Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morth. Pokaż wszystkie posty

`słodkie toasty

    Smaczne słowa, znikają gdzieś za kurtyną rzęs. Rozpuszczają się, pozostawiając pustkę w jestestwie. Tylko to pozostaje, może czasem jeszcze podrapane ręce. Gdy ktoś zapyta czemu wyrażam się w ten dziwny, niekiedy specyficzny sposób - muszę przyznać, nie wiem.Wydaję mi się, że w jakiś sposób uzewnętrznianie się uaktywnia gdzieś w głowie jakiś radosny bełkot, sprawia, że rozpadam się i składam na nowo.

   Zniszcz dźwięk i zrób go na nowo.

`streszczenia takie bywają

     Czas to zabawna kwestia. Płynie szybko, nieubłaganie, choć z początku życia człowieka każdy rok wydaje się być całą wiecznością, eonami płynących chwil. W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że ktoś po prostu nacisnął przycisk, który odwrócił tę kolejność i dziś wszystko płynie trochę zbyt szybko jak na moje tempo. Albo ja jestem za wolny, zbyt niedopasowany do przyswajania życia i w zasadzie życia życiem, jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało. Może to oznaka bycia nieco niedorozwiniętym, o czym nigdy nikt nie powiedział, nikt nie zdiagnozował? Wygodna byłaby to wymówka, to na pewno. Wątpię, że mogę na nią jednak liczyć, pomimo wszelkich moich próśb.

    Podczas moich lat nieobecności w starej piaskownicy wydarzyło się trochę rzeczy, między innymi całkiem podstawowe, jak narodziny, czy też śmierć. W końcu poszedłem też na terapię, która okazała się bardzo udana, chociaż nie wyleczyła mnie jeszcze z demonów, które gnębią mnie od kiedy pamiętam. Niestety, brutalnie została też ukrócona, niemniej jednak naprawdę mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się do niej powrócić. Jest to niezwykle duży motywator do szukania ponownie pracy, serio. Kiedy poczułem na języku, że mogę czuć się lepiej, niż jak wyschnięte gówno spodobała mi się ta opcja, zaczęła wydawać się niezwykle atrakcyjna w swojej niedostępności. Szkopuł tkwi w tym, że ówcześnie zaczynała być całkiem realna, czucie się choć trochę lepiej było coraz bardziej wyraźniejsze - wciąż zamglone, wciąż odległe, ale nie było już absolutnie nierealne, co uznaję za sukces okupiony dwoma i pół latami ciężkiej pracy mojego terapeuty. Pewnie gdyby nie pewne wypadki życia, sielanka mogłaby trwać dalej. Kto wie, gdzie byłbym w takim wypadku. Niestety jak to bywa, kiedy zaczyna toczyć się lepiej, przychodzi coś, co całkowicie rozpryskuje marzenia gdzieś skrzętnie chowane i dokonuje detonacji całkowitej. Nie powinienem się dziwić intensywnością, choć jednak trochę było to szokujące.

    Grypa w zapalenie płuc, zapalenie płuc w covid, covid w gronkowca, gronkowiec w sepsę. Taka sobie kolejność, zabawna kolej rzeczy. Tak przywitałem swój pierwszy dzień w pracy - natychmiastowym zwolnieniem lekarskim, które nie skończyło, jak mi się wydawało, po tygodniu, czy dwóch, ale po praktycznie roku, w trakcie którego musiałem umrzeć, zapaść w śpiączkę farmakologiczną, odżyć i nauczyć się chodzić na nowo. Odrodzić się, chociaż wcale nie w lepszej formie - biedniejszy o pracę, z której tak bardzo się cieszyłem, szansę na nowe, które klarowało się coraz bardziej i rozpad wszystkiego, co znałem i widziałem. Nikomu nie polecam trzymiesięcznego pobytu w szpitalu, choć muszę przyznać, że sny, które mi towarzyszyły ówcześnie były jednymi z bardziej interesujących, namacalnych i niezwykłych, chętnie bym do nich wrócił, bo były smaczne same w sobie. 

 Łatwo powiedzieć, by przestać żyć tamtymi wydarzeniami. Ta obelga brzmi, jakbym miał zapomnieć o tym, co się stało, a przecież jest to niemożliwe. Nawet gdybym chciał, nie jestem w stanie tego zrobić, gdy patrzę na moje ciało poznaczone teraz szlakiem wielu, wielu blizn, które mają miejsce w zasadzie wszędzie - zaczynają się na ustach, płyną przez brodę, obejmują całą szyję, obejmują całą klatkę piersiową i kończą się gdzieś na nadgarstkach. Łatwo tak powiedzieć komuś, kto nie był w tej sytuacji tym, kto dostał tyle uderzeń, kopnięć i smagnięć batem. 

"Podnieś się, walcz dalej, bo przecież ja walczyłam!"
Chcesz medal? To słodkie, że ciągle słyszę:
"A ja walczę, a ja też mam problemy i walczę, czemu ty nie robisz tego, co ja, czemu nie robisz tego tak, jak ja, czemu się poddajesz jak nie ja?!".

Czemu nie jestem Tobą? Nie wiem, odpowiedz sobie na to pytanie.

 Tęsknie za ludźmi, których wydaje mi się, że nigdy nie znałem. Być może mam kryzys tożsamościowy, może jakiś inny, ale czuję się zagrożony, to na pewno. Bliska mi relacja rozpada się w drzazgi i próbowałem, naprawdę próbowałem to posklejać, znaleźć pasujące miejsca i wcisnąć tam puzzle, choćby na siłę, nie zważając na nic. Niemniej jednak, relacje mają jedną najważniejszą zasadę - nie może być tak, że tylko jedna strona się stara. Dotyczy to niestety każdego rodzaju międzyludzkich potyczek i nie pozostawia jeńców. Jeśli ktoś nie chce być w Twoim życiu, naprawdę go do tego nie zmusisz. Realia są nieubłagane.

I tak płynę, nie wiedząc gdzie. Głównie stoję w głębokiej wodzie, nie potrafiąc pływać i panicznie macham rękoma, mając nadzieję, że gwałtowne ruchy sprawią... cokolwiek. Że zadzieje się coś, co wybudzi mnie i całe otoczenie wokół. Nie wiem, czy potrafię sobie pomóc i nie wiem, czy istnieje ktoś, kto byłby w stanie udzielić mi jakichś wskazówek. No, ktoś prócz terapeuty. 

`tłumię przełączniki i witam się zwięźle

  Była piaskownica, teraz są wymówki. Brzmi sensownie w mojej głowie, nawet jeśli takie nie jest. Świat się zmienił, chociaż wydaję mi się, że ja nie uległem zmianie.

   Czasy się zmieniły, świat, w którym przyszło nam żyć się zmienił i chciałoby się powiedzieć, że ja także uległem pewnym zmianom, ale nie mam w tej kwestii jednak pewności. Czuję się przecież tak samo. Mam jednak znów potrzebę podzielenia się rzeczami, które są, jeszcze nie ich nie zdefiniowałem. Może dlatego, że po raz kolejny w moim życiu stanąłem pod ścianą towarzyską. Moment, w którym tracisz kogoś, kogo uznawało się za najbliższą jednostkę, kogoś najistotniejszego, najważniejszego - jest traumatycznie, niesympatycznie i co najmniej niezadowalające. Ponad wszelką wątpliwość, jest też realnie, co niespecjalnie cieszy, można by powiedzieć, że niezwykle utrudnia.

    Tymczasem namruczano na mnie, co oznacza, że czas odpuścić produkcję słowną, a czas rozwinąć produkcję krojenia surowego mięsa dla małego futrzaka.

 

`powrót z popiołów

Niby żyję, ale co to za życie. Miotam się w tym życiu, próbując jakoś zabrać się za rzeczy, które chciałbym robić w życiu, ale jednocześnie za cholerę nie mam pojęcia jak to zrobić, jak się za to zabrać.
Być może kiedyś się uda. Tylko czy będę mieć na to czas?
Internet się zmienia, a jakoś... No co ja umiem robić? No co? No właśnie.

Wśród gier skacze morth - Batman: Arkham Knight


by Arkham Wiki
   Mam nadzieję, że nie muszę nikomu przedstawiać Batmana, jako postać. Jest już tak kultowy, jak i jego nemezis, Joker. Jestem ogromnym fanem gier z tej serii i tak się złożyło, że miałem okazję (w końcu) rozkoszować się najnowszą odsłoną, Arkham Knight (która, notabene, wymagania sprzętowe ma nie z tej ziemi, ale gra wygląda dobrze nawet na niższych). Jest to produkcja nastawiona na przygodę i akcję, stworzona przez Rockstreaty Studios, wydana pod szyldem Warner Bros. Interactive Entertainment z 2015 roku. Inspirowana, naturalnie, oryginalnym Batmanem z DC.
   Fabuła rozpoczyna się rok po wydarzeniach z poprzedniej części, czyli Arkham City (którą także przytuliłem, polecam serdecznie!) i opowiada o konfrontacji Batmana ze Strachem na Wróble, który za swój główny cel bierze pokazanie ludziom, a w szczególności Batmanowi, strach. Grozi uwolnieniem toksyny w Gotham City, która wywołuje halucynacje naszych najgorszych strachów. Doprowadza to do chaosu w mieście i natychmiastowej ewakuacji mieszkańców, a gdy to następuje - do zabawy dołącza Batman, próbując wraz z policją uporządkować i zaprzestać anarchii, która znów ma miejsce. Tajemniczym sojusznikiem Stracha na Wróble jest tytułowy Rycerz Arkham, który zadziwiająco dużo wie o bohaterze Gotham.
by GeekLife
  Ogólna rozgrywka wygląda całkiem podobnie, do poprzedniej części, czyli Arkham City. Wprowadzono jednak trochę drobnych zmian, jak chociażby możliwość zrobienia nokautu kilku osobom jednocześnie, bicie leżących przeciwników, czy nokauty z towarzyszem (jest sporo misji, w których współpracujemy z kimś). W końcu mamy też okazję jeździć znanym z komiksów i bajek Batmobilem, który robi wrażenie i mknie przez ulice jak szalony, siejąc niemały postrach wśród przestępców (słusznie!).
 Osobiście jestem zakochany w grach z Batmanem, a ta część nie jest wyjątkiem. Twist fabularny związany z Arkham Knightem i ciągle powracający Joker to niezłe smaczki, widok Arkham City pogrążonego w absolutnym chaosie sprawia, że poczułem niemałą presję. W DLC mamy okazję pierwszy raz zagrać Harley Quinn i przysięgam, to była najbardziej dziwna i psychodeliczna opcja w całej grze(a w obliczu tego, co dzieje się z Batmanem przez całą grę, są to mocne słowa) , ale niemniej intrygująca. Dodatki mogłyby być dłuższe, to prawdopodobnie największy minus tej gry, ale koniec gry daje nadzieje na to, że powstanie kolejna część i nie mogę się już doczekać, słowo daję.


9,5/10. Prawdopodobnie będzie to tytuł, który co jakiś czas odwiedzę, a na kolejne odsłony serii będę czekał z niecierpliwością. Poza tym, zostały mi jeszcze trzy krótkie DLC, które z przyjemnością skonsumuję w kilku kęsach, tego jestem pewien. Lubię ten mroczny, nieprzychylny świat.

`żaden ptak nie jest idealny

Ostatnio podjąłem kurację przeciwko łupieżu zaleconą przez dermatologa. Jest to trochę temat tabu, sam odczuwam to bardzo mocno - to wstydliwa przypadłość, która może przytrafić się każdemu z nas. Szczególnie apel do młodych osób - jeśli jesteś osobą dojrzewającą i masz problemy z łupieżem, nie wstydź się tego. Szczególnie w tym okresie jesteśmy narażeni na tego typu zmiany skórne, hormony mogą zrobić bardzo wiele dziwnych rzeczy. Jeśli szampony przeciwłupieżowe nie sprawdzają się, po prostu idź do dermatologa - nie przeciągaj tego tak długo, jak ja to zrobiłem.
Pierwszy raz łupież pojawił się, gdy miałem coś około jedenastu lat. Nie wiem z jakiego powodu, być może właśnie zaczęły działać hormony. Od tego czasu znikał on i pojawiał się wielokrotnie - nie jestem w stanie tego wszystkiego zliczyć. Krótko mówiąc, uprzykrza mi życie bardzo skutecznie i dotychczas byłem skazany na używanie tylko i wyłącznie szamponów przeciwłupieżowych, a z czasem zwykły Syoss, czy inne takie - nie działały. Musiałem sięgać tylko po Nizoral i tego typu ciężkie artylerie. Znudziło mnie to. Zdecydowałem, że nie mogę wiecznie uciekać w coraz to nowsze szampony przeciwłupieżowe - po pierwsze, to droga sprawa, a po drugie, w końcu mi się skończą i co ja wtedy zrobię. Zdecydowałem więc, że najwyższy czas, aby zainteresował się tym dermatolog.
Jeśli ktokolwiek pyta mnie po co była mi ta wizyta odpowiadam szczerze. Pamiętam ile wstydu niegdyś najadłem się, gdy mając dość ciemne naturalne włosy widać było białe ślady łuszczącego się naskórka. Byłem takim typem człowieka, który gdy sam zauważał coś podobnego u kogoś - nie komentował. Nie chciałem, by było komuś niemiło. Niestety rówieśnicy nie wykazywali się podobną empatią. Byłem młody i brakowało mi doświadczenia, a także pewności siebie, aby wstać i powiedzieć "Tak, mam łupież. On też ma, jego nie wyzywasz. Leczę to, co mam Ci jeszcze powiedzieć? Hormony robią swoje". Teraz nie miałbym z tym problemu, ale jak człowiek jest młody - to zupełnie inna rzecz.
Nauczyłem się jednak jednej, bardzo ważnej rzeczy, która być może zdefiniuje Twoje życie - nie rób sobie tematów tabu. Jeśli jesteś chory na łuszczycę, czy nawet ten głupi łupież - mów o tym otwarcie, jeśli ktoś Cię zaczepi albo nawet gdy nikt nic nie powie. Po prostu mów o tym swoim przyjaciołom, czy znajomym, jakby to była zupełnie normalna rzecz.
Po drugie, zrozum, że to jest normalna rzecz. Łuszczyca to choroba, łupież w pewien sposób - także. To że jesteś cukrzykiem to też kwestia niezależna od Ciebie. Nie ma się czego wstydzić. Taki jesteś, to część Ciebie. Sami robimy sobie tematy tabu i jasne, nie jest to estetyczne, gdy z Twoich włosów sypie się śnieg - nie namawiam do tego, aby nic z tym nie robić "bo taki jesteś". Po prostu czuj się komfortowo z swoją przypadłością, którą leczysz. Sam poczułem się lepiej, gdy tak po prostu powiedziałem znajomym "W końcu zacząłem kurację na ten nieszczęsny łupież, mam nadzieję, że się go pozbędę. Minusem jej jest to, że ten specyfik sprawia niesamowity śnieg, ten naskórek się strasznie łuszczy. Ale przeżyję to, o ile po wszystkim w końcu będzie dobrze!".
Nawet nie wiecie jakie ciśnienie od razu ze mnie zeszło. Jasne, mogło nie być to komfortowe - w końcu byłem otwarty i jasno przyznałem, że mam z tym problem, niestety. Ale nie otrzymałem negatywnej reakcji, a i ja potraktowałem to naturalnie, bez spięcia, bez takiego cichego "bardzo się tego wstydzę". Nie żałuję.
Tak, mam łupież. I tak, leczę go. Czeka mnie czterotygodniowa terapia, którą zacząłem wczorajszego popołudnia. Jakie będą tego efekty, zobaczymy. Nie ma co się wstydzić łupieżu. Tak się zdarza i tyle.

Koty na pocieszenie:


`mówię, więc mówię

Ostatnio pochłania mnie pisanie dla portalu do tego stopnia, że nie mam czasu zebrać myśli. To znaczy, czas mam. Ale chęci do tego zdecydowanie mniejsze, niż niegdyś.
Jak to robią Ci, którzy np. prowadzą bloga i kanał na YT? Jedno uzupełnia drugie. Być może tego rodzaju format od początku pozwala im na zaprzyjaźnienie się z konstrukcją materiału w ten sposób, aby jedno wynikało z drugiego. Ja, prawdę powiedziawszy, redaktorem How2Play stałem się z przypadku i pomimo długiego okresu czasu, który już minął - w dalszym ciągu jest to dla mnie nieco abstrakcyjne. Nie umiem sobie to wszystko poukładać, aby wszędzie pojawiały się dobre jakościowo materiały.
Zwierzanie się także stało się trochę mniej mi potrzebne - w razie niezwykłej potrzeby są osoby, które mnie wysłuchają. Trochę się pozmieniało, chociaż jak tak patrzę siedząc w dalszym ciągu przy tym samym sprzęcie i w tym samym miejscu - nie aż tak wiele, jak niegdyś marzyłem.

Muszę przemyśleć co chcę, aby tu było i w jakim formacie. Mam nadzieję, że decyzja nastąpi w miarę szybko.

Sentyment, a gry - czyli dlaczego stare produkcje dalej czasem grzeją u nas miejsce na dysku!

Wszystkie portale związane z grami komputerowymi bombardują nas nowymi wydarzeniami i premierami gier – tylko w ostatnim czasie wszędzie huczało o Rise of the Tomb Raider, Star Wars Battlefront czy chociażby Fallout 4. Są jednak relikty przeszłości, które dalej nas fascynują i sprawiają niezwykłą przyjemność pomimo tego, że znamy te tytuły doskonale, a ich lata można liczyć w kilkunastu. Dlaczego tak jest?
Sam pamiętam, jakby to było wczoraj – ja, mający zaledwie cztery lata i grający w Tomb Raider Revelation. Utknąłem gdzieś na początku, ale przecież to nie było istotne – tak samo, jak nie potrafiłem szybko i sprawnie zrobić pierwszej misji czasowej w Tomb Raider Chronicles. Zdaje się, że to było Koloseum. Nie było to jednak istotne, zaintrygowała mnie bowiem kreacja całej gry, te efekty wizualne, uczucie wyobcowania i samotności. Minęło kilkanaście lat, a ja dalej chętnie co jakiś czas wracam do tych tytułów i rozkoszuję się wieloma miejscami, do których ówcześnie nie było mi dane dojść.

Tekken 3, gra, która umilała mi dzieciństwo i wspólne chwile z moim ojcem. Tej produkcji nie było końca, przecież chodziło tam o radosne rozpruwanie twarzy i łamanie kości. A pomimo tego, że grafika starego Tekkena 3 woła dziś o pomstę do nieba, szczególnie, że mamy nowe części z bajecznymi widokami – ja dalej, jak ta muszka fruwająca za światłem, biegnę do tej nieszczęsnej trójeczki.

Analizując ten temat, pytałem też ludzi w redakcji, jakie są to produkcje i powody, dla których zawsze wracają do wymienionych przez nich gier. Posypały się różne tytuły: Fable, Morrowind, Lineage 2, Metin, Tibia, Ages of Empires 2, Heroes 3… A to tylko kilka produkcji. Okazało się, że najsilniejszą bronią, jakie mają na nas te gry, to wspomnienia. Ciepłe, czułe, niekiedy dotyczące ludzi, którzy już odeszli. Wspomnienia dzieciństwa, bezproblemowego i słodkiego. Niekiedy to też kwestia honoru. Kiedyś byliśmy w jakąś grę badziewni (na przykład ja i Tomb Raider – RIP – albo Misa i Tibia ;D), a teraz możemy osiągnąć więcej. Mamy lepszy refleks, niż kiedy mieliśmy cztery lata. Wiadomo – starość ma też swoje plusy!

Zaskakuje mnie, jak bardzo kurczy mi się chęć do pisania czegoś personalnego lub właśnie o grach w momencie, gdy piszę artykuły do How2Play. Przepraszam za to, że tak rzadko tu jestem. Wydaję mi się po prostu, że nie mam o czym teraz tutaj pisać. 

`dziwne, nieskładne gadanie o cosplay'u i pewnej rzeczy, która pochłania mój czas

   Ja się chyba starzeję. Znaczy jasne, wszyscy się starzejemy, ale momentami odczuwam to aż nazbyt. Albo po prostu nie rozumiem ludzi i ta opcja jest również możliwa.
   Na pewnej grupie osób interesujących się cosplay'em bardzo ładna dziewczyna wstawiła zdjęcie, na którym była jako kobieca wersja Śnieżnego Gnara z League of Legends. Wyszło jej to bardzo ładnie.
facebook.com/squezzecosplay
   Osoba, na temat której wybuchła pewna dziwna tzw. "gównoburza" nie wypowiedziała się ani słowem i może to nawet lepiej, ja także przestałem się udzielać w tej sprawie. Jakiś młody jegomość napisał "Fajne cycki". Zostało to uznane przez administrację grupy jako bardzo wulgarne, chamskie i niesmaczne stwierdzenie, a ja ciągle pytam "Gdzie?". Być może nie jestem dostatecznie wyedukowany, nie mam pojęcia, ale z pewnością nie odczuwam tego w podobny sposób i zaskakuje mnie fakt, że inni mogą to tak negatywnie odbierać. Odnoszę niekiedy wrażenie, że wokół kobiecego biustu narasta jakaś legenda, że są zupełnie nierealne, jak potwór z Loch Ness albo coś równie groteskowego. To strasznie dziwne. Od kiedy nie można nazwać części ciała po imieniu?
   Cosplay'u mogę pogratulować, jeden z nielicznych, który naprawdę mi się podoba.

   Ostatnio mocno angażuje się w projekt, który jest już na żywo - jestem bowiem redaktorem i recenzentem gier dla How2Play. Strasznie cieszę się, że w końcu przyszła do mnie odwaga, aby zrobić ten krok i pójść o ten jeden krok do przodu. Jest mi to potrzebne, nie ukrywam. Zrealizowałem tam już kilka materiałów, które w normalnym przypadku byłyby tutaj, na blogu. Zastanawiałem się, czy kopiować materiał i wrzucać to także tutaj lub zostawiać linki do zrealizowanych tematów na How2Play na oddzielnej stronie, Jakieś sugestie? Wydaję mi się, że mógłbym wrzucić moje materiały na bloga, bo dlaczego nie.

   Póki co, jeśli są osoby zainteresowane sprawdzeniem jak wyglądają moje materiały, lecą:
   Moja współpraca trwa dosłownie jakieś dwa tygodnie maksymalnie i póki co jestem szczerze zadowolony. Pozostaję na próbnym przez kolejne półtorej miesiąca.

Przez filmy z morthem - "Wiek Adaline"

www.filmweb.pl

Tytuł: Wiek Adaline
Gatunek: melodramat
Produkcja: USA
Premiera: 15 maj 2015 - Polska, 8 kwietnia 2015 (Świat)
Reżyser: Lee Toland Krieger
Scenariusz: Salvador Paskowitz, J. Mills Goodloe

   Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy całkiem spora ilość wszelakich form przekazu ukazuje się z tematyką wieku, starzenia się, nieśmiertelności i tego typu spraw. Najpierw "Wiek Adaline", a później "Soma". Dwa różne gatunki, bo przecież film i gra, ale jednak...
  Jak często zastanawialiście się nad nieśmiertelnością? Jak wiele razy pomyśleliście, że fajnie byłoby być nieśmiertelnym, nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie umrzeć? Mnie zdarzyło się mieć takową refleksję w przeszłości, nim zrozumiałem, że wcale nie byłoby to takie fascynujące i świetne, jak można by się spodziewać. Na początku - może i owszem, ale później?
   "Wiek Adaline" właśnie do tego tematycznie przysuwa się i uśmiecha pięknie, pokazując białe zęby. Główną bohaterką jest, bowiem, urodzona na początku XX wieku Adaline. Na skutek wypadku samochodowego i jego następstw przestaje się ona starzeć. Nie dla niej zmarszczki, siwiejące włosy, problemy ze stawami, a także wiele rzeczy i uczuć, a także przeżyć, które dla nas są raczej naturalne. Chociażby miłość. W jej rozumieniu związek ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi on do grobu. W innym przypadku - to zwykłe rozczarowanie. Bo przecież kiedyś partner umrze, prawda? A Ty... Nigdy. Jak to jest, być nieśmiertelnym? Jak to jest widzieć starzenie się swojego własnego dziecka? Jakie takie życie ma plusy, a jakie minusy? Czy w ogóle istnieją? Ten film z pewnością odpowiada na kilka z tych pytań.
   Jeśli oczekujecie niesamowitej gry aktorskiej i powalającego scenariusza, to nie uświadczycie tego, nie ma co o tym marzyć. Film jest poprawny, dobry, przyjemnie się go ogląda, niemniej jednak nie sprawia czegoś niezwykłego w Twoim sercu, nie kradnie duszy, jak niektóre produkcje potrafią uczynić. Jest dobrze. Może dla niektórych nawet refleksyjnie, tak jak mnie się udzieliło, niemniej jednak nic ponadto.
   Trudno jest mi się też wypowiadać na temat tej produkcji, bo bardzo ciężko napisać jest coś sensownego, aby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły. Jest ona skonstruowana w ten sposób, iż nie natknąć się na wątek, który mógłby zepsuć jakąś niespodziankę może być bardzo ciężko. Wspomnę tylko, że nie podobał mi się wątek z gwiazdą, nazywaniem jej na cześć Adaline i ciągle wspominanie tego wątku. Jasne, konsekwencja jest wspaniała - raz o tym powiedzieli i później po cichu ten temat się gdzieś wkradał, ale odnoszę wrażenie, że nawet bez tego film byłby kompletny. Taki zbędny wypychacz. 
  Tematyka jednak jest niewątpliwie ciekawa, realizacja niezła, wobec czego warto polecić i warto obejrzeć - ot, choćby z czystej ciekawości jak został zrealizowany pomysł, który potencjał ma.

7/10

`nasze twarze są jak maski - nakładamy i zdejmujemy, a każda to my

   Nie powiedziałbym nigdy, że jestem pisarzem, ale faktycznie tym zajmuję się od jedenastego roku życia - piszę. Raz lepiej, raz gorzej, w różnych światach i o różnej tematyce, a także wieloma postaciami, ale każda z nich to jakaś forma spełnienia się artystycznego. Ten blog to też część tego, co pozwala mi powiedzieć "Tak, jestem produktywny i mam wielką wyobraźnię". Być może to tylko jakaś forma, która pozwala mi poskładać własne życie. Nie wnikam w to, nie roztrząsam tego.

   Niemniej jednak, każda postać, jaką tworzę, powołuję do życia w różnych tematycznie światach ma swoją własną historię. Wydawałoby się to logiczne, coś ma swój początek, więc jakoś do tego początku dojść musiało. Nie jest to jednak przygoda, jaka przychodzi Wam na myśl - każda z tych wirtualnych i nierzeczywistych bytów to pewna część mnie samego i mojej osobowości.
   Ludziom wydaje się, że mamy jedną lub dwie twarze i tylko jedna z nich jest tą prawdziwą. Tymczasem to wcale nie jest prawdą, nie w mojej opinii. Każdy z nas jest zupełnie inny samotnie, w tłumie obcych ludzi, wśród znajomych, kochanka, przyjaciół, czy żony albo męża. Inaczej zachowujemy się w stosunku do dzieci, a inaczej do dorosłych, co nie oznacza, że którakolwiek forma naszego zachowania i "bycia" jest tą fałszywą i gorszą. Każda jest bowiem nami.

   Popularnie uważa się, że tylko kobiety mają milion twarzy, natomiast mężczyźni są tego pozbawieni. Fatalny błąd. My naprawdę nie zachowujemy się tak samo w stosunku do naszej matki, żony, kochanka, partnera, przyjaciela, kumpla, znajomego, psa, kota, dziecka, kogokolwiek. I to nie prawda, że tylko tacy, jacy jesteśmy sami ze sobą to prawdziwi my. Każda z "masek" jest nami, każda z form naszych osobowości to właśnie my - to wszystko, na co składamy się, jako ludzie, jako charaktery. Jesteśmy skomplikowani, my, jako społeczeństwo, ponieważ sami nie wiemy ile takich twarzy możemy mieć. Odkrywamy siebie z czasem.

   Myślę, że grając w RPG (pisane, mówione, jakiekolwiek) z czasem możemy odkryć właśnie, że każda z postaci, jaką tworzymy to w jakiejś części my sami. Właśnie dlatego tak łatwo jest nam się spersonalizować i czuć dokładnie to, co czuje nasz bohater - bo stajemy się nim, a wręcz powiem dalej - jesteśmy nim. Przecież skądś musieliśmy wziąć jego charakter, zadziorność, trudność w nawiązywaniu kontaktów i tak dalej. Mając tyle osobowości w jednej osobie, trudno tak naprawdę wyczerpać nam temat pomysłów na dalsze postaci, dalszych bohaterów.
   Jeśli jesteś osobą dającą życie właśnie takiej wymyślonej personie lub jesteś pisarzem - ujawniasz wiele swoich twarzy. Nie każdy orientuje się, jak wiele możemy ich posiadać i jak wiele z nich już odkryliśmy. Jako osoby realizujące się poprzez szeroko pojętą sztukę i twórczość, być może łatwiej jest nam zdać sobie z tego sprawę. Przychodzi bowiem taki moment, w którym dochodzi do nas refleksja jak wiele postaci posiadamy i jak zadziwiające jest, iż z każdą jesteśmy w stanie się spersonalizować i "być nią". Jak wiele historii napisaliśmy, a każda jest bliska naszemu sercu.

   To pokazuje nam, jak bardzo różnymi ludźmi być możemy i jak bardzo trudno jest poznać kogoś w pełni. Nigdy nie wiesz, czy dwadzieścia twarzy, które Ci pokazał to ostatnie dwadzieścia, jakie ma w zanadrzu. 

Wersja audio posta:

`życie mojej mamy

   Uderzyło mnie, podczas zwykłej rozmowy z moją rodzicielką, jak bardzo zmęczonym jest człowiekiem pomimo młodego wieku. Ma przecież zaledwie odrobinę ponad czterdziestkę, cóż to jest w obliczu osób o wiele starszych od niej?
   Moja mama jest szwaczką, krawcową. Pracuje w tym zawodzie od kiedy pamiętam, od zawsze, ale wielokrotnie mówiła, że to nie było to, co chciała robić w swoim życiu. Od zawsze, bowiem, interesowała się prawem karnym i chciała zostać prawnikiem. Życie pokrzyżowało jej plany. Musiała wcześnie wyfrunąć z domu i zacząć pracować, aby pomóc rodzinie. Zaniechała więc marzenia o szkole prawniczej i wybrała coś, co da jej zawód o wiele szybciej - krawiectwo.
   Pamiętam, jak kiedyś projektowała jeszcze ubrania, ale nie pamiętam, czy lubiła to robić. Zawsze była ogromną fanką czytania książek, lubiła gotować. Teraz raczej niewiele jej z tego zostało.
   Nie wiem co robi po powrocie z pracy, ponieważ już ze mną nie mieszka. W gruncie rzeczy przeprowadziła się do swojego nowego partnera, ale moja matka sprawia wrażenie naprawdę przygnębionej osoby, bez pasji, bez rozwijania swoich własnych pragnień i marzeń. Na moje pytanie "Dlaczego nie rozwijasz siebie, swoich przyjemności, tego, co sprawia ci radość?" odpowiedziała: "Jestem zmęczona. Gdy wracam z pracy, nie mam już na nic ochoty".

   Wyobrażacie sobie, przepracować ponad dwadzieścia lat w zawodzie i nie być z tego, co się robi zadowolonym choćby w najmniejszym stopniu? To bardzo przygnębiająca perspektywa, ale to proza życia mojej rodzicielki. Sam nie wiem, jak mógłbym obudzić w niej chęć do czegoś więcej, niż wracania do mieszkania, odwiedzania mnie, gotowania i po prostu trwania. Jak obudzić w niej chęć rozwijania tego wszystkiego, co ją interesuje?

`jak zniweczyć dwie relacje w ciągu czterech godzin

   Szczerze mówiąc, zastanawiałem się ile będzie trwała ta moja rozkoszna sielanka towarzyska. Nauczony doświadczeniem, że żadna bliższa znajomość w moim życiu nie ma prawa bytu, jeżeli zaufam w jakimkolwiek stopniu dla człowieka i cóż, historia lubi się powtarzać, a karma wracać i przypominać o tym, że w przeszłości byłem jeszcze większym chujem, niż jestem obecnie. Życie.

   Sielanka nie trwała nazbyt długo, jak się okazuje. Kilka dni temu dowiedziałem się, że planowana jest impreza w ten weekend z okazji już zaplanowanego i dopinanego na ostatni guzik wyjazdu E. No dobrze, zacząłem się zastanawiać intensywnie, no bo przecież w poniedziałek mam być w Łodzi. "Nie martw się, przenocujesz u nas i pojedziesz", usłyszałem. I byłoby wszystko dobrze, gdyby moja skrajny introwertyzm się nie odezwał. A odezwał, ku mojemu nieszczęściu. I obudził z tej niezwykłej sielanki, przypominając, że przyjdzie mi poznać tam kogoś nowego, jeżeli zgodzę się pojechać. Przyjaciółka E., a moja koleżanka ma partnera. Cóż, postanowiłem rozwiązać to jak dojrzały człowiek i porozmawiać z tą, która tego chłopaka posiada.

   No i chyba moja delikatność i wyczucie chwili oraz słów dało się we znaki. Możliwe, że zabrzmiałem nieco agresywnie anonsując, iż moja obecność na imprezie poniekąd jest uwarunkowana obecnością tego nowego dla mnie człowieka, a raczej jego nieobecnością. Cóż, najwygodniej by było, gdyby po prostu się nie pojawił. Uznałem, że to nie jest zbyt wygórowana prośba, kurcze. Przeliczyłem się, w szczególności, że do prośby to miało daleką drogę i bardziej brzmiało jak żądanie z mojej strony. Panicz Draco żąda i ma być tak zrobione, basta.

   Jak się łatwo domyśleć, owa dziewczyna nie zareagowała pozytywnie. Nawet gorzej, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. Krótko mówiąc zostałem wyzwany od dołu do góry, nie pomijając wyciągania jakichś starych, śmiesznych spraw, nazywania mnie pizdusiem i debilem, no cóż. Nie była to przyjemna konwersacja. I żeby nie było, nie uważam, że tylko ja tu zawiniłem. Być może w znaczącym przypadku i owszem, ale nie w stu procentach. Nie sądzę, aby wyzywanie było bowiem słuszną decyzją, a ku takiej się właśnie M. skłoniła. Co było w tym wszystkim najbardziej przykre? Jeżeli ją poniosło i zaczęła mnie wyzywać, wszystko w porządku. Jeśli się odwdzięczyłem, już zostałem uznany a śmiesznego i żałosnego. Sensowna logika, nie ma co.

   Co gorsza, odczułem pewną nieprzyjemność w dalszych konwersacjach. Oczywiście wiedziałem, że E. i M. mówią sobie niemalże wszystko. Ale...
 "Niemniej jednak uważam, że Wasze zachowanie było trochę dziecinne", stwierdziła E. Trudno było się nie zgodzić, kurcze. Z przykrością przyszło mi to potwierdzić. Uznałem więc, że wyciągnę pierwszy rękę, bo w końcu z mojej winy ta dziwna kłótnia wynikła. I co słyszę? Słyszę, że skąd, E. wcale tak nie powiedziała. Nie potwierdziła własnych słów, hę? O co chodzi?
   Dalej, podczas którejś z rozmów doszliśmy do wniosku, że M. nie miała nigdy sytuacji, w której nie było na chleb w domu. A od M. słyszę, że E. powiedziała "nie zrozumiałabyś biedy". No kurwa mać, za przeproszeniem... Albo ja głupieję, albo o co chodzi?

   W efekcie udało mi się pokłócić z dwoma dziewczynami. Powiedziałem prawdę. Uważam, że to wygląda bardzo dwulicowo, skoro mówię coś dokładnie takiego, co mówiła jedna, a od drugiej dowiaduje się zgoła czegoś zupełnie innego. I przykro mi, ale ja nie rozumiem zawiłości sytuacji.

   Doszedłem jednak do jednej, złotej zasady, do której zamierzam się od dziś stosować. Wystarczyło bowiem powiedzieć, że w ten weekend mam pracę i nie mogę się pojawić. Obyłoby się bez nieprzyjemności, kłótni i spięć. Uwaga, uwaga - wystarczyło skłamać i byłoby wszystko w porządku. Taka wielka filozofia. Mam nauczkę na przyszłość. Nie zawsze prawda jest czymś, czego ludzie potrzebują.

  Przy okazji, pojawił się nowy audiolog na YT. Serdecznie zapraszam.

`dostajesz szansę, ale nie jest ona tym, czego potrzebujesz

   Zauważyłem niezwykle dziwną zależność w swoim życiu.
W momencie, gdy na oferty pracy, do których aplikowałem nie uzyskiwałem żadnej odpowiedzi, ogarniał mnie smutek, bezsens i wrażenie, jakoby to ze mną było coś bardzo mocno nie tak. Jestem osobą młodą. Jasne, bez doświadczenia w czymkolwiek, całe moje życie to pisanie i granie w gry komputerowe, ale na Boga, każdy kiedyś zaczynał, no nie?
   Teraz, gdy na aplikację uzyskuję odpowiedzi i zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne znów czuję się dziwnie. Nie tyle szczęśliwie, co... Jak zwierzę w klatce. Czuję się zmuszany do czegoś, czego robić wcale nie chce, co nie jest moim celem życiowym, moją pasją. No darujcie, praca w pralni to nie jest szczyt moich marzeń.

   Doskonale wiem o tym, że to tylko przystanek w moim młodym życiu. Mam dwadzieścia jeden, prawie, lat, a doświadczenie zawodowe równe zeru. To wcale nie jest nic pozytywnego, może stawiać mnie nawet w raczej negatywnym świetle. Nie obchodzi mnie to nazbyt szczególnie, ale wiem, że jakakolwiek praca to przystanek, który gwarantować mi będzie zarobek, aby móc rozwijać się na wielu płaszczyznach.
   Tylko to "wiem" wcale nie sprawia, że czuję się bardziej szczęśliwy lub mniej zamknięty. Nie spodziewałem się takich reakcji mnie samego i mojego umysłu, bo przecież długi czas zależało mi na tym, aby znaleźć jakąkolwiek posadę. A teraz, gdy mam ku temu okazję jedyne, o czym marzę to uciec gdzieś i zapomnieć, że w ogóle jakiekolwiek CV gdzieś wysyłałem.
   Fascynujące i przerażające jednocześnie. Ostatnio bowiem przeczytałem tekst, jakoby każdy Dawid robił w życiu zawodowym tylko to, co sprawia mu przyjemność. Cóż, naprawdę mam ochotę odrzucić szansę, którą dostaję, co oczywiście byłoby niezwykle nierozsądne.

   Umyśle, przestań płatać mi figle. Szlag by cię.

`podróże nie dla każdego?

   Zasypiając, nie wiedzieć dlaczego pomyślałem o szkole i nauczycielce, która wykłada historię. Przypomniała mi się historia, którą nam opowiadała. Działa się ona w czasach, gdy studiowała. Miała ona wyjazd, który polegał na tym, że miała spędzić jakiś niewielki okres czasu w osadzie gdzieś w Ameryce Północnej. Haczyk polegał na tym, że tamtejsi ludzie żyli "jak za starych, dobrych czasów". Bez elektryczności, kanalizacji, sklepów, łazienek, miast.
   Przypomniało mi się także moje niezwykłe rozbawienie dotyczące standardów, jakie tam panowały - jedzenie niedobre, łazienki brak, no i lamy. Tak, owa osada do takich czynności, jak uprawa roli używała lam w charakterze pomocy. Wiadomo, zwierzęta te może nie pachnął jakoś cudownie i przyjemnie, bywają także uparte... No, są jakie są. Narzekała na nie, bo nie słuchały się jej (co zabawne, dzieci, które mieszkały tam - i owszem; niezwykle ją to irytowało), no i poza tym śmierdziały, oczywiście. Zbrodnia narodowa.
   Wydała mi się wtedy taka rozpieszczona. Pojechała w gościnę do obcych ludzi, wyciągnięta z bezpiecznych skrzydeł swojej matuli i nagle wszystko było nie tak. Cóż, to tylko moja perspektywa osoby trzeciej, tak naprawdę, być może ku temu było więcej przesłanek, o których nam nie powiedziała, ale brzmiało to bardzo płytko.
   W zasadzie, ta refleksja poskutkowała jakoś negatywnie na moje samopoczucie. Dotychczas miałem w stosunku do tej kobiety mieszane uczucia, ale bardziej skłaniające się do pozytywnej neutralności. Nie zwykłem faworyzować jakiegoś nauczyciela. Tymczasem wiele z jej poglądów bardzo mi nie odpowiada i im dalej w las, tym więcej dostrzegam drzew, ale brak im piękna. Są suche i powykrzywiane. Przykre doświadczenie.

`wakacyjnie chociaż raz

   Ostatnie dni spędziłem na dosyć intensywnych wyjazdach, jako że piętnastego miałem wizytę w Łodzi u lekarza, musiałem się tam stawić. Niestety, połączenie, które posiadam obejmuję przesiadkę - tylko i wyłącznie. W Warszawie, stolica, wiadomo. Tak się składa, że mam tam trochę znajomych, w tym Heatz, której dziewczyna zagroziła mi męczarniami, jeśli do nich nie wpadnę.
   "A co mi szkodzi", pomyślałem. Nie zostałem długo, bo Dracze i pakowanie się na podróż to tragedia, powiadam. Wziąłem za mało skarpetek i koszulek (reszta, jak się okazało po powrocie, została na łóżku, przygotowana do spakowania)... W ogóle, jak ciamajda i to do kwadratu. Tyle dobrze, że szczoteczkę do zębów miałem ze sobą.
    Bawiłem się jednakowoż świetnie. Nawet jeśli za wiele nie wychodziliśmy. Okropne upały, nie polecam. Ale wspominam te kilka dni bardzo miło. Okazało się nawet, że ich córka bardzo mnie polubiła, co zszokowało mnie niezwykle - jestem typem, za którym milusińscy nie przepadają. Z wzajemnością, warto zaznaczyć. Ale ta mała, wredna istotka jakoś mnie polubiła, pomimo początkowej niepewności i później nie miała problemu z siedzeniem na moich kolanach ani bawieniem się ze mną... Ot, to było w jakiś sposób miłe.
   Przyjemnie było grać w RPG mówione. Pierwszy raz miałem z czymś podobnym styczność, ale świat wymyślany przez nas na bieżąco niezwykle mnie zaintrygował. Naprawdę mi się podobało. I z pewnością będziemy takie sesje powtarzać, kiedy tylko się spotkamy.
   Gdy wróciłem, wszystkie moje rzeczy były w sierści. Koty, ach, koty. Ale nawet mi to nie przeszkadzało. Przywykłem, po tylu latach mieszkania z psem i kotem.
   Heatz zdecydowała, że wpadnie do mnie dwa dni po moim powrocie do domu. Chyba chciała odpocząć od dziecka, od kłótni, które ostatnio miewają z dziewczyną. Szanuję to. Chciała trochę urlopu, to przecież nic złego. I znowu, sytuacja się powtórzyła - w zasadzie nie wychodziliśmy jakoś bardziej z domu ze względu na nieziemskie upały i duchotę. Ale to nie znaczy, że bawiliśmy się gorzej. Heatz oszalała na punkcie Simsów i możliwości tworzenia w nich naszych postaci z innych RPG, pisanych tym razem. Bawiliśmy się przednio, nawet jeśli to było trochę a'la nerd. Może jesteśmy trochę takimi nerdami, czemu nie?
   Śpiewanie, pozytywna energia i śmianie się z samych siebie. Albo, co gorsza, mówienie tych samych słów w tym samym czasie. Po trzech dniach takiego gadania to już zaczynało być naprawdę przerażające!
   Przyjemnie jest mieć styczność z jakąś pozytywną energią, ogólnie. Chociaż niezwykle irytowały mnie jej ciągłe rozmowy z swoją lubą przez komunikatory wszelkiego rodzaju. Ja wiem, tęsknota, te sprawy, ale to było naprawdę drażniące. Nic nie mówiłem. Nie uważałem, że powinienem. Kim jestem, aby wymagać wyłącznej uwagi? Nah. No właśnie.


Piosenka wyjazdu:

Wśród gier skacze morth - Don't Starve

   "Don't Starve" wyróżnia się na pewno nietypową, jak na obecne czasy, grafiką, która jednym przypadnie do gustu, a inni uznają, że nie mogą jej ścierpieć. Prawdę powiedziawszy przedstawicieli drugiej opcji jeszcze nie poznałem, więc jeśli macie takie właśnie odczucia, gdy patrzycie na tę grę - dajcie koniecznie znać.
    Nie oceniajcie jej jednak zbyt pochopnie, bo być może bardzo Wam się spodoba. Przede wszystkim, kilka słów o niej samej. "Don't Starve" miała swoją premierę już kawał czasu temu, bo 23 kwietnia 2013 na całym świecie przez ekipę deweloperską Klei Entertainment. Jeżeli lubisz gry polegające na przetrwaniu i eksploracji otoczenia, podejrzewam, że będziesz zachwycony!
by morth from Steam (dracjonis
   O czym? Przede wszystkim, na "dzień dobry" uzyskujemy kilka opcji, jak wybranie preferowanej przez nas postaci (na początku tylko Wilson, a całą resztę możemy odblokować później), ustawienie sobie świata (polecam więcej jagód, na przykład), a nawet dodanie modów, które nas zainteresują z Workshopu w Steamie (także inne postaci, jak Gerald z Wiedźmina itd.).
   Gdy przeszliśmy już do gry, pojawiamy się w absolutnej dziczy ( mapa losowo generuje się przed każdym rozpoczęciem rozgrywki). Zostajemy tam podstępnie przeniesieni przez Maxwella, demona, który wita nas na początku kilkoma słowami, nierzadko ironicznymi. I zaczyna się nasze przetrwanie w obcym świecie. Pamiętajcie, to survival. Nie będzie łatwo.
   Przede wszystkim, to dzicz. Mamy trzy wskaźniki - psychiki, głodu i życia. Musimy dbać tak naprawdę o każdy z nich. Zorganizuj sobie żywność, wznieć ognisko, skonstruuj jakieś narzędzia, rozwijaj się - innymi słowy, przetrwaj. Cel naszej gry ustalamy my sami - przeżyć jak najwięcej dni, uciec z tego cyrku na kółkach, gdzie wszystko chce Cię zabić (pamiętaj, żaby nie są miłe), przejść tryb przygodowy - to Twoja decyzja.
   Od tego, ile dni przeżyjesz zależne jest, jak wiele postaci uda Ci się odblokować. Nie tylko wyglądają inaczej, ale każda z nich (także te z moda) mają swoje unikalne cechy, zdolności, ale i wady.
by morth from Stream (dracjonis)

   Dlaczego polecam? Przede wszystkim z powyższego tekstu możesz wywnioskować, że to bardzo prosta gra. Masz ogień, jedzenie, możesz handlować tym życiem. Wielokrotnie jednak rozgrywka i wydarzenia mogą pokazać Ci niesamowite sytuacje, z których nie będziesz wiedział jak masz wyjść, a cały Twój dobytek, który udało Ci się zebrać może zniknąć w dosłownie kilka chwil. Nie zliczę ile razy piorun spalił moje skrzynki i łatwopalne przedmioty w nich zawarte. Ile razy pająki goniły mnie wokół niewielkiego ogniska i nie pozwalały tym samym dołożyć do niego. Moja pierwsza śmierć w tej grze była na dwudziestym piątym dniu, ponieważ padał deszcz (a to automatycznie powoduje pogorszenie samopoczucia naszej postaci), ognisko ledwo się tliło, była noc, a mnie goniły... omamy. Nie żartuję, omamy. Uczucie ogromnego osamotnienia i zdania tylko na siebie potęguje emocje, które niekiedy sięgają zenitu. Prawdziwy survival, walka o życie. Myślę, że owa gra (to tylko moja subiektywna, niczym nie poparta opinia) może rozwinąć w Tobie umiejętności szybkiego myślenia i rozwiązywania problemów.

10/10

`kilka spraw mówionych beznamiętnie

   W tym tygodniu nocowała u mnie koleżanka przez kilka dni. Nie było to planowane - zwyczajnie nadszedł u niej remont, a ona, uczulona na niemalże wszystko, w tym kurz i pył... Cóż, powiedzmy, że byłem jej deską ratunku. Było przyjemnie, chociaż też z błogością przywitałem kilka dni samotności. Jestem człowiekiem, który potrzebuje tego, jak powietrza i cóż mogę na to poradzić.

   Od kilku dni martwi mnie pewna kwestia. Nie chciałem dotychczas pisać o tym na blogu, bo pomyślałem "Przesadzasz. Daj mu czas". Ale czuję się bardzo niezręcznie w momencie, gdy dzień w dzień widzę I. dostępnego, bawiącego się z nowymi (?) znajomymi, podczas gdy ja jestem zapomniany. Jego koleżanka, a moja znajoma, L. też się do mnie zupełnie nie odzywa i nie mam pojęcia, jaka mogłaby być tego przyczyna. W każdym razie, list na pewno nie był dobrym pomysłem i szczerze bardzo żałuję, że go wysłałem. Nie było to warte. Trochę nie mogę skupić się na czymś więcej, bo... tak, myślę o tym. Niech to szlag.

   Pierwszy raz od dawna dostałem zaproszenie na imprezę urodzinową. Nawet trudno mi opisać, jak byłem tą perspektywą podekscytowany i jak nie zdziwiło mnie, że zwyczajnie nie mogę tam być - nie mam na to pieniędzy. Fundusze już nie raz pokrzyżowały jakieś plany i prawdę mówiąc nie jest to dla mnie większym zaskoczeniem i teraz. Życzę dobrej imprezy tak, czy inaczej dla tych, którzy będą!

   Yellowcard - Only one.

Oddaj krew dla Lucyny Barskiej-Fijałkowskiej!

   Post bardzo niestandardowy, ale i z niestandardowego powodu. Nie oczekuję, że nagle każdy z Was będzie chciał być dobrym człowiekiem i pomóc komuś tak po prostu. Ale proszę Was o to i tak, bo myślę, że warto pomagać, przynajmniej czasami.

   Chodzi o oddawanie krwi. Dla konkretnej osoby w tym przypadku. Dziś dwie youtuberki, które bardzo lubię - KinaCzewa i Młoteczka - opublikowały filmik, w którym mówią o co chodzi. Jeżeli nie macie ochoty posłuchać, to poczytajcie mnie.
   Chodzi o matkę ich kolegi, która leży w szpitalu w Warszawie i pilnie potrzebuje krwi. W innym wypadku nie skończy się to najlepiej, niestety.
   Mowa o Lucynie Barskiej-Fijałkowskiej. Proszę, jeżeli macie ukończone osiemnaście lat i spełniacie wymogi oddawania krwi (a o nich jest w filmiku) - zróbcie to, uratujcie jej życie.


   Odpowiadając na pytanie, to jedyne, co mogę zrobić w obecnej sytuacji - prosić Was o pomoc. Sam mam niedoczynność tarczycy, przyjmuję hormon tarczycy i automatycznie wyklucza mnie to z możliwości krwiodawstwa. Ale może Wy albo ktoś w Waszym otoczeniu okaże dobre serce i pomoże tej kobiecie, na to szczerze liczę.


Obejrzyjcie proszę filmik i z góry dziękuję Wam za pomoc.
Jesteście wielcy.

`psycho

   Coś około dwóch tygodni temu zdecydowałem się, w geście desperacji, na napisanie listu do I. Być może nie było to zbyt mądre posunięcie, ale zainspirowany znalezionymi (a wcześniej schowanymi) listami postanowiłem zrobić coś tak nierozsądnego.
   Znaczy wiecie, listy pisać jest bardzo fajnie, nawet jeden ostatnio wysłałem do pewnej youtuberki i jest z tego filmik (KLIK), kwestia tego typu z jaką zawartością on jest. Przyznajmy sobie szczerze, na pewno brzmię jak zdesperowany i bardzo dziwny człowiek w tworze, który poszedł do I. Trochę mi za to wstyd.
    Z drugiej strony myślę, że były to słowa, które w końcu musiały zostać wypowiedziane tak, jak ja potrafię najlepiej. A że konwersacje idą mi średnio, dużo lepiej sprawdzam się na polu pisania... Cóż.
   W każdym razie, niepokoi mnie cisza, która po nim nastała. Być może tylko przesadzam i nieco dramatyzuję, bo boję się efektu, jaki ten list mógł wywołać, ale...


   Zakładając, niezwykle optymistycznie, że dostaje ktoś z Was list. Jest to Wasza dawna miłość, byliście w związku, było fajnie. Rozstaliście się, bo partner był nazbyt zaborczy i taki... No właśnie, taki. Mija kilka lat, w trakcie których macie kontakt, ale wyraźnie ograniczony, dystans jest zachowywany dzięki Wam. I dostajecie list, w którym są słowa, że jest to inspirowane Waszymi słowami, w których było, że zawsze będziesz kochać tego swojego byłego i w ogóle, omnomnom, wiadomo. No i wyznanie, że minęło tyle czasu, a on ciągle coś do Ciebie czuje.
   Jakbyście zareagowali? Wyśmiali? Tak... Ja chyba też. Jakiej ja się reakcji spodziewam?

© Agata | WS | x x.