Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

`bo tańczyć chcę na nowo

Stawiam pierwsze, bardzo nieśmiałe kroki na lądzie, którego nie znam. Rozglądam się dopiero, udeptuję podłoże i sprawdzam, czy mogę na nim stanąć choć odrobinę pewniej, niż zazwyczaj. Nie mam pewności.

Może właśnie dlatego trochę zamilkłem tutaj. Zazwyczaj jest tak, że jeśli nie mam z kim porozmawiać o trapiących mnie rzeczach, piszę. I mógłbym pisać dalej, pomimo wszystko, ale nie wiem czy kolejna notatka o związku mojej mamy, który mnie obecnie bardzo martwi miałby sens. Nie wiem, czy jest to wspomnienie, które chciałbym mieć w pamięci na dłużej.
Próby walki o swoje pragnienia, marzenia i plany - tak, to jest coś, co by mnie interesowało w przyszłości, chciałbym o tym pamiętać.
Nieważne jaka przyszłość będzie dla mnie realizowana.

Coraz częściej myślę o tym, że jeśli umrę nagłą śmiercią, nie stanie się nic wielkiego. Nie wiem skąd ta przykra konkluzja, ale nawiedza mnie co jakiś czas, gdy pojawia się dziwny i niezidentyfikowany, bardzo krótki ból z boku, po lewej stronie przy żebrach.

Byłbym wdzięczny za wszelkie okejki i subskrypcje, jeśli zainteresuje Was mój kanał. Raczkuję, klęczę w tym, można by rzec, ale staram się.

Jak opinia człowieka się zmienia - trochę o filmie, trochę o książce (Władcy Pierścieni i Hobbit)

    Gdyby ktokolwiek kilka lat temu wstecz, trzy albo cztery, powiedział mi, że będę lubił "Władcy Pierścieni" to najprawdopodobniej wyśmiałbym taką personę i wysłałbym do lekarza. Psychiatryka jakiegoś, coś w tym rodzaju. I to wcale nie znaczy, że nie lubiłem fantastyki. W jakimś stopniu ona zawsze gdzieś była i istniała - w końcu czytałem też inne historie, opowiadania lub książki fantasy, oglądałem filmy fantasy, grałem w gry fantasy. Tego była cała masa, ale ilekroć widziałem Władcę Pierścieni to szlag mnie trafiał. Frodo działał na mnie jak płachta na byka i w zasadzie jest tak po dziś dzień. Jakim cudem on przetrwał całą tę wyprawę, wszystkie przygody jakie ich spotkały, w głowie mi się nie mieści. Ciepłych słów o Frodo nie będzie, bo tej postaci po prostu nie trawię. Niemniej jednak, I. uwielbia całą serię Tolkiena i zawsze powtarzał, żebym chociaż spróbował, że pewnie widziałem właśnie momenty ze srającym Frodo, który nic nie potrafi zrobić i wszyscy robią za niego, w związku z czym pewnie to mnie zniechęciło (i miał rację...). Przyszło co do czego, obejrzeliśmy wszystkie części. I zmieniłem zdanie.
    Byłem do całego pomysłu więcej, niż niechętny. Co jak mi się nie spodoba i będzie to dla mnie czysta męczarnia? A co, jeśli wręcz przeciwnie, historia okaże się genialna? Będzie trochę głupio, bo I. nie da mi z tym spokoju i ciągle będzie powtarzał "A nie mówiłem, nie mówiłem?". Jak wiadomo, niespecjalnie lubimy się przyznawać do porażek, nawet takich błahych. A może szczególnie właśnie takich, bo jeśli coś było trudne, to jest to dobra wymówka dlaczego nam się nie powiodło.
   Czy tego chcę, czy nie, faktycznie, trzeba zwrócić honor zarówno reżyserowi, jak i pisarzowi. Był naprawdę genialny, wpadając na podobną historię. Ponoć w książce Frodo nie jest taką fajtłapą i taką porażką, chociaż wiele lepiej też nie jest. Trochę szkoda, bo to główny bohater, jakby nie patrzeć, a jest absolutną niedorajdą.
   Jeśli chodzi o Hobbita, historia wspaniała. Genialny wstęp do "Władcy Pierścieni". I co zauważyłem, na co bardzo pilnie zwracałem uwagę, Bilbo w porównaniu do Frodo jest naprawdę świetną postacią. Nie paraliżuje go strach co pięć sekund i nie stoi jak słup soli, gapiąc się w przestrzeń z szeroko rozwartymi oczyma, licząc chyba na to, że z jego własnej dupy wypadnie jajko. Działa. Niekiedy trochę nierozważnie i pod wpływem szalonej chwili (na przykład rzucenie się na ratunek Thorinowi przy spadającym drzewie w przepaść, tuż przed tym, jak super duże sowy przyleciały na pomoc). Nawet jeśli nie potrafi walczyć, bo jest Hobbitem, szybko się uczy i przystosowuje do sytuacji, myśli, jest sprytny (gra na czas przy trollach) itd. Tak, jak Frodo działa na mnie jak czerwona płachta na byka, tak Bilbo, wręcz przeciwnie. No i cała zgraja krasnoludów, epickie.
Oglądanie wszystkich tych filmów to była niezwykła przyjemność i przyszykowuje się, aby odwiedzić także książki Tolkiena. Chyba pochłonę wszystkie na raz, a co.

    A kto "Władcę Pierścienia" lubi, to "Prawa i powinności" Kariny Pjankowej też doceni. Jest kilka świetnych momentów z dzieł Tolkiena, warto zajrzeć. Lekkie pióro, zabawne toki myślowe głównego bohatera, przyjemne nawiązania do "Władcy Pierścieni", a to wszystko z dobrą fabułą. Lubimy i polecamy!

   Krótko mówiąc, nie lubiłem, bo nie znałem. Opierałem się na kilku słabszych momentach lub postaciach (Frodo...), zamiast zapoznać się z całością i dopiero wtedy wydać werdykt. Zmieniło się to. Też trochę mnie to zmieniło. To kolejny krok, aby stać się lepszym człowiekiem i bardzo cieszę się z tego, że dałem się namówić na zapoznanie się z wspaniałą, genialną historią Hobbitów i Pierścienia, i w ogóle.
Pamiętajcie, aby nie oceniać czegoś, nie znając tego. Wiem - wszyscy to wiedzą. Czasem tylko ciężko wprowadzać to za każdym razem w życie.

Przez filmy z morthem - "Katy Perry - Part of me"

www.filmweb.pl


Tytuł: Kary Perry - Part of me
Gatunek: dokumentalny, muzyczny
Produkcja: USA
Premiera: 26 czerwca 2012
Reżyseria: Dan Culforth, Jane Lipsitz

Przeglądając internety i różne ciekawe strony z filmami natknąłem się na "Katy Perry - Part of me". Prawdę mówiąc, rzadko tego typu filmy oglądam, szczególnie, że fanem tej wokalistki nie jestem. Niemniej jednak, coś mnie podkusiło. Być może ten podtytuł, "Be yourself and you can be anything" spełnił swoją rolę i zachęcił mnie do zapoznania się z tą historią.
Jeśli oczekujecie czegoś zaskakującego i nietypowego, to niestety są to złe drzwi. To historia drogi na szczyt, nie spodziewajcie się nie wiadomo jakich wydarzeń. Z drugiej strony, jest to okazja do interakcji (dość ubogiej i jednostronnej, ale jednak) z tzw. "gwiazdą". Ile w tym fałszu pomimo wszystko, wyreżyserowanych sytuacji i momentów - to wiedzą tylko Ci, którzy przy tym filmie pracowali. Wszystko wygląda spójnie i przejrzyście.
O czym film? O Katy Perry, jeśli ktokolwiek miałby jakieś wątpliwości. Jej drodze do sukcesu, rok z jej życia, w którym każdego dnia miała mieć koncert przez prawie cały czas, z niewielkimi zaledwie, kilkudniowymi przerwami. Dla fanów, psychofanów to niemała gratka. Dla takich, jak ja - może być ciekawostką, o której zapewne zapomnicie tuż po obejrzeniu.
Faktem jest, że ciężko było mi utrzymać uśmiech na wodzy w pewnych momentach. To raczej radosny film, pokazujący, jak dziewczyna spełniała krok po kroczku swoje marzenia jeszcze z nastoletnich czasów. Tym bardziej to chwytliwe, bo kto nie ma marzeń?
Przesłanie jest jedno, ale bardzo klarowne i proste - bądź sobą, a możesz osiągnąć wszystko.

Trudno pisać o czymś podobnym, więc przejdę do podsumowania. Czy warto obejrzeć? Do mojego życia niewiele to wniosło, ale też nie sprawiło, że stałem się w cokolwiek uboższy. Czy ma plusy? Z pewnością dla fanów całą masę - zresztą, ta produkcja była kierowana głównie do nich. Niemniej jednak mnie osobiście podobało się to, że pokazywano ją naturalną. Bez makijażu, bez wymyślnych, cukierkowych strojów, a nawet płaczącą rzewnie i ledwo idącą na scenę, zginającą się od rozpaczy, a także wykończoną i zmęczoną. To nadało pewnej prawdziwości, poza tym, pokazało, że ona też jest człowiekiem - a jak wiadomo, my, ludzie, jesteśmy na takie motywy szczególnie bardzo łasi. Czy ma minusy? Szczerze mówiąc, trudno takowe mi w podobnej produkcji wskazać. Nie miało to szczególnej puenty lub historii, ale już z założenia jej nie powinno mieć i szykując się do oglądania czegoś podobnego nie należy spodziewać się nie wiadomo czego.
Krótko mówiąc, jestem neutralny. Przyjemnie było popatrzeć na kogoś tak pozytywnego, jak Katy. Sprawia wrażenie dziewczyny z sąsiedztwa, z którą chciałbym się znać osobiście. Film miał raczej spowodować, by nie chciało mi się aż tak spać, co nie do końca wyszło, ale z drugiej strony, niesamowitej akcji i rozpierduchy się nie spodziewałem...

Fani będą zadowoleni, a dla reszty... Ot, można obejrzeć, tak w ramach potwierdzenia i uwierzenia w motto "Be yourself and you can be anything".

6/10

Przez filmy z morthem - "Co było, a nie jest (Clear History)"

www.filmweb.pl


Tytuł: Co było, a nie jest (ang. Clear History)
Gatunek: Komedia
Reżyseria: Greg Mottola
Scenariusz: Alec Berg, Larry David,  Jeff Schaffer
Premiera: 10 sierpień 2013 (świat)
Czas trwania: 1godz. 40min

Czytając opinie na filmwebie masa ludzi twierdzi, że jest to słaba komedia, ale dobra historia. Nie zgodzę się z tym z bardzo prostego powodu. Ano dlatego, że wbrew pozorom są naprawdę śmieszne momenty i po obejrzeniu filmu czułem się rozbawiony i odprężony.
O czym? Ano o tym, jak to życie lubi być wobec nas bardzo, bardzo ironiczne. Być może nawet za bardzo. Nathan (Larry David), mężczyzna, który wygląda bardziej jak hippis, niż poważny pracownik... Zajmuje poważne stanowisko. To dziwiło mnie chyba bardziej, niż cała reszta. Jest kierownikiem działu marketingu w firmie produkującej najprawdopodobniej samochody. Jego szef stwierdza, że nowy produkt - mały samochodzik - powinien nazywać się Havard, zupełnie tak, jak jego syn. Tylko Nathan zgłasza, dosadnie, obiekcje i w ostateczności odchodzi z firmy i oddaje swoje 10% udziałów w firmie. Niestety, jego partnerka nie zgadza się z jego decyzją i każe mu niezwłocznie odzyskać swoją posadę i wpływy. Nie powodzi się to, a nowy samochód okazuje się niewyobrażalnym hitem - suma summarum Nathan traci niewyobrażalną sumę pieniędzy, gdyż jego udział zapewniłby mu lekką ręką milion dolarów. Kobieta od niego odchodzi, a on zmienia otoczenie. Kilkanaście lat później zamieszkuje malutkie miasteczko i wiedzie mu się bardzo dobrze. Nikt jednak nie zna jego prawdziwej tożsamości, bowiem zmienił imię i nazwisko i wszyscy znają go jako Rolly. Zmienił się wizualnie, ma krótkie włosy i jest, naturalnie, starszy, toteż nikt nie podejrzewa, że to właśnie on stracił te pieniądze - a było o tym bardzo głośno i to przez dłuższy czas.
Niestety nie ma spokoju za długo, bowiem jego kochany szef zapuszcza się do miasteczka i buduje wielką willę. Nathan postanawia się zemścić, dalej wściekły o sprawę sprzed lat.

Czy polecam? Jak najbardziej. Dlaczego? Nie jest typową, durnowatą komedią, zgoda, ale to nie oznacza, że jest gorsza. Warto chociażby dlatego, aby zobaczyć co ciekawego wymyślili jako zemstę i czy się ona opłaciła. Ja osobiście byłem zadowolony z tego filmu i podobał mi się. Nie płakałem z radochy, ale nie zawsze o to chodzi ;).

9/10

© Agata | WS | x x.