grę, a było to już po wielkim hype na GTA V, byłem trochę do tego sceptycznie nastawiony. Nie byłem przekonany co do trzech głównych bohaterów, jak niby miałoby to działać? Przełączam się nagle między nimi i mam sobie tak grać trzy różne historie w tym samym czasie?! Nonsens. A okazało się, że to naprawdę świetny pomysł!
  GTA zawsze sprawdzało się, jako świetna gra akcji i tego nie można odmówić Rockstar Games, czyli producentowi i twórcy tej niezwykłej, mającej już jedenaście części, serii. Tym razem także się nie zawiodłem. Gra została wydana na konsole w 2013 roku, a na PC dopiero w 2015, ale warto było czekać (nie, żebym wtedy miał perspektywy na granie w tę produkcję). Kiedy w końcu sprzęt mi pozwolił na to, aby zagrać w GTA V, a promocja dopisała - jest i ona. Jakiś czas po skończeniu głównego wątku fabularnego, co prawda, ale jednak.
Screen by me

  Jak wspominałem, byłem sceptyczny co do trzech bohaterów, nawet jeśli w trailerach pokazywano ich jako zupełnie inne osobowości, ich dynamiczność i tak dalej. Obawiałem się, że będzie to po prostu niespójne i niezwykle mnie zdziwiło, że wcale tak nie jest! Trzech głównych bohaterów do Franklin, Michael i Trevor. Dwóch ostatnich ma ze sobą stare porachunki, jeden myśli, że drugi nie żyje, gruba akcja, nie ma co zdradzać za wiele, bo to miodny moment jest. Franklin jest z nich wszystkich najmłodszy, przez lwią część gry mieszka z ciotką, która raczej go nie trawi. Franklin chciałby wyrwać się z życia plebsa, zarobić, być kimś, ot, w zasadzie to, co każdy z nas. Michael ma rodzinę, dzieci, chociaż nikt go w niej nie szanuje. Ma też wielką willę, jakieś dziwne układy z FIB. Trevor jest trochę niezrównoważony, bardzo dynamiczny, agresywny, uzależniony od dragów, przemocy, bezwzględny. On sieje zamęt, bo może. Wszystkich trzech łączy to, że mają jakieś zatargi z prawem, są na ogół złodziejami (a starsi z towarzystwa nawet złodziejami doskonałymi, prawie) i to, że w końcu ich losy się łączą.
 Jeśli potrzebujesz czegoś, żeby się wyżyć, świetnie pobawić, poganiać z policją i gangami, a może nawet poobserwować piękne, piękne widoki - to gra dla Ciebie. Jeśli podobały Ci się poprzednie odsłony tej gry, bierz w ciemno, nie zastanawiaj się nawet (no, chyba że chcesz poczekać na promocję).
ALE! TO NIE WSZYSTKO!

Screen by Heatz

GTA ONLINE

Kupując GTA V od razu zyskujemy jeszcze jeden, pełnoprawny produkt - GTA Online, który pozwala nam na rozgrywkę naszymi postaciami, które sobie wykreujemy w świecie, który dostępny jest w podstawce gry. Nie dziwcie się, jeśli spotkacie kogoś, kto w teorii zabiliście w singlowej wersji rozgrywki - zabawa w GTA Online ma miejsce przed główną osią fabularną. I co nam to GTA Online daje? Cóż, napady, zakładanie własnych firm, kradzież i sprzedawanie samochodów, misje, zabawę z przyjaciółmi!, okradanie sklepów, wyścigi, deathmatche, czasem bezsensowne mordowanie się na środku ulicy w słoneczny dzień itd. W zasadzie, do Online byłem jeszcze bardziej sceptyczny, ale okazało się, że to naprawdę świetna zabawa - szczególnie, jeśli macie z kim grać. Wtedy jest cudownie, serio!
Screen by me
9,5/10, bo świetnie się bawiłem i bawię dalej. Czasem rozgrywkę Online psują cheaterzy albo dziwne bugi i to jest mało sympatyczne i przyjemne, ale tak niestety jest i będzie w każdej grze multiplayer. Niemniej jednak, content jest cały czas poszerzany i zwyczajnie jest co robić - nawet pojeździć w kółko.

PS Na moim YT cały czas trwa seria z Mass Effect: Andromeda od czasu premiery (cholernie dużo biegania, które już nawet wycinam, ale jest naprawdę ciekawie i widowiskowo). Zapraszam, jeśli ktoś jest chętny - KLIK. Jeden z odcinków:

Sentyment, a gry - czyli dlaczego stare produkcje dalej czasem grzeją u nas miejsce na dysku!

Wszystkie portale związane z grami komputerowymi bombardują nas nowymi wydarzeniami i premierami gier – tylko w ostatnim czasie wszędzie huczało o Rise of the Tomb Raider, Star Wars Battlefront czy chociażby Fallout 4. Są jednak relikty przeszłości, które dalej nas fascynują i sprawiają niezwykłą przyjemność pomimo tego, że znamy te tytuły doskonale, a ich lata można liczyć w kilkunastu. Dlaczego tak jest?
Sam pamiętam, jakby to było wczoraj – ja, mający zaledwie cztery lata i grający w Tomb Raider Revelation. Utknąłem gdzieś na początku, ale przecież to nie było istotne – tak samo, jak nie potrafiłem szybko i sprawnie zrobić pierwszej misji czasowej w Tomb Raider Chronicles. Zdaje się, że to było Koloseum. Nie było to jednak istotne, zaintrygowała mnie bowiem kreacja całej gry, te efekty wizualne, uczucie wyobcowania i samotności. Minęło kilkanaście lat, a ja dalej chętnie co jakiś czas wracam do tych tytułów i rozkoszuję się wieloma miejscami, do których ówcześnie nie było mi dane dojść.

Tekken 3, gra, która umilała mi dzieciństwo i wspólne chwile z moim ojcem. Tej produkcji nie było końca, przecież chodziło tam o radosne rozpruwanie twarzy i łamanie kości. A pomimo tego, że grafika starego Tekkena 3 woła dziś o pomstę do nieba, szczególnie, że mamy nowe części z bajecznymi widokami – ja dalej, jak ta muszka fruwająca za światłem, biegnę do tej nieszczęsnej trójeczki.

Analizując ten temat, pytałem też ludzi w redakcji, jakie są to produkcje i powody, dla których zawsze wracają do wymienionych przez nich gier. Posypały się różne tytuły: Fable, Morrowind, Lineage 2, Metin, Tibia, Ages of Empires 2, Heroes 3… A to tylko kilka produkcji. Okazało się, że najsilniejszą bronią, jakie mają na nas te gry, to wspomnienia. Ciepłe, czułe, niekiedy dotyczące ludzi, którzy już odeszli. Wspomnienia dzieciństwa, bezproblemowego i słodkiego. Niekiedy to też kwestia honoru. Kiedyś byliśmy w jakąś grę badziewni (na przykład ja i Tomb Raider – RIP – albo Misa i Tibia ;D), a teraz możemy osiągnąć więcej. Mamy lepszy refleks, niż kiedy mieliśmy cztery lata. Wiadomo – starość ma też swoje plusy!

Zaskakuje mnie, jak bardzo kurczy mi się chęć do pisania czegoś personalnego lub właśnie o grach w momencie, gdy piszę artykuły do How2Play. Przepraszam za to, że tak rzadko tu jestem. Wydaję mi się po prostu, że nie mam o czym teraz tutaj pisać. 

Przez filmy z morthem - "Wiek Adaline"

www.filmweb.pl

Tytuł: Wiek Adaline
Gatunek: melodramat
Produkcja: USA
Premiera: 15 maj 2015 - Polska, 8 kwietnia 2015 (Świat)
Reżyser: Lee Toland Krieger
Scenariusz: Salvador Paskowitz, J. Mills Goodloe

   Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy całkiem spora ilość wszelakich form przekazu ukazuje się z tematyką wieku, starzenia się, nieśmiertelności i tego typu spraw. Najpierw "Wiek Adaline", a później "Soma". Dwa różne gatunki, bo przecież film i gra, ale jednak...
  Jak często zastanawialiście się nad nieśmiertelnością? Jak wiele razy pomyśleliście, że fajnie byłoby być nieśmiertelnym, nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie umrzeć? Mnie zdarzyło się mieć takową refleksję w przeszłości, nim zrozumiałem, że wcale nie byłoby to takie fascynujące i świetne, jak można by się spodziewać. Na początku - może i owszem, ale później?
   "Wiek Adaline" właśnie do tego tematycznie przysuwa się i uśmiecha pięknie, pokazując białe zęby. Główną bohaterką jest, bowiem, urodzona na początku XX wieku Adaline. Na skutek wypadku samochodowego i jego następstw przestaje się ona starzeć. Nie dla niej zmarszczki, siwiejące włosy, problemy ze stawami, a także wiele rzeczy i uczuć, a także przeżyć, które dla nas są raczej naturalne. Chociażby miłość. W jej rozumieniu związek ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi on do grobu. W innym przypadku - to zwykłe rozczarowanie. Bo przecież kiedyś partner umrze, prawda? A Ty... Nigdy. Jak to jest, być nieśmiertelnym? Jak to jest widzieć starzenie się swojego własnego dziecka? Jakie takie życie ma plusy, a jakie minusy? Czy w ogóle istnieją? Ten film z pewnością odpowiada na kilka z tych pytań.
   Jeśli oczekujecie niesamowitej gry aktorskiej i powalającego scenariusza, to nie uświadczycie tego, nie ma co o tym marzyć. Film jest poprawny, dobry, przyjemnie się go ogląda, niemniej jednak nie sprawia czegoś niezwykłego w Twoim sercu, nie kradnie duszy, jak niektóre produkcje potrafią uczynić. Jest dobrze. Może dla niektórych nawet refleksyjnie, tak jak mnie się udzieliło, niemniej jednak nic ponadto.
   Trudno jest mi się też wypowiadać na temat tej produkcji, bo bardzo ciężko napisać jest coś sensownego, aby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły. Jest ona skonstruowana w ten sposób, iż nie natknąć się na wątek, który mógłby zepsuć jakąś niespodziankę może być bardzo ciężko. Wspomnę tylko, że nie podobał mi się wątek z gwiazdą, nazywaniem jej na cześć Adaline i ciągle wspominanie tego wątku. Jasne, konsekwencja jest wspaniała - raz o tym powiedzieli i później po cichu ten temat się gdzieś wkradał, ale odnoszę wrażenie, że nawet bez tego film byłby kompletny. Taki zbędny wypychacz. 
  Tematyka jednak jest niewątpliwie ciekawa, realizacja niezła, wobec czego warto polecić i warto obejrzeć - ot, choćby z czystej ciekawości jak został zrealizowany pomysł, który potencjał ma.

7/10

Wśród gier skacze morth - Don't Starve

   "Don't Starve" wyróżnia się na pewno nietypową, jak na obecne czasy, grafiką, która jednym przypadnie do gustu, a inni uznają, że nie mogą jej ścierpieć. Prawdę powiedziawszy przedstawicieli drugiej opcji jeszcze nie poznałem, więc jeśli macie takie właśnie odczucia, gdy patrzycie na tę grę - dajcie koniecznie znać.
    Nie oceniajcie jej jednak zbyt pochopnie, bo być może bardzo Wam się spodoba. Przede wszystkim, kilka słów o niej samej. "Don't Starve" miała swoją premierę już kawał czasu temu, bo 23 kwietnia 2013 na całym świecie przez ekipę deweloperską Klei Entertainment. Jeżeli lubisz gry polegające na przetrwaniu i eksploracji otoczenia, podejrzewam, że będziesz zachwycony!
by morth from Steam (dracjonis
   O czym? Przede wszystkim, na "dzień dobry" uzyskujemy kilka opcji, jak wybranie preferowanej przez nas postaci (na początku tylko Wilson, a całą resztę możemy odblokować później), ustawienie sobie świata (polecam więcej jagód, na przykład), a nawet dodanie modów, które nas zainteresują z Workshopu w Steamie (także inne postaci, jak Gerald z Wiedźmina itd.).
   Gdy przeszliśmy już do gry, pojawiamy się w absolutnej dziczy ( mapa losowo generuje się przed każdym rozpoczęciem rozgrywki). Zostajemy tam podstępnie przeniesieni przez Maxwella, demona, który wita nas na początku kilkoma słowami, nierzadko ironicznymi. I zaczyna się nasze przetrwanie w obcym świecie. Pamiętajcie, to survival. Nie będzie łatwo.
   Przede wszystkim, to dzicz. Mamy trzy wskaźniki - psychiki, głodu i życia. Musimy dbać tak naprawdę o każdy z nich. Zorganizuj sobie żywność, wznieć ognisko, skonstruuj jakieś narzędzia, rozwijaj się - innymi słowy, przetrwaj. Cel naszej gry ustalamy my sami - przeżyć jak najwięcej dni, uciec z tego cyrku na kółkach, gdzie wszystko chce Cię zabić (pamiętaj, żaby nie są miłe), przejść tryb przygodowy - to Twoja decyzja.
   Od tego, ile dni przeżyjesz zależne jest, jak wiele postaci uda Ci się odblokować. Nie tylko wyglądają inaczej, ale każda z nich (także te z moda) mają swoje unikalne cechy, zdolności, ale i wady.
by morth from Stream (dracjonis)

   Dlaczego polecam? Przede wszystkim z powyższego tekstu możesz wywnioskować, że to bardzo prosta gra. Masz ogień, jedzenie, możesz handlować tym życiem. Wielokrotnie jednak rozgrywka i wydarzenia mogą pokazać Ci niesamowite sytuacje, z których nie będziesz wiedział jak masz wyjść, a cały Twój dobytek, który udało Ci się zebrać może zniknąć w dosłownie kilka chwil. Nie zliczę ile razy piorun spalił moje skrzynki i łatwopalne przedmioty w nich zawarte. Ile razy pająki goniły mnie wokół niewielkiego ogniska i nie pozwalały tym samym dołożyć do niego. Moja pierwsza śmierć w tej grze była na dwudziestym piątym dniu, ponieważ padał deszcz (a to automatycznie powoduje pogorszenie samopoczucia naszej postaci), ognisko ledwo się tliło, była noc, a mnie goniły... omamy. Nie żartuję, omamy. Uczucie ogromnego osamotnienia i zdania tylko na siebie potęguje emocje, które niekiedy sięgają zenitu. Prawdziwy survival, walka o życie. Myślę, że owa gra (to tylko moja subiektywna, niczym nie poparta opinia) może rozwinąć w Tobie umiejętności szybkiego myślenia i rozwiązywania problemów.

10/10

Wśród gier skacze morth - Anno 2070



    Przede wszystkim, materiał ukazuje się dzięki CD-Action i ich udostępnieniu owej gry w swojej gazecie (koszt to 15,99zł). Polecam, jeżeli kogoś zainteresuje ten rodzaj zabawy.

store.steampowered.com


   Szczerze mówiąc, trudno było mi uwierzyć z początku, że gra pochodzi z końcówki 2011 roku, bo 17 listopada. Dlaczego, wyjaśni się później. Niemniej jednak, może kilka faktów.
   Jest to strategiczna gra komputerowa z mocnymi elementami ekonomii. Może nie jestem aż tak bardzo wielkim fanem tej dziedziny, ale pamiętając SimCity sprzed wielu lat, skusiłem się. I nie żałuję.
   Anno 2070 wyprodukowana jest przez Related Desings, a wydana przez Ubisoft.

   O czym? Akcja całej gry toczy się w tytułowym 2070 roku. Wskutek roztopienia się lodowców obecnie znany nam świat bardzo się zmienił. Wiele miejsc, które obecnie istnieje, w grze już nie funkcjonuje, zalane przez podniesiony poziom wody. Świat zmienił się w dryfujące wyspy, które łączą się głównie dzięki statkom wszelakiego rodzaju lub samolotom. I w takim świecie przychodzi nam budować swoje imperium.
   Możemy kierować jedną z trzech frakcji futurystycznych (a poza kompanią, z czasem uzyskujemy możliwość do wszystkich frakcji, o ile ciekawie to wszystko rozwiążemy) - Fabryci, Ekosi i Technosi. Nazwy mówią w zasadzie wszystko. Fabryci, czyli przerysowana ekipa żądna jak największych i najszybszych zysków. Ekosi, czyli snoby, które fanatycznie głoszą wyższość obrony ekologii, wiatraki produkujące energię i tego typu rzeczy. Technosi, to frakcja, do której każdy ma dostęp po pewnym czasie, oferuje nam laboratorium i akademię, a także możliwość eksploracji dna morskiego. Każda z nich ma swoje plusy i niewątpliwe minusy, to od nas zależy co wybierzemy.
 
   Niesamowita jest dla mnie grafika. Nawet na stosunkowo niskich ustawieniach graficznych świat wygląda naprawdę bajecznie i malowniczo. Intrygująco, jako odbiorca byłem mile zaskoczony i własnie dlatego długo nie chciałem uwierzyć, że to gra sprzed czterech lat, bo wygląda naprawdę świetnie. Twórcy pomyśleli nawet o takich elementach, jak pływające wokół ryby, wieloryby, rekiny, a nawet płaszczki w oceanie. I to jest właśnie niesamowite.
   Anno 2070 to typ gry, który raczej nie za prędko Was znudzi, jeżeli lubicie klimaty strategiczne. Mając kilkadziesiąt godzin przegranych w tę produkcję w dalszym ciągu nie wiem o niej wszystkiego, nie zdołałem przejść całej kampanii i tak dalej. To niezwykły tzw. "zjadacz czasu". Siadasz i nagle świat przestaje istnieć, bo zawsze jest coś, co należałoby zrobić.

   Nie może być jednak tylko o superlatywach. Są też minusy. Jakie? Główny, który niezwykle mnie poraził, to kiepskie samouczki. Dostarczane są one przede wszystkim w kampanii i w stosunkowo początkowej fazie gry zostajemy rzuceni na głęboką wodę - zyski są minusowe, a my balansujemy na granicy bankructwa. Niestety niby jakieś wskazówki są podawane, ale nie uczą one absolutnie jak grać w strategiczną grę. Dalej nie wiem jak można podnieść podatki (więc jeśli ktoś posiada taką wiedzę, z przyjemnością ją przygarnę), nie mam pojęcia też jak wybrnąć z tego niezwykłego kryzysu ekonomicznego, w który gra sama nas wpakowała. Ile razy próbuję, na ogół wychodzi tak samo - więcej tracę, niż zarabiam. Samouczki ssą i to bardzo. Jeżeli nie miałeś wcześniej kontaktu z tą produkcją, będziesz się raczej mocno głowić co zrobić dalej, aby wybrnąć i zaliczyć zadanie.

   Niezwykle intrygująca możliwość budowania własnego imperium. Co prawda, aby grać i mieć pełen dostęp musimy podłączyć się w znakomitej większości do Uplay, ale to niewielka cena za naprawdę fajną zabawę. Polecam dla każdego, kto lubi ten rodzaj gier komputerowych i ma trochę czasu.

7/10

Wśród gier skacze morth - Heroes of the Storm

gry-online.pl

    Ze względu na to, że dostałem możliwość testowania Heroes of the Storm w closed becie - tak oto powstaje ten materiał. W chwale i błyskach fleszy. Blizzard wita!
    Kto nie kojarzy tej firmy? Nawet jeśli nie interesujesz się światem gier, Blizzard to taka marka, która poniekąd broni się sama. Diablo, StarCraft i sławetne World of Warcraft to największe tytuły i dorobek firmy. Nie należy zapominać o popularnym ostatnio Heartstone.
    Blizzard Entertainment postanowił wejść w nową erę dla siebie, jako firmy. Po RPG hack and slash, RTS i MMORPG przyszedł czas na MOBA. Nawet oni wpadli w ten szał, jak widać. Czy skutecznie?

    Cel Heroes of the Storm jest dokładnie taki sam, jak w przypadku League of Legends, Doty lub Strife ze względu na ten sam rodzaj gry - musimy dotrzeć do bazy wroga i rozgromić ją w drobny mak. Co jest jednak nietypowe i zdecydowanie unikalne, to fakt, że... mamy do dyspozycji kultowe postaci Blizzarda. Jako że jesteśmy w świecie Nexus, to właśnie tu zderzają się wszystkie uniwersa. Możemy grać Diablo, Thrallem, Lich Kingiem (Arthasem), Novą itd. Już sam ten fakt dostarcza niemałej zabawy. Ale to, oczywiście, nie jest wszystko.

    Naturalnie postaci zostały podzielone na cztery rodzaje:
- zabójcy (duża liczba obrażeń, ale za to niewielka wytrzymałość),
- wojownicy (duża wytrzymałość, średni atak),
- wsparcie (leczenie, wzmacnianie członków drużyny, uniemożliwianie wrogom prowadzenia ataku dzięki zmienianiu ich w prosiaczki, zatrzymywaniu w miejscu i tak dalej),
- specjaliści (eksperci oblężeń, dowódcy).
Ciekawą opcją jest możliwość darmowego wypróbowania bohatera, co pozwala nam na poznanie umiejętności, możliwości awansu i przynajmniej podstawowej mechaniki przed zakupem postaci. Wydaję mi się to istotne, ponieważ każdy z nich kosztuje całkiem sporo, a nie mogę powiedzieć, aby zdobywanie wymaganych punktów było bardzo łatwe.
    Nietypową kwestią jest sposób rozdawania talentów. Przede wszystkim, mamy ich kilka rodzai i to od nas zależy, co wybierzemy. Biorąc pod lupę Raynora na pierwszym poziomie możemy wybrać, czy chcemy, aby jedna z naszych umiejętności biła więcej, leczyła nas bardziej, czy może chcemy przyzywać drona patrolującego okolicę. To, co wybierzemy jest naszą indywidualną sprawą, warto jednak wspomnieć, że w danym meczu nie możemy zresetować punktów i cofnąć naszego wyboru.
   Zupełną nowością dla fanów np. League of Legends może być też fakt, iż w Heroes of the Storm nie ma opcji kupowania przedmiotów i budowania w ten sposób swojej postaci. Prostą drogą dedukcji można też ustalić, że nie ma czegoś takiego, jak dostawanie złota za zabijanie stworów na linii, w lesie, ani przeciwników. Walutą przetargową w HotS'ie jest... doświadczenie. Im więcej go ma dana drużyna, tym prędzej zdobywa ona poziomy i jest po prostu silniejsza dzięki większej ilości potężnych umiejętności. To, oraz wykorzystywanie otoczenia jest kluczem do wygranej.

    Niezwykłą kwestią są także plansze. Aren jest kilka, każda ma inne zasady, chociaż cel jest dokładnie ten sam (wygrać mecz poprzez zniszczenie bazy wroga). Tak na przykład będziecie musieli zdobyć daninę, aby uzyskać przychylność boga lub wejść do kopalni i zabijać zmarłych, a ilość zebranych czaszek będzie wyznacznikiem jak potężny stanie się golem, który po wycieczce w podziemia powstanie, niezależnie od tego, czy chcemy, czy też nie. Bardzo interesujące opcje, które mnie osobiście oczarowały. Niejednokrotnie tego typu rzeczy są kwestią decydującą o naszej wygranej lub przegranej, te krótkie eventy stanowią niezwykle istotną kwestię taktyczną. Niesamowite, jak Blizzard w grę MOBA wplótł elementy z innych uniwersów, jakie posiadają na koncie.

    Pomimo tego, że gram na najniższych możliwych ustawieniach graficznych, wizualnie gra w dalszym ciągu czaruje i pod tym względem niewątpliwie zniewala. Jeżeli graliście lub widzieliście cokolwiek z World of Warcraft, zdecydowanie poznacie tę nietypową atmosferę. Wszystko zdaje się być wzorowane graficznie właśnie na tym MMORPG. Od strony technicznej, świetny opening, ładne przerywniki filmowe, zgrabny tutorial. 
    Świetna oprawa muzyczna. Strasznie przypomina wyżej wspomniany gatunek, chociaż prawdę mówiąc nie jest to tak dobre, jak World of Warcraft.

    Rzeczą, do której muszę się przyczepić, bo w ogóle mi się nie spodobała to kiepski system free to play. Oczywiście gra działa na zasadzie mikropłatności, niemniej jednak sposób, w jaki zostało to tutaj rozwiązane wydaje mi się bardzo nietrafiony. Zwykle w przypadku MOBA spotykałem się z kupowaniem za określoną kwotę określoną ilość jakichś punktów, które zdobywać można tylko i wyłącznie za prawdziwą gotówkę. Za te punkty można kupować postaci, dodatkowe skórki dla postaci, ulepszenia (typu więcej punktów doświadczenia dla konta po ukończonym meczu albo więcej punktów, które dostajemy za ukończony mecz i które umożliwiają nam kupno postaci) itd. Tutaj nie ma czegoś podobnego. Owszem, w sklepie widać skórki, wierzchowce nawet albo ulepszenia, ale niestety walutą przetargową są... euro. Płacimy określoną ilość pieniędzy (na przykład 3,99€) i dostajemy przedmiot, za który zapłaciliśmy. Wydaje mi się to absolutnie nie trafioną metodą, być może przez wzgląd na to, że jestem typem małego chomika - kupuję czasem jakieś Riot Points na LoL'u i trzymam na promocje albo prezenty dla znajomych. Opcja, gdzie muszę zapłacić od razu gotówką i otrzymać tylko jedną rzecz nie jest na polskie realia, po prostu (a gra ma polską wersję językową, dla ścisłości).

    Podsumowując? Zapowiada się naprawdę świetna gra! Nie widzę, póki co, zawodów e-sportowych w świecie Heroes of the Storm, ale gra jest dopiero w closed becie i kto wie, co zmieni się jeszcze w tej kwestii. Być może Blizzard kieruje się w stronę bardziej casualowych graczy. Na pewno HotS zapewnić może Wam niemałą rozgrywkę, w szczególności, jeśli jesteście fanami gier producenta (możecie podniecać się tak, jak ja graniem Lich Kingiem, ODJAZD!). Niestety nie wiadomo kiedy gra zostanie oddana do użytku publicznego, nie ma zapowiedzianej premiery w żadnym z krajów, a w closed becie jest już od ponad roku (13 styczeń 2014). Myślę jednak, że warto czekać na tę produkcję z niecierpliwością i ostrzyć sobie na nią ząbki.

9/10

Przez filmy z morthem - "Haker"



Tytuł: Haker (ang. Blackhat)
Gatunek: kryminał, akcja
Produkcja: USA
Premiera: 16 styczeń 2015 (Polska), 15 styczeń 2015 (Świat)
Reżyser: Michael Mann
Scenariusz: Morgan Davis Fehl, Michael Mann

    Czytając pierwsze słowa zapowiedzi filmu byłem na tyle zaintrygowany, że postanowiłem w końcu się na niego przejść. Bo dlaczego nie... "Haker". To brzmi intrygująco. Zapewne będzie sporo zabawy z komputerem, może być ciekawie. Tylko nie do końca tego się spodziewałem i sam nie wiem, czy to dobrze, czy tak średnio.
   O co chodzi? "Amerykańskie i chińskie siły specjalne pracują wspólnie nad sprawą piractwa komputerowego na dużą skalę." - taką informację uzyskujemy, gdy chcemy dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej produkcji. Coś więcej? Ktoś bawi się przestępczością w sieci. Najpierw następuje atak na elektrownię atomową w Chinach - w zasadzie jest rozsadzona od środka. A później idzie kolejny atak, tym razem na giełdę - ten jednak sprawia, iż wartość soi mocno się obniża, w związku z czym oczywiście następują poważne ekonomiczno-finansowe zawirowania. Dwa mocarstwa, Chiny i USA postanawiają połączyć siły.
    Intrygującym wątkiem jest to, że główny bohater, siedzący w więzieniu Nick Hathaway (kojarzony może z roli Thora - przynajmniej przeze mnie) ma kolegę w Chinach, z którym studiował, Chena. A Chen, oczywiście, pracuje w siłach specjalnych. Stąd ich drogi ponownie się splatają. Okazuje się, że oboje są wybitnymi hakerami i informatykami, a w czasach studenckich napisali wspólnie kod, który został wykorzystany przez naszego kochanego przestępce, który mocno namieszał, chociażby przy elektrowni atomowej. Jaki jest finał, zdradzać nie będę. Powiem tylko, że za jeden wątek jestem naprawdę wściekły. Jeżeli obejrzycie, to prawdopodobnie będziecie wiedzieli o co mi chodzi. Nastąpi śmierć fajnych bohaterów i do tej pory mam tak wielki ból tyłka o to... Rany.
    Szczerze mówiąc, dużym minusem wydawał mi się wątek miłosny, który zaistnieje pomiędzy głównym bohaterem, a siostrą Chena. To żaden spojler, bo z pewnością sami byście na to wpadli w ciągu kilkudziesięciu minut filmu, te spojrzenia, bardzo znaczące i tak dalej... No, naprawdę. To było dosyć kiepskie, szczególnie, że po jednym seksiku już wielka miłość. A żadnego wspomnienia o tym, że cała akcja trwa dłużej, niż kilka dni lub miesiąc nie ma. Meh.
   Walki są ciekawe i fakt faktem, sprawiają, że może Wam bić nieco szybciej serduszko, ale to jednak zbyt mało. Spodziewałem się czegoś więcej, dużo więcej, naprawdę. Tymczasem nie dostałem tego, co chciałem, zamordowali tylko fajnych bohaterów i po ptakach. W widowiskowy sposób, to prawda, ale jednak. Myślałem, że jak "Haker", to może nieco mniej strzelaniny, więcej komputera, pracy umysłu i takich różnych... Naiwnie, co?


6/10

   Nie wiem, co mi odbiło, ale powstał audiolog mojego autorstwa. Tak, audiolog, na serio. Wszelkie uwagi mile widziane. Powiedzcie, co myślicie. I na serio, mam taki głos, nic na to nie poradzę póki co.

Wśród gier skacze morth - Dragon Age II

gry-online.pl
   Czytając recenzję mojego pióra poprzedniej części, Dragon Age: Origins zapewne wiecie, że po zakończeniu całej gry czułem ogromny niedosyt. Długo w zasadzie zastanawiałem się, czy dobrym pomysłem jest wydać kilkadziesiąt złotych na "dwójeczkę". Zaryzykowałem. Trzy dni później była promocja na Originie i zapłaciłbym zamiast sześćdziesięciu - dwadzieścia złotych maksymalnie, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

    Dragon Age II posiadam wraz z jednym dodatkiem DLC, Czarnym Emporium. Co wraz z nim? Dostajemy mabari i dodatkową lokację w formie sklepiku, zmiany swojego wyglądu (ale nie płci), ciekawe i całkiem silne elementy wyposażenia naszych bohaterów.

   Dragon Age II to kolejna część wspomnianej wcześniej jedynki produkcji BioWare. Światowa data premiery to 8 marzec 2011, w Polsce nastąpiło to trzy dni później. Tym razem nie jesteśmy wcale Szarym Strażnikiem. Akcja rozpoczyna się w momencie wybuchu Plagi, aby w dalszej części było już "po". W zależności od tego, jakie decyzje podjęliśmy w części pierwszej lub jaki scenariusz domyślny wybraliśmy, tak też będą wspominać Szarego Strażnika. Jedynym dostępnym wyborem jest rasa człowieka, bowiem jesteśmy Howke'm, pozbawionym pieniędzy i domu uchodźcą z Fereldenu, który podczas pomiotów zalewających rodzimy kraj ucieka z rodziną.
   Fabuła obejmuje dziesięć lat życia bohatera, podczas których zdobywamy prestiż, posłuch, sławę, pieniądze, przyjaciół i wpływy. Oczywiście nie wszystko będzie cudne i znajdę przynajmniej jedną sytuację we wspomnieniach, gdzie ściskało mnie za serce. Całą historię naszej chwały opisuje Varik, towarzysz naszej przygody i przyjaciel lub wróg - w zależności od tego, jakie będziemy mieli z nim relacje. Gra jest podzielona na trzy akty, każdy z nich jest widoczny, ale nie wielkim napisem. Oddzielają je wielkie wydarzenia, zmieniające praktycznie wszystko.

   Walka jest bardzo ważną i istotną kwestią Dragon Age. Muszę przyznać, że dużo przyjemniej walczy się każdą z klas - tak jak w "Origins" miałem kłopoty z wojownikiem i niezbyt radowała mnie walka tą klasą, tak tutaj wszystko chodzi płynnie, przyjemnie. Animacja ataków bardzo przyjemna, nawet tych automatycznych, niezależnych od czarów. Zostałem oczarowany machaniem kosturem i uderzanie nim o podłoże. Czasem naszemu bohaterowi brakuje trochę ekspresji na twarzy. Finishery już nie są tak widowiskowe i w zwolnionym tempie, jak w przypadku jedynki. Teraz jest krótka scenka filmowa kończąca walkę z potężniejszym przeciwnikiem, w której to zawsze Howke odgrywa główne skrzypce. Mnie by nie przeszkadzało, gdyby walkę zakończył Varik potężnym bełtem z kuszy albo Avelina, dając potworowi tarczą po łbie.

   Odnoszę wrażenie, że jeszcze bardziej odczuwamy znaczenie naszych wyborów. Szczególnie było to zauważalne w momencie, gdy mieliśmy wybór wziąć winę na siebie lub powiedzieć, że tak po prostu wyszło przy ostatnim zadaniu Merrill w trzecim akcie. Albo zmuszeni jesteśmy do zabicia całej wioski elfów, albo ugodowo załatwiamy sprawę i nic się nikomu nie dzieje zbyt wielkiego.
   A skoro już jesteśmy przy naszych towarzyszach, moje serce szczególnie skradł Fenris. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jest absolutnie uroczy. No i ma interesujące, intrygujące tatuaże na ciele. Może po prostu mam słabość do elfów. Trudno mi znaleźć przyczynę, ale fakt faktem bohaterowie tu mają bardzo wyraziste osobowości. Varik, przezabawny krasnolud, jajcarz, genialne teksty. Niejednokrotnie zdarzyło mi się śmiać do łez, a już rozmowy pomiędzy nim, a Fenrisem - miód na uszy! Nasz brat lub siostra - w zależności od klasy postaci, jaką operujemy w przypadku Howke'a - to dwie różne osobowości. Z siostrą mamy świetne kontakty, a brat nas nie znosi. Andres, mag, który pragnie wolności wszystkich magicznych jednostek prawdopodobnie może Was zaskoczyć. Piękna piratka z nieprzeciętnym, flirciarskim sposobem bycia. Trochę taka damska, nieco gorsza wersja Zevrana Aranai z części pierwszej. No i wspomniana już Merrill, wyobcowana, nieakceptowana w swoim klanie, ale nader wszystko urocza. Byłbym zapomniał o Avelinie... Niemal od początku z nami. Szczerze przyznam, intrygująca postać. Podoba mi się ta niezwykła różnorodność osobowości, jeszcze bardziej wyrazista, niż w przypadku części pierwszej.
Drobną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę to fakt, że nasi towarzysze przemieszczają się. Wchodząc do domu Howke'a zobaczymy psa leżącego przy kominku, innym razem koło stołu. Matka będzie stała w różnych pokojach, brat będzie na naszych oczach chodzić to tu, to tam. To bardzo sympatyczne.

   Dużym minusem jest długość gry. W przypadku części pierwszej główny wątek i poboczne zajęły mi jakoś koło siedemdziesięciu godzin. Tutaj tylu nie uzyskałem, niestety. Czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt w przypadku dwójki to dużo, naprawdę dużo za mało. Byłem rozczarowany tak krótką grą, wspaniałą, oczywiście, ale niezwykle krótką. Nastawiałem się na minimum siedemdziesiąt godzin nieprzerwanej zabawy, a tu...
Upierdliwy był brak możliwości konwersacji z naszymi towarzyszami w każdej chwili, w której tylko byśmy chcieli. Bardzo niewygodne. Możliwe to jest tylko podczas wręczania podarków, których jest znacznie mniej, a także zadań, które dostajemy.
(Edycja 22.12.14 r.)Minusem, o którym zapomniałem wspomnieć wcześniej, to bardzo ubogie projekty wnętrz. Do jakich podziemi byśmy nie weszli, każde będą wyglądały tak samo, tylko inne przejście może być otwarte. Jaskinie - identyczne, zero jakichkolwiek zmian. To bardzo upierdliwe, biorąc pod uwagę przygodę z jedynki, gdzie każde miejsce było całkowicie nowe. Tu, niestety, odczuwamy w końcu zmęczenie brakiem nowości w tej kwestii.

    Tak jak w przypadku odczuć po przejściu "Origins", tak i teraz czuję niedosyt. Inkwizycja dostępna już w sprzedaży, ale niestety sprzęt nie pozwala na cieszenie się ogromem świata przedstawionego. Być może innym razem. Dragon Age II powinna być dużo dłuższa w moim odczuciu. Spodziewałem się naprawdę więcej czasu spędzonego w tej historii, to mnie rozczarowało bardzo, bardzo mocno. 

9/10

Przez filmy z morthem - "Lucy"

filmweb.pl
Tytuł: Lucy
Gatunek: akcja, sci-fi
Produkcja: Francja
Premiera: 14 sierpień 2014 (Polska), 24 lipiec 2014 (świat).
Reżyser i scenariusz: Luc Besson

    "Lucy". Szczerze powiedziawszy gdy zobaczyłem po raz pierwszy zwiastuny tego filmu, byłem więcej, niż pozytywny. Sama tematyka i pomysł wątku fabularnego bardzo mi się spodobał. Jednak po obejrzeniu sam nie wiem, czy miałem po prostu zbyt wysokie wymagania, czy zawiniło co innego. Byłem de facto zawiedziony.
    O czym? Jest dziewczyna, Lucy, która poznała jakiegoś trochę ciemnego typa. Ten bawi się w jakieś nie do końca legalne robótki. Ma dostarczyć do niejakiego "Pana Janga" pewną paczkę, ale boi się wejść do wieżowca. Podstępem zmusza do tego naszą główną bohaterkę i zaczyna się jej własne, prywatne piekło, ponieważ... "Pan Jang" to nie jest jakiś uśmiechnięty dziadek z Chin, tylko szef siatki przestępczej, która zajmuje się transportem narkotyków, a także wprowadzaniem nowych rodzajów na czarny rynek.
    Nasza główna bohaterka, jako że natknęła się niestety na taką, a nie inną sytuację uczestniczy w całej eskapadzie przewiezienia z punktu A do punktu B owego dziwnego specyfiku (który ostro daje po głowie). W wyniku nieszczęśliwego wypadku ładunek, który załadowano każdemu z przemytników w brzuchu (tak, w brzuchu) ulega uszkodzeniu, w wyniku czego dostaje się do krwiobiegu Lucy. I zaczyna się magia, ponieważ jego ilość sprawia, iż główna bohaterka wykorzystuje coraz więcej procent swojego umysłu.
    Głównym hasłem, który głosi film "Lucy" to mit, jakoby człowiek wykorzystywał tylko 10% potencjału swojego umysłu. Nieprawdziwe są one dlatego, albowiem udowodniono badaniami naukowymi (amerykańskimi), że wykorzystujemy znacznie więcej. Niemniej jednak jest to cała oś fabularna filmu - przyjmijmy więc, że tak właśnie jest. Lucy wobec tego jest niemal ponadczasowa, ponad... wszystko, ponieważ wraz ze zwiększającymi się procentami, które wykorzystuje w danej chwili osiąga zupełnie nieprawdopodobnie umiejętności, jak idealna pamięć (jest w stanie przypomnieć sobie nawet okres, kiedy była w brzuchu matki), czy rzucanie ludźmi to tu, to tam.
    "Lucy" jest dynamicznym, intrygującym tworem. Być może za sprawą naprawdę dobrej gry aktorskiej Scarlett Johansson (Lucy) i Morgana Freemana (profesor Norman). Czegoś mi jednak zabrakło. Być może głębi postaci, czegoś więcej o bohaterach albo po prostu... nie zrozumiałem zakończenia. Oczekiwałem chyba czegoś innego. Lepszego. Mocniejszego. Ciekawe było natomiast to, że z zupełnie przeciętnej i zwykłej dziewczyny Lucy przemieniła się w ponadprzeciętną kobietę, która, zdaje się, przestaje odczuwać jakiekolwiek emocje, być... po prostu ludzka. Przypomina momentami po prostu komputer - fascynujący, ale jednak bez życia.
    Oczekiwałem czegoś więcej po zapowiedziach, które były bardzo obiecujące. Być może wyobraziłem sobie za dużo, po prostu. Istnieje taka opcja. Myślałem, że to będzie przynajmniej mocna dziewiątka, ale cóż... Może innym razem.

6/10

Wśród gier skacze morth - Dragon Age

    Oczekiwana przez przynajmniej jedną osobę produkcja, omówiona w moim wykonaniu. Dziękuję Origin, gdyż to właśnie dzięki niemu mogłem zagłębić się w ten interesujący świat, jako że jakiś czas temu była promocja, która obejmowała pierwszą część w pełnej wersji zupełnie za darmo. Dziękujemy, Origin!

   Omawiamy grę BEZ dodatku DLC, ponieważ jego jeszcze się nie dorobiłem. Gdy to się zmieni i zostanie przeze mnie pochłonięty z pewnością pojawi się kolejny tekst, odnośnie DLC, a w przyszłości liczę także na kolejne części recenzowane przeze mnie właśnie.

www.gry-online.pl
    Dragon Age: Początek (ang. Dragon Age: Origins) to produkcja BioWare z 2009 roku ( 3 listopad - Ameryka Północna, 6 listopad - Europa), dostępna zarówno na platformę PC oraz konsole. Dragon Age należy do gatunku komputerowych gier fabularnych, czyli cRPG (compiuter Role Playing Game). W tego rodzaju rozrywki kontrolujemy bohatera lub drużynę (jak w przypadku omawianej gry) po fikcyjnym świecie. Mamy możliwość spersonalizowania swojej postaci głównej, ustalenie jej wyglądu, płci, a nawet rasy.

    Gdzie jesteśmy? Pojawiamy się w zależności od naszej rasy w różnych miejscach - w przypadku magów będzie to Wieża Maginów. Niezależnie od miejsca naszego pierwszego pobytu, jesteśmy na kontynecie Thedas. Królestwo Ferelden. Kraina zamieszkiwana przez elfy, ludzi i krasnoludy. Niestety, szykuje się wojna z Plagą. Jest to zaraza złożona z potworów, orków, ogrów i różnych innych dziwnych stworzeń, ale co najważniejsze - całą tą zgrają dowodzi arcydemon. Do obrony zaangażowano tzw. Szarych Strażników. Są to specyficzni obrońcy przed Plagą właśnie. Mówi się, że tylko oni mogą powstrzymać Plagę i arcydemona. Mamy możliwość dołączyć do owego ugrupowania.

    Postanowiłem w nieco inny sposób przedstawić grę. Zapisywałem w trakcie swojej pierwszej w życiu rozgrywki Dragon Age plusy i minusy, które na bieżąco obserwowałem podczas sześćdziesięciu ośmiu godzin spędzonych świecie Fereldenu. Oto one:

PLUSY DRAGON AGE: POCZĄTEK

    Wybory. Jako że jest to cRPG zmuszeni jesteśmy do dokonywania wyborów i podejmowania decyzji. Każda z nich wpływa na przyszłość wszystkich mieszkańców Felerdenu. Każde nasze słowo ma więc jakieś konsekwencje, niejednokrotnie niezbyt pozytywne.
    Dopracowana strona fabularna, rozwinięta także o możliwość kolekcjonowania kartek Kodeksu - książki, która zawiera dodatkowe, wzbogacające całość teksty. Znaleźć w niej możemy opisy stworzeń, przedmiotów, magii i religii, kultury i historii, postaci, księgi i pieśni, notatek znajdywanych ludzi, kombinacji zaklęć, sterowania i fabularnych wątków głównych.
    Każdy członek w naszej drużynie może rozmawiać pomiędzy sobą w momencie wykonywania jakiś zadań, przemieszczania się z punktu A do punktu B. Tak na przykład łotrzyk Zevran będzie rozmawiał z Wynne, naszą lekarką o jej piersiach. Naprawdę niejednokrotnie rozwalające (pozytywnie) doświadczenie, które sprawia ogromny uśmiech na twarzy.
    Mroczny klimat całej gry sprawia, że możemy wczuć się w sytuację. Odwiedzamy mistyczne, intrygujące miejsca, podziemia krasnoludów, które są ciemne, niebezpieczne i czuć to. Wiemy, że w niektórych miejscach jesteśmy zagrożeni szybką i bolesną śmiercią.
    Długość gry. Starałem się robić jak najwięcej, ale nie wykonałem wszystkich misji pobocznych, ani nie znalazłem wszystkich części Kodeksu. Mimo to gra zagwarantowała mi sześćdziesiąt osiem godzin zabawy, sprawiła, że naprawdę się wciągnąłem w tę historię i pragnę jeszcze więcej przygód w Felerdenie.
    Grafika. Gra jest z dwutysięcznego dziewiątego roku, niemniej jednak szokujące może być to, że wygląd nie jest na najniższym poziomie. Wiele miejsc wygląda wręcz bajecznie. Na przykład podziemne, opuszczone miasta krasnoludów, zniszczona świątynia Andrasty albo niegdysiejsze budowle elfów. Naprawdę na wysokim poziomie.
    Interakcja z sztuczną inteligencją. Zdarzało się, że niekiedy NPC sam zaczepiał mnie słownie ("Hej, ty, możesz podejść, elfko?").
    Felling umiejętności. Moją główną postacią był mag, więc to nim najwięcej grałem. Niemniej jednak w drużynie miałem też inne klasy, którymi trzeba było walczyć i powiem szczerze, że każdą z nich przyjemnie się siało Mordor. Czuło się potęgę, w przypadku łotrzyków było się takim wrednym gościem, który wskakiwał zza plecy i dosłownie wbijał w nie sztylet. Ciekawie.
    Finishery. W przypadku silniejszych przeciwników (Ogry Alfy, bossy) istnieją finishery - postać, która zadała ostatnie obrażenia uśmiercające przeciwnika aktywują finisher, czyli widowiskowe zabicie przeciwnika. Nie działa to w przypadku magów, którzy używają kostura (ale już w momencie, gdy mamy specjalizację magicznego wojownika, który może używać sztyletu i broni białych jest to możliwe). Wygląda to naprawdę niesamowicie, szczególnie w przypadku ogromnego smoka, którego posyłamy na deski. No i nie tylko, bo niejednokrotnie zobaczycie, jak ktoś z Waszej drużyny lub Wy sami odcinacie przeciwnikowi łeb.
    Możliwość pauzy. Daje nam to czas na obmyślenie taktyki, wybranie umiejętności naszych postaci, które za chwilę wykonają i przygotowanie się do czekającej nas potyczki.
    Przyjaciel? Czemu nie. Po jednym z questów pobocznych w obozie Szarej Straży mamy możliwość zyskać naszego własnego psa bojowego, który będzie nas wspomagać i kochać po wsze czasy. Jest przeuroczy!
    Duża ingerencja w świat. Jak to w RPG. To, co zrobimy wpływa na całe otoczenie, kraj. To interesujące, ale i stresujące. Niejednokrotnie przyniesie nam sytuację, w której nie będziemy wiedzieli co wybrać.
    Psychoza też istnieje. Jeśli nie wierzycie, dojdźcie do momentów w Głębokich Ścieżkach, gdzie na ścianach i na podłodze będzie surowe mięso, a jedna z bohaterek pobocznych wspomni i jedzeniu twarzy własnego męża. Albo dotrwajcie też do Obcowiska i wejdźcie do Sierocińca. Wszędzie krew, głosy płaczących dzieci i piosenka jednego z nich.
    Możliwość nawiązywania przyjaźni i romansów pomiędzy naszymi współtowarzyszami. Naprawdę fajny smaczek, który nie jest tak neutralny w stosunku do całokształtu (na przykład, jeżeli nawiążemy romans z Alistarem, czyli drugim Szarym Strażnikiem to w finałowej walce może on poświęcić za nas życie).


     MINUSY DRAGON AGE: POCZĄTEK

    Niekiedy długie ekrany ładowania i spadki fpsów. Nie wiem, czy to wina kiepskiej optymalizacji, czy mojego nie najnowszego laptopa.
    Brak możliwości resetowania umiejętności i talentów - ponoć jest to aktywne na wersji konsolowej, ale PC jest smutne.
    Słaba użyteczność "taktyk". Raczej tego nie dotykałem, niezbyt dobra funkcjonalność. Brak intuicyjności w tej kwestii.
    Niedokładność w treści zadań. Niejednokrotnie musiałem czegoś szukać w Internecie, bo w zadaniu było napisane... jedno wielkie nic.
    Na karnego kutasa może też zasługiwać dubbing polski. Nie cały, ale znacząca jego część. Zevran w wersji polskiej ma głos spedalonego elfka, podczas gdy w angielskiej to bardziej... hiszpańska krew. Krasnoludy w znakomitej większości mówią dokładnie tak samo, jak elfy lub ludzie. Trochę to słabe.
    Minimalne sceny erotyczne. Wiem, że gra o seksie nie jest, jednak skoro i tak ma etykietkę, która pozwala na zagłębienie się w świat Felerdenu od osiemnastego roku życia, to trochę więcej mini scenek byłoby wskazane.
    Jeżeli wybierzesz neutralny dialog, możesz stracić coś ważnego, na przyład możliwość bycia magiem krwi.
    Przy ostatecznej bitwie miałem pewne dziwne bugi (?), gdzie skille wchodziły mi z mocnym opóźnieniem, jeżeli w ogóle. Nie wiadomo dlaczego.

    Plusem i minusem (jednocześnie) był fakt, że gdy gra się zakończyła odczułem niesamowity smutek. To znaczy, że się wczułem, czego się zupełnie nie spodziewałem.
    Więcej plusów, niż minusów, co? Gra na naprawdę niesamowitym, wysokim poziomie. I szczerze mówiąc nie spodziewałem się czegoś tak pozytywnego i naprawdę... dobrego. Rany, to było dobre, tęsknie i chcę więcej. Dużo więcej.
    Originie, proszę o kolejną promocję na DLC albo część drugą!

   Na koniec, piosenka Leliany.

10/10

Free-to-play nie oznacza tego, co myślisz.



    Niejednokrotnie spotkaliście się z sytuacją, w której gra miała dopisek "F2P". Oznacza to ni mniej, ni więcej a właśnie "Free-to-play", czyli "darmowy by grać" w wolnym tłumaczeniu. Najczęściej spotkać to  określenie możemy przy okazji różnego rodzaju MMO, MMORPG, MOBA itd. - gier, które wymagają od nas współpracy z innymi graczami.

    Z powodu niezrozumienia co oznacza "Free-to-play" ludzie często narzekają, że w tego rodzaju rozrywce są mini płatności, które sprawiają, że nasza rozgrywka jest pełniejsza, lepsza. Skąd takie negatywne wrażenie? Przecież sama idea F2P to właśnie mikrotransakcje. Na tym opiera się tego rodzaju model płatności - tak, jest to model płatności, który występuje w grach komputerowych i nie wymaga płacenia abonamentu, wykupienia go.
    Każdy taki dodatek, bonus, który możemy sobie wykupić w grach tego typu jest opcjonalny - możemy go posiadać, ale nie musimy. Jeśli obejdziemy się bez tego, nie zablokujemy sobie możliwości rozwijania postaci (w większości przypadków, bo jak wiadomo, od każdej reguły jest wyjątek). Co może być tego typu usprawnieniem, bonusem? Na przykład przyspieszenie zdobywania doświadczenia lub specjalnych punktów, za które możemy wykupić sobie postaci (na przykład League of Legends), dodatkowe elementy rozgrywki, np. czołgi (World of Tanks) albo nieograniczone korzystanie z dobrodziejstw gry (Aion). Do tego typu niepotrzebnych z punktu widzenia rozgrywki zaliczają się także ubiór postaci, maskotka, zwierzątko, wierzchowiec; zmiana koloru włosów, oczu lub budowy ciała albo płci, meble do domku itd.

    Skąd więc wynika to nieporozumienie, w trakcie którego bardzo wiele graczy czuje oburzenie, kiedy gra utrudnia nam cieszenie się każdym jej walorem w postaci, na przykład, blokowania pewnych czynności, jak korzystanie z domu handlowego albo czatu światowego (jak w przypadku Aiona)? Myślę, że wynika to z prostej przyczyny - "free" w samej nazwie mylnie sugeruje nam, że nie będziemy musieli zupełnie niczego płacić, a dostaniemy wszystko jak na tacy. Zwykle w tego rodzaju grach prędzej czy później będziemy zmuszeni (a raczej przekonani przez korzyści z tego płynące) do wykupienia czegoś ze sklepiku gry, co ułatwi nam życie i przetrwanie.
    Zdarza się, że Free-to-play zmienia się w Pay-to-win (P2W). Niektóre gry F2P pozwalają płacić za dodatkowe, niezbędne przedmioty lub funkcje, które dają ogromną przewagę nad graczami, którzy nie zwykli wydawać pieniędzy na tego typu kwestie. Stąd też nazwa "płać by wygrać". Jeśli mam być szczery, po przygodach z Runes of Magic nie jestem fanem tego typu płatności.

    Ten system płatności ma swoich zwolenników i przeciwników. Jak wszystko. Niektórzy irytują się, że w Aionie Złoty Pakiet to w pewnym momencie nie tyle niezbędnik, co... nie, poczekajcie, jednak niezbędnik. Da się grać bez tego, oczywiście. I da się to obchodzić w jakimś tam stopniu, dawać sobie radę bez tego ogromnego ułatwienia i ukazania każdego, możliwego aspektu gry. Ale to utrudnianie samemu sobie życia. Mnie osobiście taka forma F2P irytuje. Z kolei ta przedstawiona w League of Legends nie drażni mnie tak bardzo - być może dlatego, że za walutę, którą możemy kupić za złotówki dostajemy w zamian głównie kosmetyczne rzeczy, typu nowe skórki (czyli wyglądy) naszych postaci lub wardów (inaczej totemu, który daje nam wizję na określonym terenie), dopalacze doświadczenia albo punktów zasług. Nie jest to niezbędne, jeżeli nie będziemy mieli tych upiększaczy to nic się złego nie wydarzy. Nie zablokuje nam to możliwości doskonalenia siebie i swojej gry w LoL'a, cały czas mamy szansę zdobyć niezbędne strony do run i wysoką dywizję pomimo tego, iż nie wydamy na grę ani złotówki. Jest to wygodne rozwiązanie, bo to my sami decydujemy, czy zakupimy RP, czy też nie. Nic i nikt na nas nie wymusza tego. Czujemy się więc wolni - a lubimy się tak czuć, przyznajmy sobie szczerze.
    Czasem jednak, jeśli chcemy pograć w dany tytuł musimy schować swoje przekonania w kieszeń i przystosować się do realiów. Na całe szczęście w przypadku wielu tytułów nie musimy inwestować od razu w jakieś ulepszenia, typ wspomniany już Złoty Pakiet z Aiona. Możemy grać i to my decydujemy w jakim momencie zakupimy sobie tego typu ułatwienie. W przypadku wyżej wymienionego przeze mnie tytułu stosunkowo późno kupiłem pierwszy Gold Pack. Nie byłem przekonany do gry, wobec czego nie widziałem powodu, dla którego miałbym zakupić coś i wydać pieniądze od razu. Szczególnie, że istniała duża szansa na szybkie opuszczenie gry.

    Cieszmy się tego typu rozwiązaniami i nie mówmy już więcej, że denerwują nas mikro płatności w Free-to-play, bo na tym właśnie polega ten system. To go utrzymuje i sprawia, że dana gra funkcjonuje. Pomyślcie, czy wolicie comiesięczny abonament, jak w przypadku World of Warcraft plus zakupy w sklepiku gry, czy jednak bardziej odpowiada Wam forma zapłaty za poszczególne usługi wtedy, kiedy to Wy się na to decydujecie.

Wśród gier skacze morth - Aion

    Na początek, przed właściwym materiałem chciałbym zaprosić Was do pewnego miejsca. Jeśli lubicie RPG, pisać i spędzać czas na tworzeniu fabuły jaka Wam się zamarzy to zapraszam na Rainbow RPG. Forum dopiero zaczyna, powstało dosłownie "na dniach", wobec tego niewielu jest ludzi i niewiele możecie jeszcze tam zobaczyć. Niemniej jednak poziom raczej niski nie będzie, a każdy może spróbować swoich sił i po prostu dobrze się bawić. Oczywiście także mam tam swoją postać, ale kto to jest - pozwolę sobie nie zdradzić, szukacie sami!


    Dziś porozmawiamy sobie trochę o Aionie. Jest to gra z gatunku MMORPG (massively multiplayer online role-playing game) wydana przez firmę NCsoft - firma koreańska, główny wydawca gier tego typu z Korei. Jest to gra, która łączy w sobie PvE i PvP. Świat, w którym przyszło nam grać to fantasy. Polskim developerem jest GameForge - i zanim uciekniecie w popłochu i z krzykiem na ustach, proszę, zostańcie do końca.

   Trochę historii gry. Tytułowy Aion to bóg, który czuwał nad swoją ziemią Atreią od dawien dawna. Był to zamknięty świat, a on sam oświetlał swoją mocą jego wnętrze. By stworzyć swoją ziemię piękniejszą powołał do życia ludzi i drakan, rasę, która miała ich strzec. Pokój, jak to zwykle bywa, nie trwał długo, gdyż nowa rasa pragnęła władzy. Chcieli rządzić i podporządkować sobie wszystkie inne istoty. Pięciu najważniejszych drakan zwiększało swoje siły, a także rozmiar, przez co w efekcie zamienili się w smoczych lordów, pierwszych Balaurów. Gdy bóg Aion odmówił nadania im władzy i kontroli nad innymi, zbuntowali się i wypowiedzieli mu wojnę. Zmuszany bóg stworzył dwunastu lordów Empyrean. Były to istoty boskie, które za zadanie miały strzec pokoju i Wieży Wieczności.
    Niektórzy ludzie dostąpili zaszczytu stania się Daeva i tak, jak lordowie Empyrean otrzymali zdolność latania poprzez otrzymane skrzydła. Wszystko po to, by walczyć z Balaurami. Z czasem Daeva pojawiło się tak wielu, że możliwe było stworzenie armii, którą to poprowadzili lordowie do walki. Wojna trwała milenium nim pojawiła się szansa zawarcia pokoju. Pięciu smoczych lordów zostało zaproszonych na rozmowy pokojowe, jednak nie doszły one do skutku przez zamordowanie jednego z nich przez nieznanego napastnika. W walkach, które nastąpiły później zniszczona została Wieża Wieczności, a Atreia w wyniku kataklizmu rozpadła się w pół.
    Lordowie Empyrean podzielili się. Pragnący władzy i będący przeciwko pokojowi przeszli na górną część świata. Nazwali się lordami Shedim. Pragnący pokoju przeszli na dolną część Atrei, objęli ją we władanie i obwołali się lordami Seraphim.
    Ludzie także zostali podzieleni. Żyjący po jasnej stronie światła nazwali się Elyosami, ale ich życie nie uległo wielkiej zmianie. Stworzyli miasto Sanctum. Ci, którzy mieszkają po ciemnej stronie wizualnie zostali odmienieni. Nazwani Asmodianami upodobnili się bardziej do demonów - dłonie wyglądają jak szpony, na palcach u stóp i dłoni pojawiły się pazury. Ze względu na brak dostępu do słońca i światła ich skóra stała się ciemniejsza, a oczy dostosowały się do widzenia w ciemności, nabierając czerwonej poświaty. Stworzyli miasto Panademonium, w którym zyją wraz z lordami Shedim.

    Jak wyglądają nasze pierwsze chwile w Aionie? Przede wszystkim, tworzymy postać. Do wyboru mamy dwie rasy - Elyos, który zaczyna swoją podróż w części świata Elysea lub Asmodianin, zaczynający przygodę w Asmodae. Co jest bardzo istotne, to fakt, że będziemy grali wybraną rasą przez cały czas na danym koncie; nie ma możliwości stworzyć postaci innej rasy, jeśli chcecie pograć przeciwną do wybranej przez Was za pierwszym razem, należy stworzyć nowe konto. Następnym naszym przystankiem jest wybór klasy postaci, którą zamierzamy grać. W grze istnieje sześć klas głównch i jedenaście wyspecjalizowanych. Grę rozpoczynamy od głównych: maga (mage), zwiadowcy (scout), artysty (artist), inżyniera (engineer) lub kapłana (priest). Po uzyskaniu dziesiątego poziomu doświadczenia naszej postaci możemy wybrać dalszą część rozwoju klasy, którą wybraliśmy, czyli specjalizację. Wojownik może być templariuszem (templar) lub gladiatorem (gladiator). Mag - czarodziejem (sorcerer) i zaklinaczem (spirit master). Zwiadowca do wyboru ma assasyna (assassin) i łowcę (ranger). Inżynier zostać może strzelcem (gunner) albo EterTechem (Aethertech). Kapłan może zostać klerykiem (cleric) lub kantorem (chanter). Artysta, jako jedyny, nie ma wyboru. Zawsze zostaje bardem (przynajmniej póki co). Kolejno, system edycji postaci pozwala na dostosowanie najmniejszego szczegółu avatara, którym przyjdzie nam grać. Do dyspozycji mamy zmiany uczesania i kolorów włosów, oczu, skóry. Możemy wybrać rysy twarzy, wzrost, atrybuty klatki piersiowej, umięśnienie, wielkość stóp lub rąk, a nawet głos. Zdobywanie poziomów polega głównie na wykonywaniu zadań (z ang. questów), ale także uczęszczaniu w ramach ich wykonania na pomniejsze tzw. instancje, czyli miejsca specjalne, ze znacznie silniejszymi przeciwnikami, tzw. mobami, które naturalnie mają dużo bardziej wartościowy drop, czyli lepsze rzeczą mogą dla nas polecieć po ich zabiciu, dzięki czemu uzbroimy się w nowe ubranko lub broń, co zwiększy naszą siłę i przeżywalność na polach Atreii. Maksymalny poziom postaci na obecną chwilę to 65, który to ma miejsce od czasu wydania aktualizacji 4.0.

    Co jest interesującego w tej grze? Jeśli jesteś stałym bywalcem MMORPG to nie muszę odpowiadać Ci na to pytanie, bo doskonale wiesz o co chodzi. Jeśli jednak to Twoje pierwsze spotkanie z tego rodzajem rozrywki, śpieszę wyjaśnić. Naszym głównym celem jest doskonalenie swojej postaci. Wbijanie poziomów, zdobywanie ekwipunku, przeżywanie moc wspaniałych, wirtualnych przygód, walka z przeciwnikami, poznawanie nowych ludzi.To właśnie tego typu gry pozwalają nam na zawieranie wspaniałych znajomości, często na bardzo długie lata. Fani craftingu znajdą oczywiście i tutaj ciepłe miejsce - kucharzy i alchemików zawsze potrzeba. Jest kilka profesji, które możemy opanować, dwie na poziomu mistrza, czyli największym. Zbieractwo esencji i eteru to oddzielna bajka, którą możemy dodatkowo wyszkolić także na najwyższym poziomie. Przyda się do rozwijania profesji lub handlu z innymi graczami.
    Czemu właśnie ta gra, a nie inna? W moim przypadku wybrałem Aiona dlatego, że prosili mnie o to znajomi. Po prostu, poszedłem za większą częścią kolegów. Spodobał mi się w międzyczasie motyw skrzydeł, od czasu World of Warcraft mam świra na punkcie latania w grach - uwielbiam to. Poza tym, rozbudowana możliwość spersonalizowania własnej postaci przemawiało bardzo na plus gry.
    Minusy? Istnieją, oczywiście. Jako że jeszcze kilka lat temu gra była płatna, pozostała pewna upierdliwa kwestia po tych czasach. Oczywiście, możemy grać nie płacąc zupełnie nic, ale wiąże się to z pewnymi ograniczeniami. Nie będziemy mogli komunikować się na światowym czacie z wieloma graczami jednocześnie (wyjątkiem jest grupa, legion itd., ale na przykład na kanale swojej specjalizacji albo tzw. "światowym" wypowiadać się już nie możemy), korzystanie z domu handlowego w celach kupna lub sprzedaży rzeczy także będzie dla nas niemożliwe. Wprowadzone są też ograniczenia częstotliwości odwiedzania niektórych instancji lub aren, a nawet ilości sprzedawania przedmiotów u NPC na tydzień. Rozwiązanie jest proste - zakup Złotego Pakietu (z ang. Gold Pack), który zniweluje te przykre utrudnienia. Problem w tym, że ta przyjemność trwa tylko miesiąc i po określonym czasie trzeba kupić ponownie pakiet, aby nasze przywileje się utrzymały. Na szczęście jest możliwość zakupu GP w grze od graczy za walutę gry, kinah. Istnieją też gracze, którzy mają te same przywileje, ale bez kupowania Złotych Pakietów - tzw. Weterani. Są nimi ze względu na to, iż grali w Aiona jeszcze za czasów, gdy był płatny - to takie wynagrodzenie graczy za bycie z nimi wtedy, gdy gra nie mogła się cieszyć ikonką Free To Play.
    Co z GameForge? Po przygodzie w Runes of Magic, o której także kiedyś opowiem ta firma skutecznie mnie do siebie zniechęciła. Zapierałem się rękoma i nogami, mówiłem, że nigdy więcej nie zagram w coś, co pod swoimi skrzydłami ma GF i nie pozwolę sobie nawet zaklaskać rękami, widząc tę firmę. Dalej jesteśmy ze sobą na bakier i słuchając znajomych z legionu (inaczej gildii) śmiem twierdzić, iż owa firma także momentami daje się we znaki. Ale na razie gra prosperuje i ma się dobrze. Być może przez wzgląd na to, iż jestem na stosunkowo młodym serwerze. Nie chcę ani krakać, ani proroczyć. Mam nadzieję, że developerzy nie zepsują kolejnej gry. 

    Problem leży w tym, że, jak to przystało na MMORPG potrzebni nam są do rozgrywki inni ludzie. W grze jest cała masa możliwości dojścia do wszelkiego rodzaju gildii, legionów, czy jak chcecie sobie to nazwać. W każdym razie, jest możliwość bycia w grupie i w tej właśnie grupie się rozwijania. Niemniej jednak jeśli ktoś jest troszkę aspołeczny, może sprawiać mu to maleńki problem. W Aionie raczej mało rzeczy można zrobić samemu.

6/10. 
    Dlaczego? Ponieważ po wbiciu maksymalnego poziomu gra mnie zniechęciła do siebie i zacząłem się nudzić. Trafiałem godzinowo akurat tak, że nikogo w legionie nie było online, przez co nie mogłem się wspólnie ze znajomymi pobawić. Dopiero teraz powoli wracam do gry i myślę, że z czasem zyska mocną siódemkę w moich oczach. Graficznie mogłoby być nieco lepiej (na przykład ta mgła w formie ścian, zamiast takiej płynnej... no... mgły).

Ja jestem na serwerze Barus. Znaleźć mnie można po stronie Asmodian pod nickiem Dracjonis.
Zapraszam do wspólnej zabawy!

Przez filmy z morthem - "Spring breakers"


Spring Breakers (2012)
www.filmweb.pl
   Tytuł: Spring Breakers
Gatunek: Dramat
Produkcja: USA
Premiera: 5 kwiecień 2013 (Polska), 5 wrzesień 2012 (świat)
Reżyseria i scenariusz: Harmony Korine

     To jeden z tych tytułów, które oglądasz z nieco zdezorientowaną miną i pod koniec całej historii, która trwa półtorej godziny... absolutnie nie wiesz o co chodziło i co się w zasadzie wydarzyło! Witamy w "Spring Breakers".
    O czym? Jest kilka nastolatek, cztery dokładnie, które mieszkają w jakiejś niewielkiej pipidówie. Ich głównym, zdawałoby się, życiowym celem jest wyjechanie z rodzinnego miasta chociażby na ferie, na wakacje, odpoczynek, cokolwiek. Trzy z nich są absolutnie zdemoralizowane, a jedna w miarę normalna. Wyjeżdżają, aby się zabawić, rozerwać, pożyć innym życiem. I ja, jako widz spodziewałem się imprez, oczywiście. Nawet tych do białego rana. Ale tego, co przedstawił mi film - niekoniecznie, chociaż może powinienem. Brak pieniędzy równa się napad na sklepik lub knajpę, bo przecież zarobić to taka żmudna sprawa. Zasady? Jakie zasady? Bez żadnych hamulców imprezowanie cały czas, alkohol, narkotyki. To ponoć powieść o szalonych i wyzwolonych dziewczynach - jak dla mnie o głupich nastolatkach, które się trochę w tym szaleństwie zagalopowały.
    Dlaczego sięgnąłem do tego tytułu? Chyba z powodu aktorek w głównych rolach. Znaleźć tam możemy Vanessę Hudgens, znaną z "High School Musical" i Selenę Gomez, na przykład. Dwie gwiazdki Disney'a. Byłem ciekaw.
    Czym więc ta produkcja może być? Jak dla mnie to szyderstwo w czystej postaci. Znacie te teledyski muzyczne, prawda? Masa nagich lub prawie nagich kobiet, wijących się do muzyki, mężczyźni wytatuowani od głowy po czubki palców u stóp (i żeby nie było, tatuaże są sexy!) z wielkimi łańcuchami i podkreślający jacy to oni są gansta. Być może nawet z tego, jak ludzie postrzegają seks. Bo chyba coś jednak w tym jest, prawda? Niektórzy ludzie właśnie tak widzą zabawę, właśnie to jest ich wizją współżycia.
    To taka współczesna apokalipsa, w której następuje upadek moralności i degeneracja grup społecznych. Interesująca, ale raczej nie sprawiająca, że sięgnę po ten tytuł po raz kolejny.
    I wiecie co? Może ten film ma jakiś sens, w głębi. Może jest tak, jak napisałem powyżej - że to metafora, wizja taka lub owaka. Ale żeby dojść do takich wniosków musiałem obejrzeć film jeszcze raz i poczytać kilka recenzji i opisów, by w ogóle dopatrzeć się tego pod wpływem sugestii. Inaczej, przysięgam, dla mnie film miał początek, ale nie miał końca. Nie zrozumiałem o co chodziło w całokształcie. Według mnie szopka i tyle. To trochę za dużo jak na coś, co miało mieć głębie. Za dużo nonsensu w teoretycznym sensie.

4,5/10
Bo ogólne wrażenie pozostawiło jakiś niesmak. 

Wśród gier skacze morth - Beemov, czyli gry dla dziewczyn.


    Pierwszy raz tak nietypowa forma materiału, do którego zachęcam. Odpowiadając na pytania, które mogą paść - tak, naprawdę mam taki głos. Mikrofon co prawda trochę zmienia, ale pomimo wszystko brzmię równie babsko, co możecie usłyszeć. I tak, mam dwadzieścia lat. I tak, jestem chłopakiem. Nie pokażę Wam dowodu osobistego, bo to by było lekką przesadą, ale z całą pewnością jestem tym, kim jestem. Nagranie powstało wówczas, gdy miałem problemy z klawiaturą i nie była ona sprawna. Niestety z braku czasu dodaję materiał dopiero teraz.

    Dziś mowa o firmie Beemoov, a raczej grach, które są ich dziełami, a które głównie tytułowane są dla płci pięknej. W teorii. W praktyce, bywa różnie. Próbuję ustalić odpowiedź na pytanie "Dlaczego dziewczyny grają w tego typu produkcje?".
    Jak w filmiku można usłyszeć (jest to audiolog, trwający 25 min.) są oni autorami trzech tytułów: Miss Fashion, Słodki Flirt i Cromimi. O co chodzi w grach, możecie posłuchać na nagraniu.


Dajcie znać co sądzicie o tej nietypowej formie.

Wśród gier skacze morth - Prince of Persia: Zapomniane Piaski

www.haszkod.pl

    Wyobraźcie sobie, że macie brata, Malika. Postanawiacie go odwiedzić, nie mieszkacie już razem, w związku z tym pewnie dawno się nie widzieliście. A jako że macie sposobność, wyruszacie do niego. Niestety to, co zastajecie na miejscu jest dla Was trochę zaskoczeniem - okazuje się, że królestwo Waszego brata jest pod oblężeniem wrogiej armii. Skąd my to znamy, co (Assassin's Creed: Brotherhood)? Przychodzi moment, w którym należałoby podjąć decyzję co zrobić, aby pozbyć się najeźdźców. I co robi Malik? Chce wykorzystać starożytną (starożytną, powtarzam) armię, aby to ona właśnie uratowała królestwo. Armię Salomona, warto może zaznaczyć. Oczekuje on, że będzie w stanie nimi władać i pozbędzie się dzięki temu nieprzyjaciół, którzy go najechali. Sądzi też, że wszystko skończy się dobrze. Ale my już wiemy, że tak nie będzie. Odpowiedzcie mi, proszę, na jedno pytanie - dlaczego ci ludzie w grach, główni bohaterowie albo poboczni niekiedy są tacy głupi? Czy naprawdę sądził, że starożytna siła, której nikt nie rozumie i nie wie jak działa podziała? Miałby być wyjątkiem, który magicznie potrafi wszystko opanować, co? A co on, niby? Bóg? Role się mu chyba pomyliły. Tak, oczywiście, nie powiodło się. Nie był w stanie kontrolować przybyłych kościotrupów (a to ci zaskoczenie...), co więcej, nie są one takimi zwykłymi nieżyjącymi kosteczkami-wojownikami. To by było za proste. Ubisoft postanowił trochę nas wpakować w kłopoty i owe nieżyjące bydlątka zmieniają wszystkie żyjące istoty w posągi z piasku. Co więcej, mnożą się jak króliki - każdy piasek rodzi ich coraz więcej. Powstają jakby z piasku. A przypominam, że rzecz się dzieje w Persji. Piasek. Pustynie. Kojarzycie, nie? Zgadnijcie, jak bardzo będziemy mieli przewalone pod każdym względem?
    I gdzie w tym zadanie dla nas? To my, jako Książę oczywiście, ratujemy królestwo brata (ale będzie miał u nas dług!) i powstrzymujemy armię nieumarłych kościotrupów. Ale nie jesteśmy w tym sami. Pomaga nam Razia, Dżinn. Całkiem przystojna kobieta!

    Prince of Persia: Zapomniane Piaski (Forgotten Sands) to produkcja od Ubisoftu, czego można się już było domyślić. Nie jedyna, o której będę się rozwodził na łamach tego bloga. Co więcej, przygodowa i akcji, więc takie klimaty morth lubi. No, z dużą, naprawdę ogromną domieszką zręcznościówki. Jak ktoś nie lubi takich klimatów, to z Księciem Persji może nie żyć mu się najlepiej. Gra wydana na platformę Microsoft Windows 12 czerwca 2010 roku.
    Jest to interquel, czyli część pomiędzy Piaskami Czasu a Duszą Wojownika (z czego w tę drugą część, tj. Duszę nie grałem w ogóle).
    O czym jest? Już raczej wszystko zostało powiedziane. To teraz przejdźmy do tego, co ujęło mnie, gdy grałem za pierwszym razem. Przyznaję, że nie przechodziłem sam w pełni gry. Akurat byłem u I., kupił Prince of Persia, a wiedząc, że jest tam dużo zręcznościówki postanowiliśmy grać wspólnie - zawsze to większy fun, co dwie głowy to nie jedna. Spędziliśmy fajnie czas nad Księciem i nie żałuję tego. Niestety znając mojego pecha gdy była moja kolej trafiałem na same zręcznościowe motywy i to takie piekielne trudne (graliśmy, zmieniając się, gdy zmieniała się lokacja). Dało się wypracować system. Zwykle gdy wchodzi się w nową lokację trzeba przedostać się na drugą stronę, na przykład albo rozwiązać jakąś zagadkę. Tak czy inaczej, bardzo podobała mi się grafika. Na naprawdę wysokim poziomie, wizualnie wszystko ładnie wygląda. Bardzo łatwo wczuć się w tę historię.
www.polygamia.pl
Najbardziej kłopotliwe, upierdliwe i denerwujące mnie motywy.
Jak dostajemy umiejętność wody, to jesteśmy w dupie.
    Co istotne, w Zapomnianych Piaskach istnieje system rozwijania postaci. Pomijając umiejętności, które dostajemy tak, czy inaczej, ponieważ są one potrzebne do pociągnięcia dalej rozgrywki (na przykład cofanie czasu albo zamienianie wody w ciało stałe) decydujemy o tym, czy i jakie chcemy dodatkowe zdolności. Tarcza? Nie ma sprawy. Więcej życia i energii, którą zużywamy na umiejętności podstawowe, które dostajemy wraz z rozwojem fabuły? Nie widzę problemu. Nowe zdolności lub rozwijanie tych, które dostaliśmy od dżina Razi? Trochę ich tam jest. Oczywiście, jak to w rozwoju postaci bywa nie da się odblokować wszystkiego, wobec tego trzeba myśleć przyszłościowo. Ewentualnie możemy przejść grę kilka razy z różnymi mocami dodatkowymi.

    Sporym minusem są zdarzające się, upierdliwe bugi. Mnie się zdarzył jeden z takich, które nie dają mi skutecznie grać. Znikają mi kolumny i cały świat, zostaje tylko szare otoczenie. Jakby nagle niczego nie było. Oczywiście kończy się to skokiem w przepaść i śmiercią. Bywa. Nie ma ich jednak tak wiele, co jest niewątpliwym plusem. Przynajmniej ja się z takowymi nie spotkałem.

    Gra bardzo klimatyczna. Może nawet jedna z bardziej, jakie zdarzyło mi się mieć w rękach, a są w miarę nowe. W końcu ta produkcja ma tylko cztery lata. Dalej potrafi wciągnąć i zachwycić. Co prawda niekiedy nadrzędna zasada Księcia "Po co drzwiami, można ścianą" czasem doprowadzić może do szewskiej pasji, dlaczego nasz bohater jest tak pogrzany, to jednak ma to swój urok. Z pewnością nie powinniście się nudzić.

8/10
 
   Jeśli ktoś byłby chętny do kupienia w naprawdę okazyjnej cenie, to mam dla Was kilka propozycji. Pierwsza z nich, to wersja kolekcjonerska, w skład której wchodzi gra, trzy litografie, oryginalna ścieżka dźwiękowa z filmu (a zacna była), płytę z unikalną galerią grafik, zwiastunami, ekskluzywnymi tapetami na pulpit i wygaszaczami ekranu, kupon, a także bonusową zawartość gry. Koszt tego smakołyku to około 30 zł. Druga z propozycji to sama gra w wersji pudełkowej - taka przyjemność to koszt rzędu około 10 zł. Ostatnia z propozycji dla Was to sama gra w wersji cyfrowej - około 5 zł. Zapraszam serdecznie.

Wśród gier skacze morth - Minecraft

    Chyba lubię pisać o tytułach, o których głośno i nie zawsze są przedstawiane w superlatywach. Ponownie biorę się za taki tytuł, który ma wielu zwolenników i równie dużo przeciwników, chociaż powody, dla których tak jest są z goła inne, niż w przypadku League of Legends. Tu nie odstrasza tabun flame'u i nieciekawych, niemiłych zachowań. To nie ten typ gry. Bo tu chodzi o Twoją inwencję twórczą i o Twoją wyobraźnie. Dlaczego więc Minecraft jest tak negatywnie odbierany?


deviantart.com

    Producentem i wydawcą jest Mojang AB. Inspiracją dla autora, Markusa Peterssona (Notcha) były takie tytuły jak: Infiniminer, Dwarf Fortress i Dungeon Keeper. Pierwsza wersja gry wydana została 17 maja 2009. Oficjalna premiera to jednak 18 listopad 2011. Właśnie dowiedziałem się, że jest Minecraft dla Androidów, trzeba poszukać! No, ale wracając...

    Jak już wspomniałem, gra tak naprawdę nie ma większych ograniczeń. Skupia się ona na naszej
minecraftgallery.com
kreatywności. Jeśli chcemy, możemy wznosić nietypowe, potężne budowle lub te mniejsze także. Odtwarzać całe cywilizacje, zmieniać świat jak tylko nam się podoba, zwiedzać nowe obszary, walczyć z potworami, odnajdywać zapomniane kopalnie lub świątynie, walczyć gracz vs gracz (pvp) i wiele, wiele innych. Tylko my jesteśmy swoimi własnymi ograniczeniami. Dlaczego więc tak wiele negatywnych opinii ma ta gra? Grafika. Sądzę, że to główny powód, dla którego ta produkcja jest gnębiona. Aby uzyskać tak wielki świat (około 36 mln lub mld klocków wzdłuż i wszerz) grafika nie jest być może zachwycająca. To klocki. Są jednak mody, które ten wygląd znacznie nam upiększają. Ale co jeszcze? Cóż, gra nie ma tak naprawdę końca. Więc gdy skończą nam się pomysły, kończy się fun. A ludzie, którzy tych pomysłów nie mają w ogóle, nie odnajdą się w produkcji, która na wyobraźni bazuje. No i nie każdego kręci budowanie, przyznajmy sobie szczerze.
    Jest wersja płatna i darmowa. Oczywiście darmowa jest bardzo ograniczona i tak naprawdę dla mnie nie gwarantowała żadnego funu. Płatna (około 80zł) zawiera kilka trybów:
  • creative - skupia się głównie na budowaniu. Dysponujemy nieograniczoną ilością prawie wszystkich materiałów, przez co posiadamy wielką swobodę we wznoszeniu różnych budowli albo przemierzaniu dużych obszarów (możemy latać!). Jesteśmy praktycznie nieśmiertelni.
  • survival - gracz samodzielnie musi zdobywać wszelkie materiały, które pozwalają na budowlę i przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Występuje pasek życia, głodu i doświadczenia. Walczymy z potworami (prócz gry na poziomie pokojowym, gdzie potwory zwyczajnie nie występują na naszym świecie, a więc nie mogą nas zaatakować). Jeśli gramy na multiplayer, mamy możliwość zabijania innych graczy.
  • hardcore - przebieg rozgrywki jest identyczny jak w survivalu. Jedyna różnica to taka, że poziom jest po prostu dużo trudniejszy. Jeśli umrzemy, nie możemy się wskrzesić w tzw. punkcie spawnu, nasza gra po prostu się kończy i jedyną możliwością, jaką dysponujemy to usunięcie świata.
  • adventure - mamy nieograniczoną możliwość niszczenia i ustawiania bloków; mamy także możliwość używania programowalnych (?) dzwigni, przycisków i innych urządzeń (cokolwiek to znaczy, bo szczerze, to nie wiem).
  • spectator - jesteśmy widzialni tylko dla graczy w tym trybie, możemy przenikać przez bloki.
    Dlaczego darmowa rozgrywka nie sprawia mi funu? Bo jedynym trybem, jakim dysponujemy to Creative i to stosunkowo ubogi w dodatku. Czy ta gra ma koniec? Symboliczny. Gdy zabijemy Smoka Kresu w teorii, pokazuje się wówczas animacja i smok umiera. A my, po zabiciu wracamy portalem na spawn i... możemy kontynuować naszą rozgrywkę jakby nigdy nic.
    Co jest bardzo ciekawe i fajne, tak sądzę, to fakt, że ten tytuł jest niezależną grą, być może nawet pierwszą tego rodzaju, która sprzedała się tak dobrze (wg danych z lutego 2014 sprzedano 35 mln kopii gry).

    Dosyć suchych faktów. Byłem kiedyś taką osobą, która widząc tę grę myślała, że jestem ponadto. Ponad tę marną produkcję, ponad piksele. Co się zmieniło? Koleżanka ciągle o tym mówiła, twierdziła, że to takie fajne. Ponieważ to był właśnie okres, gdy stwierdziłem, że czas się trochę zmienić i być bardziej otwartym na propozycje ludzi, mój mózg ubzdurał sobie, że to dobry pomysł, ściągnąć demo i spróbować. Widziałem wcześniej tę grę na Youtube, więc miałem jakąś tam świadomość czego się spodziewać. Nie stuprocentową. W ciągu pięciu pierwszych dni umarłem cztery lub pięć razy. Noc mnie zastała, a ja bez kącika. Zle się to skończyło, dla mnie głównie. Na szczęście nie miałem żadnych prestiżowych itemów, więc nie było szkoda. No i cały czas byłem na swoim spawnie. Przez długi okres bałem się zejść pod ziemię (i jeśli mam być szczery, dalej trochę mnie to stresuje; muszę albo przejść wtedy na tryb pokojowy, albo włączyć sobie jakąś muzykę i zacząć nucić), więc był problem z surowcami. Co gorsze, gra mnie powoli, ale systematycznie wciągała. A to ściąć jeszcze jedno drzewko, a to zabić zombie, a to znalezc ten lub inny biom (dżunglo, znajdę Cię kiedyś!), a to przydałoby się zrobić farmę, a to może coś zbudujemy na wodzie, a może most, a trzeba by zbudować jakąś przechowalnie, metro, stacje metra, dojście do wioski, odnaleźć twierdzę... Ciągnęło się. I ciągnie się nadal.
    Przyznaję, nie gram w chwili obecnej na wersji pełnoprawnej. Na razie mnie nie stać, ale sam fakt, że o tym rozmyślam mnie przeraża. Chciałbym spróbować na jakimś serwerze multiplayer, bo to z pewnością dużo większy fun. I myślę, ze dojdzie i do tego. 
    Co jest fajne w tej grze? Jeśli chcę, to gwarantuję sobie pełen wrażeń maraton po jaskiniach i wydobywam surowce. Gdy najdzie mnie ochota, wyruszam na poszukiwanie nowych terenów. A innym razem mogę wybudować coś ciekawego. To zależy ode mnie, jaki obiorę sobie w tej chwili cel. I sądzę, że dla ludzi kreatywnych to raj na ziemi. Z ciekawości wpiszcie sobie "minecraft" w Google i włączcie grafikę. Niektóre projekty zwalają z nóg i podziw rośnie o milion. Naprawdę, kreatywność wcale nie umarła, przeniosła się tylko na inny poziom.
Slamacow - to przykład naprawdę świetnej kreatywności w postaci krótkich animacji. Wizualnie wyglądają naprawdę genialne i tak, one na serio są z tej właśnie gry. Robi wrażenie, co?

    Chciałem w tym momencie podzielić się kilkoma screenami z swojego save'a, ale okazało się, że ostatnio wybrałem się na wyprawę i jestem kilka tysięcy klocków od swojego domu i miejsca, które rozbudowuję, wobec tego niestety, ale pozostaje mi nakarmić Was tworami wyobraźni innych ludzi. Niemniej jednak co ciekawsze rzeczy na pewno pojawią się na Facebook'u jako uzupełnienie.
gry.wp.pl (klik by przejść do artykułu)

    Z bólem dupy daję:
9/10
I nie śmiej się, Ruda!
Bo jeśli przymkniecie prawe i lewe oko, zapomnicie, że to piksele omójborze, to jest szansa, że klocki Was wciągną. Nie żartuję.
KUPNO MINECRAFTA - klik. Znalazłem miejsce, w którym płaci się 80 zł, a nie jak w większości miejsc ponad 90 zł. 
© Agata | WS | x x.