Ostatnio podjąłem kurację przeciwko łupieżu zaleconą przez dermatologa. Jest to trochę temat tabu, sam odczuwam to bardzo mocno - to wstydliwa przypadłość, która może przytrafić się każdemu z nas. Szczególnie apel do młodych osób - jeśli jesteś osobą dojrzewającą i masz problemy z łupieżem, nie wstydź się tego. Szczególnie w tym okresie jesteśmy narażeni na tego typu zmiany skórne, hormony mogą zrobić bardzo wiele dziwnych rzeczy. Jeśli szampony przeciwłupieżowe nie sprawdzają się, po prostu idź do dermatologa - nie przeciągaj tego tak długo, jak ja to zrobiłem.
Pierwszy raz łupież pojawił się, gdy miałem coś około jedenastu lat. Nie wiem z jakiego powodu, być może właśnie zaczęły działać hormony. Od tego czasu znikał on i pojawiał się wielokrotnie - nie jestem w stanie tego wszystkiego zliczyć. Krótko mówiąc, uprzykrza mi życie bardzo skutecznie i dotychczas byłem skazany na używanie tylko i wyłącznie szamponów przeciwłupieżowych, a z czasem zwykły Syoss, czy inne takie - nie działały. Musiałem sięgać tylko po Nizoral i tego typu ciężkie artylerie. Znudziło mnie to. Zdecydowałem, że nie mogę wiecznie uciekać w coraz to nowsze szampony przeciwłupieżowe - po pierwsze, to droga sprawa, a po drugie, w końcu mi się skończą i co ja wtedy zrobię. Zdecydowałem więc, że najwyższy czas, aby zainteresował się tym dermatolog. Jeśli ktokolwiek pyta mnie po co była mi ta wizyta odpowiadam szczerze.Pamiętam ile wstydu niegdyś najadłem się, gdy mając dość ciemne naturalne włosy widać było białe ślady łuszczącego się naskórka. Byłem takim typem człowieka, który gdy sam zauważał coś podobnego u kogoś - nie komentował. Nie chciałem, by było komuś niemiło. Niestety rówieśnicy nie wykazywali się podobną empatią. Byłem młody i brakowało mi doświadczenia, a także pewności siebie, aby wstać i powiedzieć "Tak, mam łupież. On też ma, jego nie wyzywasz. Leczę to, co mam Ci jeszcze powiedzieć? Hormony robią swoje". Teraz nie miałbym z tym problemu, ale jak człowiek jest młody - to zupełnie inna rzecz. Nauczyłem się jednak jednej, bardzo ważnej rzeczy, która być może zdefiniuje Twoje życie - nie rób sobie tematów tabu. Jeśli jesteś chory na łuszczycę, czy nawet ten głupi łupież - mów o tym otwarcie, jeśli ktoś Cię zaczepi albo nawet gdy nikt nic nie powie. Po prostu mów o tym swoim przyjaciołom, czy znajomym, jakby to była zupełnie normalna rzecz. Po drugie, zrozum, że to jest normalna rzecz. Łuszczyca to choroba, łupież w pewien sposób - także. To że jesteś cukrzykiem to też kwestia niezależna od Ciebie. Nie ma się czego wstydzić. Taki jesteś, to część Ciebie. Sami robimy sobie tematy tabu i jasne, nie jest to estetyczne, gdy z Twoich włosów sypie się śnieg - nie namawiam do tego, aby nic z tym nie robić "bo taki jesteś". Po prostu czuj się komfortowo z swoją przypadłością, którą leczysz. Sam poczułem się lepiej, gdy tak po prostu powiedziałem znajomym "W końcu zacząłem kurację na ten nieszczęsny łupież, mam nadzieję, że się go pozbędę. Minusem jej jest to, że ten specyfik sprawia niesamowity śnieg, ten naskórek się strasznie łuszczy. Ale przeżyję to, o ile po wszystkim w końcu będzie dobrze!".
Nawet nie wiecie jakie ciśnienie od razu ze mnie zeszło. Jasne, mogło nie być to komfortowe - w końcu byłem otwarty i jasno przyznałem, że mam z tym problem, niestety. Ale nie otrzymałem negatywnej reakcji, a i ja potraktowałem to naturalnie, bez spięcia, bez takiego cichego "bardzo się tego wstydzę". Nie żałuję.
Tak, mam łupież. I tak, leczę go. Czeka mnie czterotygodniowa terapia, którą zacząłem wczorajszego popołudnia. Jakie będą tego efekty, zobaczymy. Nie ma co się wstydzić łupieżu. Tak się zdarza i tyle.
W przeciągu ostatniego roku sporo moich koleżanek z czasów podstawówki lub/i gimnazjum zaszły w ciążę. Łatwo się domyślić, że wszystkie z nich są bardzo młode, ledwie dwudziestka na karku. Z pewnością dla większości w obecnych czasach nie jest to dobry moment na dzieci.
Trzy z nich, o których się dowiedziałem są albo były w ciąży. Jedna już urodziła. Zastanawiam się, co kieruje ludźmi, którzy uprawiają seks bez zabezpieczenia...
Z żadną obecnie nie mam kontaktu. Zniknął on, siłą rzeczy, każdy z nas odszedł w swoje drogi, zmieniliśmy się przez wzgląd na różne doświadczenia. Jedna z nich studiowała matematykę w Warszawie. Ponoć ciąża to wpadka, a ponieważ rodzice koleżanki nie chcieli nieślubnego wnuka - wyszła też za mąż. Dwadzieścia lat, małżeństwo i niemowlę.
Kolejna podobnie. Poszła do ślubu, a trzy-cztery miesiące później urodziła syna. Trzecia z nich jest w szóstym miesiącu.
Piszę o tym, bo dla mnie to coś... czy ja wiem, strasznego? Być może brzmi to fatalnie dla osób postronnych, ale pomijając moją awersję do dzieci, dwadzieścia lat i niemowlak to dużo za wcześnie. Ja wiem, moja babcia pytała mnie kilkakrotnie kiedy w końcu się ożenię, spłodzę syna i córkę, takie różne. Tylko że wtedy było inne wychowanie, inne czasy. Wiadomo, starsi ludzie żyją przeszłością, trochę. Ale osoby młode?
Co taki człowiek, który uprawia seks bez zabezpieczeń w postaci tabletek, prezerwatyw, sprężynek i innych wynalazków musi mieć w głowie? Żadna z nich nie chciała mieć tak prędko potomka. Żadną z nich na to nie stać w chwili obecnej. Każda natomiast musiała zrobić przerwę w swojej edukacji lub rzucić ją na kilka lat.
Może mnie łatwo mówić, bo w ciążę nie zajdę. Albo dlatego, że nie uprawiam po prostu seksu. Niemniej jednak chyba bym się postrzelił, gdyby okazało się, że moja dziewczyna byłaby w ciąży. Czysto hipotetycznie spekuluję, bo oczywiście nie posiadam lubej, ani nic takiego.
Po prostu trochę mi się to nie mieści w głowie. Może dlatego, że ogólnie nie chcę mieć dzieci. Och, ja wiem, wszyscy w tym momencie potakują z politowaniem i stwierdzają, że jak przyjdzie pewien czas, to będę chciał. Nie wykluczam, ale nie zamierzam posiadać potomka. Lub potomkini. Po pierwsze, nie mogę mieć swoich, biologicznych, a po drugie, niech mnie szlag, nie byłbym dobrym ojcem. A po co krzywdzić tym kogoś niewinnego?
Przez wiele lat sądziłem, że marzenia to takie coś, co zawsze nimi pozostanie. Wiele lat temu, gdy byłem dużo młodszy uwielbiałem śpiewać (co zresztą zostało mi po dziś dzień). Ówcześnie moim wielkim marzeniem i pragnieniem było występować przed ludźmi. Śpiewać, być wokalistą, najlepiej zespołu rockowego. Kiedy jako dziewięcio-dziesięciolatek mówiłem takie rzeczy dorosłym ("Chcę być piosenkarzem") zawsze widziałem pobłażliwy uśmiech i stwierdzenie, że to nie jest możliwe. Nie rozumiałem, dlaczego? Bo dlaczego miałoby być to niemożliwe? Z biegiem czasu nauczyłem się, że ludzie powiedzą tak na wszystko.
W chwili obecnej priorytety się zmieniły. Nie śpiewam na tyle dobrze, aby mieć swój zespół, poza tym występy przed ludźmi strasznie mnie peszą i chyba nie potrafiłbym śpiewać przed tłumem. Zapomniałbym prędzej słów. Niemniej jednak słyszę to dalej, odnośnie moich planów. Widzę po raz kolejny pobłażliwy uśmiech. Zupełnie, jakbym marzył o rzeczach niemożliwych, jak dostanie się do jądra Ziemi, pływanie w lawie i życie jednocześnie albo coś w tym rodzaju.
Bardzo długo uczyłem się, że jeśli coś chcę, to mogę to osiągnąć. Mając kilkanaście lat słyszałem często taką sentencję myślową "Jeśli w coś wierzysz, to dostaniesz to" albo "Uważaj czego pragniesz, bo może się to spełnić". Sądziłem, że wobec tego wystarczy tylko wierzyć lub pragnąć i wtedy dostaniemy to, tak po prostu. Bo przecież wierzę i pragnę. Sporo czasu upłynęło, nim zrozumiałem, że to nie wystarczy. Nikt nie przyjdzie do mnie i nie powie, że daje mi moje pragnienia i marzenia na tacy, tak za darmo. Nie doceniłbym tego, to przede wszystkim, a poza tym - za darmo można dostać tylko w pysk.
Wspomniałem wcześniej o rzeczach niemożliwych. Czy istnieją takie? Przytoczone przeze mnie wyżej przykłady mogą sugerować, że tak, istnieją takie. Na przykład właśnie pływanie w lawie nago i przeżycie tego. Albo bieganie po Słońcu nago. Fruwanie w kosmosie bez skafandra. Ale jeżeli mówimy o czymś niemożliwym, zwykle nie mamy tak radykalnych rzeczy na myśli. Niemożliwe jest to, żebym dostał pracę w Białymstoku - na przykład. Czasem przychodzi mi to do głowy, bo nachodzi mnie frustracja w związku z nieudanymi poszukiwaniami. Ale to nie oznacza, że to faktycznie nie jest możliwe.
Ludzie bardzo lubią sprowadzać coś do niemożliwości, jeśli dostanie upragnionej rzeczy jest trudne. Być może za trudne, aby zdobyć to w tej chwili. Czasem trzeba nabyć pewnych umiejętności albo pewności siebie. Być gotowym na kroki, które być może trzeba będzie podjąć. Cały trud realizowania pragnień nie oznacza, że cel jest niemożliwy do osiągnięcia.
Każdy z nas ma marzenia, pragnienia, cele. Nie pozwólmy, aby cokolwiek sprawiło, że będziemy myśleć o tym, jak o niezdobytej twierdzy albo wyspie, na którą nie możemy się dostać. Wszystko zaczyna się w głowie.
Niejednokrotnie spotkaliście się z sytuacją, w której gra miała dopisek "F2P". Oznacza to ni mniej, ni więcej a właśnie "Free-to-play", czyli "darmowy by grać" w wolnym tłumaczeniu. Najczęściej spotkać to określenie możemy przy okazji różnego rodzaju MMO, MMORPG, MOBA itd. - gier, które wymagają od nas współpracy z innymi graczami.
Z powodu niezrozumienia co oznacza "Free-to-play" ludzie często narzekają, że w tego rodzaju rozrywce są mini płatności, które sprawiają, że nasza rozgrywka jest pełniejsza, lepsza. Skąd takie negatywne wrażenie? Przecież sama idea F2P to właśnie mikrotransakcje. Na tym opiera się tego rodzaju model płatności - tak, jest to model płatności, który występuje w grach komputerowych i nie wymaga płacenia abonamentu, wykupienia go.
Każdy taki dodatek, bonus, który możemy sobie wykupić w grach tego typu jest opcjonalny - możemy go posiadać, ale nie musimy. Jeśli obejdziemy się bez tego, nie zablokujemy sobie możliwości rozwijania postaci (w większości przypadków, bo jak wiadomo, od każdej reguły jest wyjątek). Co może być tego typu usprawnieniem, bonusem? Na przykład przyspieszenie zdobywania doświadczenia lub specjalnych punktów, za które możemy wykupić sobie postaci (na przykład League of Legends), dodatkowe elementy rozgrywki, np. czołgi (World of Tanks) albo nieograniczone korzystanie z dobrodziejstw gry (Aion). Do tego typu niepotrzebnych z punktu widzenia rozgrywki zaliczają się także ubiór postaci, maskotka, zwierzątko, wierzchowiec; zmiana koloru włosów, oczu lub budowy ciała albo płci, meble do domku itd.
Skąd więc wynika to nieporozumienie, w trakcie którego bardzo wiele graczy czuje oburzenie, kiedy gra utrudnia nam cieszenie się każdym jej walorem w postaci, na przykład, blokowania pewnych czynności, jak korzystanie z domu handlowego albo czatu światowego (jak w przypadku Aiona)? Myślę, że wynika to z prostej przyczyny - "free" w samej nazwie mylnie sugeruje nam, że nie będziemy musieli zupełnie niczego płacić, a dostaniemy wszystko jak na tacy. Zwykle w tego rodzaju grach prędzej czy później będziemy zmuszeni (a raczej przekonani przez korzyści z tego płynące) do wykupienia czegoś ze sklepiku gry, co ułatwi nam życie i przetrwanie.
Zdarza się, że Free-to-play zmienia się w Pay-to-win (P2W). Niektóre gry F2P pozwalają płacić za dodatkowe, niezbędne przedmioty lub funkcje, które dają ogromną przewagę nad graczami, którzy nie zwykli wydawać pieniędzy na tego typu kwestie. Stąd też nazwa "płać by wygrać". Jeśli mam być szczery, po przygodach z Runes of Magic nie jestem fanem tego typu płatności.
Ten system płatności ma swoich zwolenników i przeciwników. Jak wszystko. Niektórzy irytują się, że w Aionie Złoty Pakiet to w pewnym momencie nie tyle niezbędnik, co... nie, poczekajcie, jednak niezbędnik. Da się grać bez tego, oczywiście. I da się to obchodzić w jakimś tam stopniu, dawać sobie radę bez tego ogromnego ułatwienia i ukazania każdego, możliwego aspektu gry. Ale to utrudnianie samemu sobie życia. Mnie osobiście taka forma F2P irytuje. Z kolei ta przedstawiona w League of Legends nie drażni mnie tak bardzo - być może dlatego, że za walutę, którą możemy kupić za złotówki dostajemy w zamian głównie kosmetyczne rzeczy, typu nowe skórki (czyli wyglądy) naszych postaci lub wardów (inaczej totemu, który daje nam wizję na określonym terenie), dopalacze doświadczenia albo punktów zasług. Nie jest to niezbędne, jeżeli nie będziemy mieli tych upiększaczy to nic się złego nie wydarzy. Nie zablokuje nam to możliwości doskonalenia siebie i swojej gry w LoL'a, cały czas mamy szansę zdobyć niezbędne strony do run i wysoką dywizję pomimo tego, iż nie wydamy na grę ani złotówki. Jest to wygodne rozwiązanie, bo to my sami decydujemy, czy zakupimy RP, czy też nie. Nic i nikt na nas nie wymusza tego. Czujemy się więc wolni - a lubimy się tak czuć, przyznajmy sobie szczerze.
Czasem jednak, jeśli chcemy pograć w dany tytuł musimy schować swoje przekonania w kieszeń i przystosować się do realiów. Na całe szczęście w przypadku wielu tytułów nie musimy inwestować od razu w jakieś ulepszenia, typ wspomniany już Złoty Pakiet z Aiona. Możemy grać i to my decydujemy w jakim momencie zakupimy sobie tego typu ułatwienie. W przypadku wyżej wymienionego przeze mnie tytułu stosunkowo późno kupiłem pierwszy Gold Pack. Nie byłem przekonany do gry, wobec czego nie widziałem powodu, dla którego miałbym zakupić coś i wydać pieniądze od razu. Szczególnie, że istniała duża szansa na szybkie opuszczenie gry.
Cieszmy się tego typu rozwiązaniami i nie mówmy już więcej, że denerwują nas mikro płatności w Free-to-play, bo na tym właśnie polega ten system. To go utrzymuje i sprawia, że dana gra funkcjonuje. Pomyślcie, czy wolicie comiesięczny abonament, jak w przypadku World of Warcraft plus zakupy w sklepiku gry, czy jednak bardziej odpowiada Wam forma zapłaty za poszczególne usługi wtedy, kiedy to Wy się na to decydujecie.
Ostatnio jakoś więcej jest prywaty, aniżeli materiałów poświęconych grom komputerowym i filmom. Tak wyszło.
Wiecie, jest tak dziwnie w tym świecie. Poznajesz kogoś. Zupełnie nowego dla Ciebie, interesującego z pozoru. Piszecie, z czasem coraz dłużej - dochodzi do tego, że rozmawiasz z nią/nim cały dzień i nawet nie zauważasz mijającego czasu. Macie wspólne tematy, okazuje się, że lubicie podobne rzeczy, a nawet dania. Myślisz sobie, że cholera, to przeznaczenie, musiałem poznać tego kogoś. I nagle coś sprawia, iż zmieniasz diametralnie zdanie. Co to było w moim przypadku?
Przy okazji opowiastki o moich perypetiach w podróży wspominałem o pewnym forum RPG. Pewnego dnia pojawił się tam człowiek, który wykreował sobie dosyć interesującą postać. Stwierdziłem więc, że mogę napisać i zapytać, czy chciałby poprowadzić ze mną jakąś fabułę. Zgodził się, poprosił mnie o numer gadu-gadu, jako że nasza konwersacja nieco się rozwinęła. Zaczęliśmy pisać. Od słowa do słowa okazało się, że mam do czynienia z dwudziestoośmioletnim mężczyzną. Najdziwniejsze było to, że naprawdę cudownie mi się z nim rozmawiało. Nie czułem się zirytowany lub zmęczony. To trochę tak, jak wtedy, gdy poznawałem Igora - on także należał do tych nielicznych, którzy nie wkurzali mnie samym tym, że istnieją.
Nie ukrywam, facet mnie podrywał. Jak się z tym czułem? Szczerze mówiąc i dziwnie, i miło. Wiecie, od ponad roku nie jestem z I. To trochę czasu. Sam nawet nie pamiętam, kiedy to ktoś ze mną chciał flirtować a nie ja z nim. Przyjemnie było być adorowanym. Uwodzonym. Niestety należę do tych niedoświadczonych, w zasadzie. Tanie, trochę słabe teksty podziałały na mnie bardziej, niż bym się mógł spodziewać. Coś typu "Masz piękne oczy, inteligentne poczucie humoru, zabawny" itd. Wstyd się przyznać, ale podziałało. Czułem, jak ktoś jest mną zainteresowany. Zaintrygowany. To było przyjemne.
Kontakt się urwał. Nowy kolega wyjechał służbowo i nie ma go ponad dwa tygodnie. Ponoć w trakcie telefon się zepsuł, a teraz siedzi w Gdańsku (czy wspomniałem, że nowy kolega mieszka w Berlinie?). Los chciał, że kilka dni temu pisze do mnie koleżanka, która zna go dużo dłużej, niż ja. Mówi, że pytał o mnie i był ciekaw, czy przyjadę. Nie mogłem, dostałem w tym czasie mandat na trzysta złotych za brak biletu autobusowego, wobec czego wszelkie ewentualne wyjazdy poszły się kochać (co do tej pory napawa mną nieszczęściem, ponieważ podczas związku z Igorem przyzwyczaiłem się, iż w każde wakacje jestem nad morzem; a ja kocham właśnie być tam, ten jod... czuję się po prostu cudownie w takich miejscach). No nic, na spotkanie dojechała inna koleżanka.
Od tej drugiej właśnie dowiedziałem się, że mój nowy kolega wspominał o wiadomościach, które ode mnie dostał w trakcie jego nieobecności. Nie ukrywam, nagłe zniknięcie i nie odzywanie się po dziś dzień uważam za absolutne zignorowanie mnie. To raczej przykre pod wieloma względami. W dodatku koleżanka, której stosunkowo ufam (bez przesady, ale jednak trochę na pewno) uważa, że było to raczej prześmiewcze. Nieco. No i zdecydowanie nie na miejscu mówienie o takich rzeczach w towarzystwie.
Cóż mogę powiedzieć? Lekki zawód. Chociaż to było podejrzane od samego początku, drobna nadzieja istniała, że być może przytrafił się ktoś, kto będzie chociaż dobrym kolegą albo przyjacielem. Niestety, najwidoczniej trafiłem na człowieka, który sprawdzał swoje umiejętności. Zabawił się w grę "Ciekawe, czy będę potrafił go wyrwać". No cóż. Przyznaję, udało mu się. Poniekąd. Niech ten zawód nauczy mnie czegoś przynajmniej. Proszę?
Obserwując starsze pokolenie w mojej rodzinie odnoszę wrażenie, że kiedyś dużo większą wagę przywiązywano do oddawaniu czci, pamiętaniu o zmarłych. Nie pamiętam żadnych imienin, nie obchodzę ich. Nie wiem nawet kiedy miała urodziny moja prababcia, babcia czy pradziadek, którzy umarli. Mieszkam też z dziadkiem, który zawsze, ale to zawsze odwiedza cmentarz. Każda niedziela, imieniny, urodziny, dzień matki, dziadka, babci, wszystko. Naprawdę. Ja nie odczuwam takiej chęci, potrzeby. To nie tak, że nie mam szacunku do przodków, których pamiętam, a którzy już nie są tutaj, ze mną. To chyba po prostu kwestia pokolenia. Mnie tego nie uczono, może mojego dziadka - tak.
Nigdy nad tym nie myślałem, ale przyszło mi to do głowy, gdy akurat słyszałem kawałek rozmowy dziadka. Kult cmentarny jest może też związany z tym, że im bliżej, niż mnie? Może to po prostu przychodzi z wiekiem?
Jestem zmęczony. Nie, nie życiem. I nie, nie zamierzam ze sobą skończyć. Jestem zmęczony tym, czego ludzie ode mnie oczekują. Ponad pół roku temu sam doszedłem do wniosku, że czas się zmienić. Swoje wartości, podejście do życia i ludzi. To była moja decyzja, chociaż wynikła ona ze względu na ciąg wydarzeń. Nie znoszę jednak tego, jak to się w chwili obecnej odbija na mnie. Dużo osób wie, że staram się być inny. Lepszy, dla siebie, dla świata, dla innych ludzi. Bez przesady, nie wchodzę wszystkim w dupę. Raczej chodzi o bycie dobrym dla bliskich mi ludzi, czego kiedyś mi brakowało. I co? Ha. No właśnie. Dlaczego zawsze moi znajomi mają jakieś wąty do mnie? Nie wszyscy, ale ta konkretna o której myślę - owszem. Za każdym razem jest coś, co jej nie odpowiada. I wiecie co? To mnie wkurwia. Ile można? Ile mogę wytrzymywać ciągłego "zmień to", "zmień tamto", "nie rób tak", "nie rób inaczej". Co ja, kurwa jestem? Człowiek idealny, tylko tu i teraz możesz ulepić sobie z plasteliny cudownego kumpla?
Napiszę raz, a wyraźnie: jeśli to jest Waszym celem, drodzy koledzy i koleżanki, to jebcie się. Nie będę się wiecznie zmieniał. Nie będę zmieniał każdej części tego, jaki jestem, bo Wam ta część właśnie nie odpowiada.
Kończę właśnie drugi semestr liceum ogólnokształcącego. Mam prawie dwadzieścia lat, a mojej grupie na zajęcia jestem gdzieś po środku wiekowo - ani nie najmłodszy, ale też i nie najstarszy. Po roku znajomości z tą garstką, która się została (z trzydziestu sześciu zadeklarowanych osób pozostało zaledwie dziewięć) umówiliśmy się na piwo. Ot, wyjść, porozmawiać, a także "zintegrować się".
Mając w środowisku trójkę osób, w tym dwie znacznie, które przewyższały mnie wiekiem i doświadczeniem stwierdziłem, że z pewnością nie spotka mnie tego typu nieprzyjemność, jaka miała miejsce. Nie lubię bowiem ludzi, którzy nie rozumieją prostych komunikatów. Być może jestem osobą interesującą, ciekawą - taką, którą chce się mieć przy sobie jak najdłużej. I nawet z jakiś względów może być to w porządku dla wszystkich. Niestety (albo stety) jestem też osobą asertywną, nie bojącą się mówić głośno "nie". I tak też było tym razem. Po kilku godzinach śmiania się i paru incydentach, w którym myślałem, że nasze najstarsze towarzystwo rozszarpie się na kawałki przyszedł czas, gdy robiło się chłodno i mało przyjemnie. Padł pomysł, aby pojechać do jednego z nich, wypić jeszcze kilka piw, zjeść pizzę i posiedzieć, dalej radośnie konwersując. Minęło już jednak kilka godzin i nawet nie planowałem, że będę tak długo na tym spotkaniu, wobec tego ja i kilka innych osób grzecznie stwierdziło, że my sobie pójdziemy do domu. I teraz, tak, gdy mówię "nie" oznacza to "nie". Nie zawsze tak było i nie we wszystkim, ale od jakiegoś czasu staram się nie rzucać słów na wiatr.
Nie twierdzę, że nie ma ludzi, których to "nie" nie dotyczy i z którymi mogę przebywać długi okres czasu bez żadnego dyskomfortu. Są tacy, jest ich niewielu, ale istnieją. Znajomi z grupy, z całym szacunkiem, ale do nich nie należą z kilku względów, o których mówić nie ma sensu.
Krótko mówiąc - jeśli ktoś chce się "wbić innej osobie na chatę" to w porządku, szanuję. Ale słowa od dorosłych ludzi, mających żony i dzieci, będących po trzydziestce, że to niekulturalnie powiedzieć po prostu "nie"... Ręce mi opadły, bo większa część tych młodszych z nas nie uroniła choćby słowa tego typu. Nie próbujcie mi wmawiać, że coś co jest jasne, klarowne i z taktem jest nie na miejscu i niegrzeczne dla ogółu, bo tak wcale nie jest. Nie mam pięćdziesięciu lat, ale też nie mam pięciu. Swój rozum posiadam i wykorzystuję go.
Podejrzewam, że sporo osób takich jak ja - nie oglądających Eurowizji od lat - słyszało o kimś takim jak Conchita Wurst. Dla tych, którzy jednak nie i mieli spokojne kilka tygodni, nie będąc zalewanym wiadomości różnych, wątpliwych niekiedy treści przez przeróżne portale, które o nim pisały i grupy na FB mogę w skrócie kilka słów napisać. Jest to mężczyzna (owszem), który przebiera się za kobietę. Drag queen, a to nie oznacza, że jest kobietą, nie ma penisa i ma cycki lub/i zmienia płeć. To oznacza, że taki mężczyzna czuje się dobrze jako mężczyzna, ale pewną formą rozrywki, może transwestytyzmu albo fetyszem, po prostu jest przebieranie się i upodabnianie (często aż do złudzenia) do kobiety. Gdy ktoś jest przebrany za kobietę to wówczas mówi jak ona i stara się zachowywać możliwie jak najbardziej kobieco. Polskim w miarę znanym odpowiednikiem był sobowtór Dody, Dżaga. Pamiętacie? To również był mężczyzna, świadomy swojej płci i seksualności (nawet przystojny w dodatku, jeśli ktoś preferuje takie typy), który przebierał się za kobietę i na tym zrobił małą karierę w show-biznesie. I Conchita Wurst to właśnie taka drag queen. Jego cechą, która czyni go rozpoznawalnym i zapamiętywanym przez innych to właśnie przebranie za naprawdę urodziwą kobietę i... broda. Sądzę, że to właśnie fakt, że posiadał zarost zrobił taki szum, aniżeli sam fakt, że facet jest drag queen. Wspomniany przeze mnie przykład, czyli Dżaga także w końcu nią był (albo jest, cicho o nim teraz), ale golił twarz. Nie robił więc aż takiego wrażenia, nawet przebrany za kobietę miał dużo bardziej męskie rysy twarzy. Thomas (czyli Conchita) charakteryzuje się bardziej delikatną budową ciała i urodą, chociaż widać jego męskie ramiona, na przykład.
Trochę poszperałem, zrobiłem mały research i wyczytałem, że Conchita Wurst to sposób na wyrażenie wołania o tolerancję i akceptację. Nie dość, że jest drag queen, to także gejem, w dodatku zamężnym od kilku lat. W związku z czym wszelaki flame na jego temat był potęgowany kilka dni temu jeszcze bardziej, bo cała jego osoba krzyczy tym, czego Polacy i być może większość Europy nie chce zaakceptować.
Do czego zmierzam? Niestety, ale głosy, które liczą się w Polsce - czyli na przykład parlamentarzyści (Adamek, którego kiedyś szanowałem za walki; dalej uważam, że zrobił dużo dla boksu, ale jego poglądy są - lekko mówiąc - spartańskie) i inni wysoko postawieni ludzie wyrażają niepochlebną opinię. I to mało powiedziane, bo słowa jakie w jego kierunku padały... Posłuchajcie. Wy, młodzi, którzy może mnie czytacie. Czy tego chcecie, czy nie jesteśmy w XXI w. Drag queen są od lat. Wielu, wielu lat. Niegdyś siedzieli cicho, stłamszeni przez środowisko. Wstydem było przyznanie się. Albo nie, nie wstydem. Niebezpieczeństwem. Za to i za wiele innych rzeczy mogli Was zabić. Taka prawda. Homoseksualizm nie jest też żadną nowością. Fakt, że zacierają się różnice płciowe (kobiety na przykład walczą o całkowite równouprawnienie, a to coś oznacza, drogie panie) i tak dalej. To jest normalne. Być może nie tak bardzo, jakbyście chcieli - że życie i wszyscy wokół są albo czarni, albo biali. Czy kiedykolwiek nasze życie było albo takie, albo inne? Zawsze jest trochę szarości. "Dziwoląg, leczyć ją/jego/ono, co to ma być, spalić tego pedała" - tak, nie żartuję. Takie teksty i wiele innych, podobnych można znaleźć na jego oficjalnych stronach, typu YT, FB, pod wszelkiego rodzaju materiałami z jego osobą. I teraz pytanie. Co jest z Wami, ludzie, nie tak? Dlaczego zachowujecie się, jakby drag queen, jakby gejów i lesbijek nie było? Są. Jest ich miliony. Nawet w Polsce, chociaż może to Was zdziwić. Żyją w szczęśliwych związkach, spełniają się. Wam nikt nie zabrania być sobą, więc dlaczego zakazujecie tego innym?
Lecą złe i negatywne opinie, ba, mało - obrazy. Grożenie śmiercią. A ktokolwiek słyszał jak ten facet śpiewa? Bo jak dla mnie odwalił kawał dobrej roboty. I tak, ta piosenka podobała mi się bardziej, niż Polska. I rosyjska też była bardzo fajna.
Ja nie piszę wszędzie, nie wygłaszam negatywnych opinii odnośnie Donatana i Cleo, a mógłbym. Tylko po co? Co by to zmieniło? Wystąpili. Jednym się to podobało, innym nie, ale te bóle dupy są naprawdę niepotrzebme. Tworzą tylko wokół siebie cyrk - oni, Donatan, niby "normalny", a nie Conchita. Dajcie ludziom żyć tak, jak chcą żyć. Wygrał on. Zasłużył, czy nie - kwestia sporna. Mnie się utwór podobał, więc wielkich problemów z tą decyzją nie mam.
Who cares? Kto przejmuje się Eurowizją, ludzie? No właśnie... Nikt. Ale jadaczki to się niektórym nie zamykają, chyba tylko dla zasady. Słusznie. To przecież takie mądre.
Posłuchajcie, jeśli chcecie. Zamknijcie oczy i powiedzcie, czy to naprawdę było aż takie badziewne. Bo aż tak, to myślę, że nie.
I tu, jako bonus, Rosja. Czyli pierwszy utwór, który mi się tak naprawdę bardzo spodobał.
Nigdy nie pisałem o polityce. Nie interesuję się nią. Być może czyni to ignoranta ze mnie, ale wolę nie zastanawiać się nad tym, co ludzie na wysokich stołkach, którzy mają władzę nad państwem wymyślają. Gdybym to robił, niechybnie stałbym się siwy bardzo szybko. Nie chodzę też na wybory. Pewnie zaraz się podniosą głosy, ale de facto - na kogo mam głosować? Kogo mam wybierać? Jeden drugiego warty, wszyscy to dziadki, którzy chcą się jak najwięcej najeść i na ogół najmniej narobić. Na ogół, bo są wyjątki.
www.wykop.pl
(klik by powiększyć)
Niemniej jednak to, co się dzieje na Ukrainie sprawiło, że zabieram głos. Nie spodziewajcie się politycznego eseju, bo go nie będzie. Chcę powiedzieć tylko i wyłącznie jedno - historia lubi się powtarzać. Być może wielu z Was zapomniało o tym małym szczególe z II Wojną Światową (ktoś długo bez obecności na historii w szkole i nieinteresujący się nią na co dzień). I żeby nie było, nie zmierzam do pełnych nienawiści słów. To ja jestem jedną z wielu osób, która mówi, by nie patrzeć na życie przez pryzmat historii, wyrzucić to, co starają się na siłę wbić nam do głowy. To, że Niemiec lub Rosjanin to nie oznacza, powtarzam, NIE OZNACZA, że ta osoba jest automatycznie zła (inna inszość, że definicja bycia złym obecnie jest różna).
Ludzie zapomnieli, że historia to co więcej, niż tylko wydarzenia, które miały miejsce. To doświadczenia, z których możemy czerpać wiadomości i mądrość.
"I co ma jedno do drugiego?" - ktoś mógłby zapytać. O ile mnie pamięć nie myli, po I Wojnie Światowej powstało coś takiego, jak Liga Narodów. Cele były podobne, jak teraz obecnie NATO - utrzymanie współpracy na świecie i braku konfliktów. Dlaczego, mając taką organizację, Hitler, Stalin, Mussolini nic sobie z tego nie robili? Bo Liga nie miała środków. Nie posiadała wojska, wpływów, pieniędzy. Nie mieli jak powstrzymać dyktatorów i ich wojsk. Oni byli świetnie przygotowani, mieli to, czego brakowało organizacji. I stąd II Wojna Światowa. Nikt nie mógł ich powstrzymać. To teraz zatrzymajmy się. Co mamy teraz? NATO. Czy mają wojska? I to lepsze, niż Rosja.
Ktoś się spyta "Dlaczego nikt nic nie robi z Rosjanami, skoro mamy środki?". Bo to tylko jeden kraj, póki co. Jasne, wiemy, że to się może rozwinąć bardzo źle dla nas wszystkich, ale póki co nie doszło do wymiany pocisków. Póki co są prowokacje. Sprytne, trzeba przyznać. Próba zrobienia tak, by to nie poszło na Rosję. Powiedzą, że sprowokowali, nie? A szczegóły nie są ważne. Jeśli w tym momencie wkroczyłoby NATO z całym swoim arsenałem na pewno rozpętałaby się wojna. Pytanie, czy to teraz to nie jest po prostu przeciąganie w czasie, jak to miało miejsce przed II WŚ? Niestety to możliwe i musimy być tego świadomi.
Nie spodziewałem się, że dożyję podobnych czasów, jeśli mam być szczery. Sądziłem, że dwie wojny światu wystarczą, po co więcej, no nie? Nie myślałem, że przyjdzie dzień, w którym będę się zastanawiał, czy rozpocznie się wojna i kiedy będzie miała ona miejsce. Niemniej jednak należałoby się do tego przygotować. Polska także, jako że jesteśmy bardzo blisko epicentrum - po to, byśmy nie zostali z ręką w nocniku jakby przyszło co do czego.
Dlatego nikt nic nie robi, a historia się powtarza. Ludzie niczego się nie nauczyli. Tylko że to polityka. Delikatne sprawy. Rzeczy, których ani ja, ani przeciętny Kowalski nie zrozumie.
Co ja o tym myślę? W mojej opinii niedługo wybuchnie wojna i lepiej, żeby każdy z nas miał plan B. Albo spieprzać z Polski, bo jesteśmy za blisko, ewentualnie iść walczyć. Co wybierzecie?
Recenzję gry (taką no wiecie, z tytułem, producentem, datami i moją opinią) planuję, niemniej jednak po ostatnim tygodniu naprawdę nieciekawych meczów przyszedł mi do głowy złoty pomysł na materiał, który właśnie zostanie Wam zaprezentowany. Planowałem trochę nietypową formę (jak na mnie) w postaci audiologu, ale czego bym nie próbował, to wychodzi jakoś kiepsko.
Jinx - postać, którą ostatnio bardzo polubiłem i gram nią bardzo często
http://magic666z.deviantart.com/art/Jinx-Facebook-Cover-by-M-gic-HAT-406354487
Gry multiplayer są bardzo specyficzne. Wymagają współpracy ludzi ze sobą. Pewne osoby muszą stanowić grupę na jakiś czas i wywiązać się z powierzonej im roli. Nie jest to wcale prostym zajęciem i to nie koniecznie ze względu na nas. Z niektórymi nie potrafimy się zgrać, wyczuć jaki będzie kolejny ruch... A niektórzy, zwyczajnie, są fatalni pod względem różnorakim i nie idzie się z takimi dogadać.
Ostatnimi czasy sporo gram w League of Legends. Większość z Was słyszała, tak sądzę - być może negatywne opinie. I teraz, z ciekawości poszukałem informacji - dlaczego? Ja też przed graniem w tę grę uważałem ją za dno. Dalej tak sądzę pod aspektem całej masy osób niewychowanych, a grających z ludźmi, ale to swoją drogą. Niemniej jednak - znowu. Twierdziłem coś, a nie spróbowałem nawet zainstalować tej gry. Dlaczego jest tak hejtowana? Najwięcej głosów się podnosi, że to ze względu na młodzież, która gra sobie w LoL'a i zamiast zachowywać się przyzwoicie, swoje niepowodzenia tuszuje wulgaryzmami i zachowanie się jak totalny debil. I to oni właśnie przenoszą taką, a nie inną opinię. Okazuje się, że LoL ma swoje plusy i minusy. Ja nie przepadam za rozgrywkami PvP, a tym właśnie niestety jest ta produkcja, niemniej jednak z biegiem czasu, gdy się trochę uodpornisz na wszechobecnych idiotów, idzie całkiem sympatycznie.
W ostatnich kilku dniach spotkałem kilkoro bardzo młodych, poniżej osiemnastego roku życia ludzi z Polski, którzy zachowywali się nie mniej, nie więcej, a właśnie jak całkowite buraki. Wiek znany mi jest dlatego, że w trakcie rozmowy z dumą oznajmiło kilkoro, cytuję: "Lol, nie mam 12 tylko 16 kurwo jebana". Tak, właśnie. I to nieważne, że niczym mu nie zawiniłem. Być może chciał wyrazić swoją frustrację z faktu, że niestety, ale na Aramie nie postanowiłem się z nim zamienić na postaci. Tak sądzę, przynajmniej, bo na początku pisał "Pls, pls, change with me", a potem poleciał "z grubej rury", wierząc najprawdopodobniej, że nikt go nie zrozumie, gdy będzie pisał w języku polskim.
Tak, wiem, te hormony, te emocje, to rozczarowanie itd., ale trochę kultury też się należy. Chociażby przez wzgląd na to, że gra się z ludźmi, którzy nie zachowują się w ten sposób, ba, mało, nie powiedzieli do niego NIC, co mógłby uznać za atak i odwdzięczyć się w ten sposób. Spędziłem więc mało upojne czterdzieści minut na czytaniu tego typu tekstów, kilka o mojej matce i tak dalej, po czym napisałem ładnego reporta na tego dzieciaka i dodałem go do listy ignorowanych. Tylko po co to?
Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że w League of Legends są ludzie z przeróżnych krajów i jeśli widzą kogoś z dopiskiem "PL", albo gdy kto pyta, czy jest ktoś z Polski to od razu zapala im się lampeczka "burak"? Naprawdę, wstydzę się przyznać, że jestem z tego kraju, skoro tyle naszych rodaków, osób bardzo młodych i mających tyle przed sobą - bycie burakiem też - robi takie rzeczy już w tym wieku. I żeby nie było, nie jesteśmy jedynym krajem, który w ten sposób się zachowuje, ale w ciągu całego tygodnia, gdy spotkałem około piętnaście takich osób, osiem było polakami. Serio? W ten sposób mają kojarzyć nasz kraj? Jako chamskich dupków, z którymi nie da się, po prostu się nie da nawet pograć?
Ale to nie tylko o polaczkowaniu i polaczkach. Kilka dni temu grałem mecz ze znajomymi i trafił się burak w przeciwnej drużynie, który sobie chciał 1v1, bo ktoś go zabił, czy inne durnoty. Jak tego nie dostał, to się zaczęło. Teksty o matce, o ojcu, o tym, żebyś umarł na raka i tak dalej. Ludzie, kurwa, co się z Wami dzieje? Co się dzieje z tym światem? Skąd ten jad? Po co to? To gra, czy ktoś o tym zapomniał? GRA.
Co to w ogóle jest, do cholery? Jak można na dzień dobry w pierwszych kilku minutach meczu mieć ogromne bóle dupy z powodu jakiegoś gracza z chorych przyczyn i wyżywać się na takiej osobie? Coś nie wyszło, to normalne. PvP na tym właśnie polega, czyż nie? Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, bo gramy przeciwko graczom, którzy nie są sztuczną inteligencją. Różne rzeczy się zdarzają, ale zamiast po skończonym meczu, albo w jego trakcie w sposób cywilizowany i spokojny zwrócić uwagę na kilka rzeczy, pomóc - nie, po co. Lepiej wyzwać od suk, kurw, stwierdzić, że matka jest dziwką i zadowolonym sobie pójść. To jest Wasz cel? Jeśli tak, to tego typu gry nie są dla Was. Omijajcie, proszę, multiplayer - wszystkie, żeby nie było - bo tylko psujecie atmosferę.
Wszędzie są buraki, żeby nie było, że tylko w LoL'u. Gram w World of Warcraft i jest podobnie. Tylko że tam takie rzeczy się tępi od razu, bo jestem na prywatnym, polskim serwerze. Łatwiej opanować cztery tysiące ludzi, niż kilkaset albo nawet miliony.
Zanim napiszecie coś durnego, albo wyślecie reporta "bo on mi nie dał tej postaci", pomyślcie. W multiplayer nie ma miejsca na takie fochy. Trzeba się zgrać, a żeby się zgrać trzeba spiąć dupę i czasem zamknąć jadaczkę, która pierdoli bez sensu.
Zaraz może spróbujecie powiedzieć "Jasne, morth, a sam pewnie wyzywasz, hipokryto". Otóż nie, nie wyzywam. Niejednokrotnie miałem ochotę, ale nie napisałem nic. Za to jak ktoś sobie pozwala na za dużo proszę, aby się uspokoił. Proszę. Jestem kulturalny, nie daję się sprowokować. Nieważne w jakim języku, staram się po prostu, aby nie było czegoś podobnego. Ale na litość boską, dlaczego trzeba uspokajać w ten sposób ludzi? Nie tylko Polaków, zaznaczam, ale w ciągu dwóch ostatnich dni to byli głównie Polacy.
Jeszcze bonusik: ostatnio gram Arama Soraką (głównie support). Po dwudziestym ksie (kradzieży killa) zwracam uwagę, żeby tego nie robili, a panienka "looool, jesteś supportem!". Odpowiedziałem, że zobaczymy w statystykach pod koniec. Zrobiłem najwięcej na bohaterach obrażeń i w dodatku leczyłem wszystkich. Cudnie, czyż nie? Pierdolić durnoty to jedno, ale jeśli wychodzi na moje - śmiesznie dla mnie. I przykro, bo jeśli ja, support, leczę i biję, jest spoko. Ale nie daj Boże zabije - ks, kurwa, od razu głosy się podnoszą. Sranie się o pojedynczą kradzież killa to też jest żałosna sprawa. Ludzie, naprawdę? Chciałbym mieć tylko takie problemy.
Pamiętajcie. TO GRA. Więc nie spinajcie tak pośladów i bądźcie kulturalni dla innych, bo wyzywając niczego nie osiągniecie. Nikt nie będzie chciał z Wami po prostu grać.
Tak na pożegnanie coś, co bardzo wbiło mi się w głowę ostatnio i spowodowało, że kupiłem w końcu Jinx ;).
Jeśli ktoś miałby ochotę zagrać, byłbym wdzięczny za skorzystanie z tego linku. Rejestracja i pobieranie przebiegają dokładnie tak samo, jedynym bonusem jest to, że dostaję drobną ilość punktów, gdy Wy zarejestrujecie się i będziecie zdobywać poziomy. Jeśli bylibyście łaskawi wbić 10 lvl, byłbym bardzo wdzięczny.
Chcecie wspólnie pograć? Zapraszam, nick: Klops Alfa.
Nowy Rok. Niespecjalnie magiczna chwila, moim zdaniem, ale nie ma to też wielkiego znaczenia. Pora jednak, jak sądzę, uporządkować i podsumować to, co uważam za kluczowe kwestie poprzedniego roku.
Przede wszystkim, rok 2013 przyniósł mi rozpad związku. Przykra sprawa. Związek rozpadł się przeze mnie, niestety, wobec tego drobnymi kroczkami sprawiło to, iż w chwili obecnej pracuję nad sobą. Klapki z oczu spadły i widzę, ile szkód wyrządziło moje zachowanie dla osób mi bliskich.
Dalej, staram się więcej rozmawiać zarówno ze swoją rodzicielką, jak i ze znajomymi. Chcę być otwartą osobą, niespecjalnie konfliktową. Wyciszam się, trzymam na wodzy negatywne emocje i szukam sposobu, aby znaleźć ujście złości, która kłębi się we mnie.
Przyjęto mnie do szkoły i dotrwałem do sesji, mając naprawdę dużo procent obecności - nie było mnie zaledwie jeden dzień. Dla mnie to osobisty sukces - jak pójdą sesje, to już kwestia oddzielna i prawdę mówiąc martwi mnie niesamowicie. Wiadomo, sesja!
Co więcej?
Spiłem się i trochę odchamiłem, chociaż plany niespecjalnie wyszły tak naprawdę. Ale cóż tam.
Styczeń się przywitał, a ja mu chcę pokazać środkowy palec, gdyż iż ponieważ nie lubię go już teraz. Za dużo różnych rzeczy muszę zrobić właśnie w styczniu.
7 styczeń - zadzwonić do lekarza w Łodzi, pilne, priorytet!
22 styczeń - przypomnieć psychiatrze, aby wcisnęła mnie do znajomej terapeutki
23 styczeń - zadzwonić do psychiatry aby spytać o termin wizyty i miejsce
Rozmyślam nad tym, gdzie zaczyna się dorosłość. A może bardziej dojrzałość, chociaż mnie osobiście bliżej do tego pierwszego. Gdy byłem młodszy, przed tą magiczną osiemnastką, słyszałem wiecznie, że będę mógł robić to, czy tamto, decydować o takiej lub innej kwestii, gdy będę pełnoletni. To był wyznacznik dorosłości, w zasadzie niesłuszny. Teraz, gdy tę linię przekroczyłem to stwierdzenie ewoluowało, weszło na wyższy poziom i od swojej rodzicielki słyszę "Gdy będziesz na swoim". Ano właśnie. Czy dorosłość zaczyna się właśnie wtedy, czy wcześniej? Kiedy konkretnie można zauważyć tę lub inną kwestię?
Jestem pewien, że zdajecie sobie sprawę z faktu, iż nie mam wielu znajomych. Tak się po prostu potoczyło w życiu, mieszkam tu, gdzie mieszkam, myślę, że to główny czynnik. Tak, czy inaczej, chodzę do zaocznej szkoły dla dorosłych, gdzie nikt nie ma poniżej tej osiemnastki. I wiecie co? Wszystko zależy od doświadczeń, ale znakomita większość... Cóż, ma dzieci. Żony albo mężów. To jest zupełnie inny świat, bo oni nie powiedzą, że nie pójdą na piwo, bo nie mają pieniędzy - powiedzą, że nie mają czasu, bo trzeba dzieciaka odebrać ze szkoły. To świat, z którym ja osobiście nie mam styczności i nie chcę mieć.
Być może moje życie wyglądałoby inaczej, gdybym mieszkał gdzieś indziej. Tam, gdzie mam jakiś znajomych, tam, gdzie chciałbym faktycznie żyć, przynajmniej przez jakiś czas. Białystok to nie jest to miejsce. Czy dorosłość to świadomość, że nie mogę się wyprowadzić? Racjonalne myślenie, iż po prostu mnie na to nie stać i nie miałbym za co nawet wynająć pokoju w najbiedniejszym motelu, nie wspominając o jakimś mieszkaniu lub pokoju, jedzeniu i całej masie innych rzeczy? Czy dorosłość to jest świadomość, że ludzie odchodzą coraz częściej i czy manifestacją tej dorosłości jest próba zatrzymania ich przy sobie (zwykle wypełnione jako mission impossible)? A może stanie się taką poważną jednostką to jest to? Ostatnimi czasy robię wszystko, by takim kamiennym kolesiem nie być. Trochę tak funkcjonuje i aż szkoda być takim drewnianym. Szykuje się fajny, spontaniczny i w sumie trochę szalony Sylwester, ale mnie to odpowiada. Czy zastanawiałem się długo nad zgodą lub odmową? Nie. Alternatywa to byłoby siedzenie w domu i smucenie się, że nie mogę spędzić tego czasu tak, jak ostatnio miałem okazję, czyli z Igorem. Po co mam myśleć o nim więcej, niż myślę (czy więcej to w ogóle możliwe?)? Właśnie, jak ktoś z Wawy, okolic, albo będzie w Wawie w Sylwestra - to strzałka, bro! Dorosłość to spinanie się? To podejmowanie odpowiedzialności za swoje czyny, bycie świadomym tego, że każdy czyn pociąga za sobą jakieś konsekwencje? To samorealizacja? Biczowanie się gorącym pasztetem? Szczerze, nie wiem co to jest dorosłość. Być może niektóre z wymienionych przeze mnie przykładów, może wszystkie się klasyfikują. Wiem jedno. Nikt nie chce dorastać, bo niemal zawsze jest to przesrane. Szkoda, że nie można być młodzieżą trochę dłużej...
Staram się nie myśleć. Zawsze, ale to zawsze zastanawia mnie to i też bardzo chciałbym zobaczyć minę. W związku z nowością, jaką chcę wprowadzić - pierwszy tekst o grze, którą wybrałem sam już się pisze, ale że to stosunkowo spora seria, trochę zajmie. Na początek idzie Tomb Raider, a następnie Legacy of Kain. Jeśli macie jakieś propozycje, śmiało zostawiać w komentarzach.
Nie wszyscy i nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo wszystko co robimy i mówimy ma wpływ na otoczenie. Niektórzy nie myślą o tym z premedytacją, inni nieświadomie, jednak sądzę, że znakomita większość rozmyśla o tym obsesyjnie. Niekiedy zmienia się to z czasem, w miarę dorastania, przeżywania nowych doświadczeń, innym razem zostaje na zawsze. Która opcja jest lepsza i którą stosuję ja sam?
Trudno stwierdzić. Na przestrzeni prawie dziewiętnastu lat mojego życia i różnych doświadczeń, jednych mniejszych, innych większych uważam, że opcja nie myślenia o tym zbyt wiele jest najlepsza.
Przemawia za tym całkiem sporo. Przede wszystkim, jest się zdrowszym.
Kilka lat temu, szczególnie w swoim dzieciństwie cały czas o tym myślałem. Było kilka etapów w moim życiu, w których robiłem wszystko, by zaakceptowano mnie i polubiono. Nie miało to sensu, bo przecież nie byłem sobą, ale zauważyłem, że gdy jest się indywidualnością (tak, wiem, w świecie, gdy indywidualnym chce być każdy to już żadna pro-rzecz, ale mówimy tu o indywidualności wrodzonej, a nie nabytej; poza tym to były inne czasy i może niektórzy nie mają o nich pojęcia) to nie posiada się dużej ilości przyjaciół, znajomych, kolegów. Raczej większość Cię unika, a to przykre dla dziecka. Dużo wody upłynęło, nim stwierdziłem, że jestem jaki jestem i nie zmienię tego nigdy. Są oczywiście małe szczegóły, nad którymi mogę pracować, ale nie jest to wszystko, co mnie reprezentuje.
Nigdy nie będę taki, jak chce, abym był moja rodzina. Nigdy też taki nie byłem - może kilka razy próbowałem, ale zawsze się to kończyło niepowodzeniem. Jedyne, do czego doszedłem podczas tych kilkunastu lat, to do tego, że nie będę więcej próbował kreować się na kogoś obcego. Jestem jaki jestem. Posiadam kilka zalet i cały worek wad. To do świata zależy, czy mnie zaakceptuje, czy uzna za czarną owcę.
Niekiedy zdaję sobie sprawę z tego, że świadomie odrzucam ludzi, innym razem robię to, nie wiedząc o tym. Cóż, tak już jest. Jesteśmy w Polsce i takie jest nasze społeczeństwo. To nie Stany, gdzie w środkach komunikacji miejskiej dużo częściej zdarza się widzieć uśmiechniętych i pogodnych ludzi z całą resztą, która nie spogląda nań jak na osoby co najmniej chore psychiczne.
Z przyjaciółką dla żartu zrobiliśmy sobie test na Zespół Aspergera. Wyszło nam, że oboje go mamy. To tylko test i oczywiście doskonale o tym wiemy, niemniej jednak rozbawiło mnie to nieco, w sumie sam nie wiem dlaczego konkretnie. Złóżmy to na kark dziwnego poczucia humoru.