Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowe przeżycia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowe przeżycia. Pokaż wszystkie posty

`streszczenia takie bywają

     Czas to zabawna kwestia. Płynie szybko, nieubłaganie, choć z początku życia człowieka każdy rok wydaje się być całą wiecznością, eonami płynących chwil. W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że ktoś po prostu nacisnął przycisk, który odwrócił tę kolejność i dziś wszystko płynie trochę zbyt szybko jak na moje tempo. Albo ja jestem za wolny, zbyt niedopasowany do przyswajania życia i w zasadzie życia życiem, jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało. Może to oznaka bycia nieco niedorozwiniętym, o czym nigdy nikt nie powiedział, nikt nie zdiagnozował? Wygodna byłaby to wymówka, to na pewno. Wątpię, że mogę na nią jednak liczyć, pomimo wszelkich moich próśb.

    Podczas moich lat nieobecności w starej piaskownicy wydarzyło się trochę rzeczy, między innymi całkiem podstawowe, jak narodziny, czy też śmierć. W końcu poszedłem też na terapię, która okazała się bardzo udana, chociaż nie wyleczyła mnie jeszcze z demonów, które gnębią mnie od kiedy pamiętam. Niestety, brutalnie została też ukrócona, niemniej jednak naprawdę mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się do niej powrócić. Jest to niezwykle duży motywator do szukania ponownie pracy, serio. Kiedy poczułem na języku, że mogę czuć się lepiej, niż jak wyschnięte gówno spodobała mi się ta opcja, zaczęła wydawać się niezwykle atrakcyjna w swojej niedostępności. Szkopuł tkwi w tym, że ówcześnie zaczynała być całkiem realna, czucie się choć trochę lepiej było coraz bardziej wyraźniejsze - wciąż zamglone, wciąż odległe, ale nie było już absolutnie nierealne, co uznaję za sukces okupiony dwoma i pół latami ciężkiej pracy mojego terapeuty. Pewnie gdyby nie pewne wypadki życia, sielanka mogłaby trwać dalej. Kto wie, gdzie byłbym w takim wypadku. Niestety jak to bywa, kiedy zaczyna toczyć się lepiej, przychodzi coś, co całkowicie rozpryskuje marzenia gdzieś skrzętnie chowane i dokonuje detonacji całkowitej. Nie powinienem się dziwić intensywnością, choć jednak trochę było to szokujące.

    Grypa w zapalenie płuc, zapalenie płuc w covid, covid w gronkowca, gronkowiec w sepsę. Taka sobie kolejność, zabawna kolej rzeczy. Tak przywitałem swój pierwszy dzień w pracy - natychmiastowym zwolnieniem lekarskim, które nie skończyło, jak mi się wydawało, po tygodniu, czy dwóch, ale po praktycznie roku, w trakcie którego musiałem umrzeć, zapaść w śpiączkę farmakologiczną, odżyć i nauczyć się chodzić na nowo. Odrodzić się, chociaż wcale nie w lepszej formie - biedniejszy o pracę, z której tak bardzo się cieszyłem, szansę na nowe, które klarowało się coraz bardziej i rozpad wszystkiego, co znałem i widziałem. Nikomu nie polecam trzymiesięcznego pobytu w szpitalu, choć muszę przyznać, że sny, które mi towarzyszyły ówcześnie były jednymi z bardziej interesujących, namacalnych i niezwykłych, chętnie bym do nich wrócił, bo były smaczne same w sobie. 

 Łatwo powiedzieć, by przestać żyć tamtymi wydarzeniami. Ta obelga brzmi, jakbym miał zapomnieć o tym, co się stało, a przecież jest to niemożliwe. Nawet gdybym chciał, nie jestem w stanie tego zrobić, gdy patrzę na moje ciało poznaczone teraz szlakiem wielu, wielu blizn, które mają miejsce w zasadzie wszędzie - zaczynają się na ustach, płyną przez brodę, obejmują całą szyję, obejmują całą klatkę piersiową i kończą się gdzieś na nadgarstkach. Łatwo tak powiedzieć komuś, kto nie był w tej sytuacji tym, kto dostał tyle uderzeń, kopnięć i smagnięć batem. 

"Podnieś się, walcz dalej, bo przecież ja walczyłam!"
Chcesz medal? To słodkie, że ciągle słyszę:
"A ja walczę, a ja też mam problemy i walczę, czemu ty nie robisz tego, co ja, czemu nie robisz tego tak, jak ja, czemu się poddajesz jak nie ja?!".

Czemu nie jestem Tobą? Nie wiem, odpowiedz sobie na to pytanie.

 Tęsknie za ludźmi, których wydaje mi się, że nigdy nie znałem. Być może mam kryzys tożsamościowy, może jakiś inny, ale czuję się zagrożony, to na pewno. Bliska mi relacja rozpada się w drzazgi i próbowałem, naprawdę próbowałem to posklejać, znaleźć pasujące miejsca i wcisnąć tam puzzle, choćby na siłę, nie zważając na nic. Niemniej jednak, relacje mają jedną najważniejszą zasadę - nie może być tak, że tylko jedna strona się stara. Dotyczy to niestety każdego rodzaju międzyludzkich potyczek i nie pozostawia jeńców. Jeśli ktoś nie chce być w Twoim życiu, naprawdę go do tego nie zmusisz. Realia są nieubłagane.

I tak płynę, nie wiedząc gdzie. Głównie stoję w głębokiej wodzie, nie potrafiąc pływać i panicznie macham rękoma, mając nadzieję, że gwałtowne ruchy sprawią... cokolwiek. Że zadzieje się coś, co wybudzi mnie i całe otoczenie wokół. Nie wiem, czy potrafię sobie pomóc i nie wiem, czy istnieje ktoś, kto byłby w stanie udzielić mi jakichś wskazówek. No, ktoś prócz terapeuty. 

`jak szybko żywioł może pokazać Ci, że to on rządzi?

Nie przypuszczałem, że mój największy strach od jakiegoś czasu w końcu nabierze tyle barw i stanie się rzeczywistością. Zdecydowanie nie była to rzecz, której pragnąłem - wręcz przeciwnie.
Ja zawsze lubiłem ogień. Kiedy paliło się ognisko, patrzyłem na niego godzinami. Podziwiałem. Ale i gdzieś była ta nuta niepokoju, bo to żywioł. Nie możesz go okiełznać.
No właśnie, nie możesz.
Ileż razy powtarzałem, żeby nie stawiała tyle świeczek. Wiem, że cierpi. Przecież widzę, nie jestem nieczuły, jak to zwykło się uważać. Widzę. Ale to nie oznacza, że można być w tym cierpieniu nieostrożnym. Nierozważnym. Nieodpowiedzialnym.
Poprosiłem, aby nie robiła tego i faktycznie, przez pewien moment ich ilość się trochę zmniejszyła. Ale potem znów było ich więcej. I wtedy każdej nocy gasiłem świeczki, za co dostawałem każdego kolejnego dnia kłótnię w nagrodę o to, że chcę dbać o bezpieczeństwo. Nasze, do cholery! To ogień, kobieto, tego nie jesteś w stanie tak po prostu okiełznać. To nie działa w ten sposób, nie powiesz: "Dobrze, to teraz palisz się tylko tutaj i nawet jak świat się zawali, nie możesz podpalić niczego innego".
Nie słuchała.
W zasadzie nie wiem jak to się stało. Byłem kilka minut wcześniej w łazience i nic nie zwiastowało tego, co miało nadejść. Nic.
Kilka minut później słyszę zduszony głos mojej mamy. Brzmi trochę panicznie, ale nie rozumiem słów - mam słuchawki na uszach. Pytam jej: "O co chodzi?!". Wiem, że spała. Nie odpowiada, słyszę tylko jak wybiega z pokoju. Nie wiem co mnie tknęło, ale postanawiam wstać od komputera i otworzyć drzwi. Gorąc i gęste od dymu powietrze uderza mnie w twarz. I już wiem. Słyszę to skwierczenie, to niepokojące syczenie ognia. Świeczki. Jest ciemno, nie tylko dlatego, że to noc. Drażniący dym od razu wdziera się do mojego pokoju, chociaż drzwi skutecznie zatrzymywały swąd spalenizny. Przerażenie mnie opanowuje. Przypominam sobie lekcję w remizie strażackiej, która mówiła, że jeżeli jest pożar to czas zadzwonić po pomoc. Zapominam w międzyczasie numeru, ale na szczęście rozmawiałem z Heatz podczas całej sytuacji. Graliśmy w GTA Online. Ona szybko mówi mi, gdzie mam dzwonić. Nagle uświadamiam sobie, że ma rację. Więc otwieram okno, kaszląc - dym już naprawdę wkradł się do mojego pokoju i zadomowił, jak u siebie. Kaszlę i dzwonię. Mnóstwo biurokracji - jaki to dom, ile pięter, gdzie się pali, czy wszyscy wyszli, co spowodowało pożar. Czuję zniecierpliwienie i niepokój, bo niech to jasny szlag, tam się mi dom pali, okej? Można szybciej?! Matka krzyczy do mnie, żebym jej pomógł gasić. Pukam do dziadka, a raczej walę w jego drzwi. I mówię, że mamy pożar, żeby pomógł.
Gasimy ogień, nim przyjeżdża straż pożarna i policja (po co policja, nie wiem). Wszyscy jesteśmy brudni od tej sadzy. Cały dom śmierdzi, jest pełno dymu. Wszystkie okna otwarte, drzwi także. Wietrzenie na wylot o północy zawsze jest w porządku.
Straty materialne? Stosunkowo niewielkie. Moja mama szybko się obudziła i nie doszło do prawdziwej tragedii. Spaliła się ramka ze zdjęciem, świeczki, laptop (moje stare kochanie, które miałem naprawić i dać mamie do użytku), podstawka pod laptopa, drukarka, wzmacniacze, stary (niemalże antyk) monitor i stolik, na którym to wszystko stało. Biorąc pod uwagę fakt, że tuż pod stolikiem było mnóstwo papierów, pendrive, dywany i ubrania, które nie zostały nawet tknięte, a dosłownie dwadzieścia centymetrów dalej znajdował się arsenał lakierów do włosów mojej mamy - całkiem nieźle na tym wyszliśmy. Teraz tylko pozostało nam malowanie pokoju, które planujemy na czas wakacji. A, no i pozbycie się smrodu spalenizny, bo chociaż okna otwarte są non stop (a zimno jest jak cholera), na niewiele się to zdaje. Zakupiliśmy neutralizatory zapachów z firmy ONA, zobaczymy, czy się sprawdzą (lepiej, żeby się sprawdziły, prawie DZIEWIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH!)
I tak przebiegła nasza środa, a w zasadzie noc z środy na czwartek. Był pożar. W czwartek byłem strzępkiem nerwów, teraz jest już trochę lepiej. Nie boję się wstawić garnka do gotowania, więc jest jakiś plus.
Uważajcie z żywiołami. Z nimi nie ma zabawy i chociaż są niewątpliwie piękne, to niebezpieczne. Wystarczyła chwila.
Szkoda, że musiało dojść aż do pożaru, żeby w końcu moja mama mnie posłuchała. Każdy ma prawo do żałoby, do przejścia jej tak, jak chce, ale smutek nie zwalnia nikogo z przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Chociaż podstawowych. Osiem świeczek obok siebie to naprawdę za dużo, okej? Za dużo.

Tak dużo nagrywam na Youtube, że trochę zapomniałem o blogu. Może to też wynika z tego, że nie zawsze jest o czym pisać. Gry opowiadają jakąś historię i niekiedy zdarza mi się do niej odnieść pisarsko, ale teraz topię się w Mass Effect: Andromeda, czyli grze RPG od BioWare - jakby ktoś chciał pooglądać gameplay z moim komentarzem, zapraszam serdecznie. KLIK!

PS Mój ojciec ponoć ma nowego syna. Urodził się gdzieś w marcu, ale nie wiem jak ma na imię. Facebook takich informacji mi nie przekazał.

`chciałbym być jak księżyc - najważniejszy

Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. I zdaję sobie sprawę z tego, że podobne słowa, które padają od przedstawiciela płci tzw. "brzydkiej" to raczej oznaka bycia gejem w obecnych czasach. Być może jest to jednak pewien proces, który musimy przejść, aby można było w przyszłości spojrzeć na mężczyznę i nie widzieć w nim tylko większej siły fizycznej, czy konieczności bycia tak bardzo męskim, jak bardzo się da. Być może w przyszłości oni też będą mogli być ludźmi. Osobami, które płaczą, śmieją się bez powodu, które mają swoje nastroje i ich następstwa. Oczywiście, każda z tych rzeczy występuje raczej rzadziej, niż u kobiet, ale to nie oznacza, że mężczyzny nic nie wzrusza, czy nic nie smuci do tego stopnia, że płacze.
Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. I zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem, że w tej chwili nie mam narzędzi, aby to stuprocentowo wyleczyć. Nie wiem nawet, czy jest to tak naprawdę możliwe. Zastosowałem lekarstwo tymczasowe, które służy do tego, aby zalepić wszystkie rany. Zaklejenie ich nie sprawi, że zniknął, ale dzięki temu nie będzie mi to przeszkadzało cały czas.
Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. Czuję takie stałe pragnienie, aby być w czyimś życiu na jakiejkolwiek płaszczyźnie number one. Użyłem zwrotu z angielskiego, ale myślę, że doskonale oddaje istotę rzeczy, którą musiałbym tłumaczyć dość długo w naszym ojczystym języku. Jeśli jestem przyjacielem, chciałbym być dla Ciebie najlepszym przyjacielem, który będzie miał wstęp do prawie każdego aktu Twojego życia, każdej szuflady. Jeśli jestem kolegą, chciałbym być dla Ciebie najlepszym kolegą, o którym zawsze będziesz myśleć, gdy przyjdzie Ci coś kreatywnego do głowy, co tylko mógłbyś/mogłabyś robić z znajomymi. Jeśli jestem Twoim kochankiem, chciałbym być Twoim najlepszym kochankiem, z którym noce są gorące, pełne pasji i werwy, o którą mnie nikt nie podejrzewa. Jeśli jestem Twoim partnerem, chciałbym być Twoim najlepszym partnerem, któremu możesz ufać, wiesz, że zawsze będę dla Ciebie i wszystko z pewnością się nam uda, o ile dobrze to rozplanujemy i porozmawiamy. Jeśli jestem osobą, z którą coś piszesz, chciałbym być najlepszą taką osobą w Twoim życiu, która inspiruje Cię non stop i sprawia, że żyjesz światem, którego jesteśmy twórcami.
Skąd ta potrzeba? Przecież nie we wszystkim będę najlepszy. Nie zawsze będę najlepszym przyjacielem, kolegą, kochankiem, partnerem, czy pisarzem. Nie mam pojęcia. Może wynika to z tego, że prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać.
Mówią, że skoro jesteś młody, to nic nie może Cię zatrzymać przed zdobywaniem świata i wiedzy. A ja widzę, że coś może. Chociażby przeszłość, która lubi wlec się za nami w nieskończoność i trzymać nas za kostkę, jakbyśmy byli jej niewolnikami. Może tak jest?
Może uczucie osamotnienia, które miało miejsce w bardzo wczesnych latach utrwaliło się w mojej głowie tak bardzo, że teraz chciałbym być w życiu innych ludzi kimś ważnym. Chociaż dla jednej osoby być najlepszym. Chociaż w jednym aspekcie. Ale potem chciałbym być najlepszy w jeszcze czymś, i jeszcze, i jeszcze. Głód, ogromny głód bycia dla kogoś najlepszym.
Dlatego właśnie myślę, że moje serce jest podziurawione bardziej, niż mi się wydaje. I moja dusza. Ale może kiedyś nie będę musiał jej sklejać. Może kiedyś znajdę środki, aby ją naprawić. I wtedy znów będzie nowa, bez cierpień. Wtedy znów będę mógł zdobywać świat. Oby tylko nie było na to za późno.

Proszę grzecznie o subskrypcje i lajki, jeśli podobają się Wam moje materiały. Są one głównie o grach komputerowych, to w końcu gameplay'e, ale może ktoś się zainteresuje - nawet dla mojego samego gadania. Mam nadzieję ;)

Overwatch Gameplay:


*Post inspirowany Włodkiem Markowiczem i jego najnowszym filmem:


`jak zniweczyć dwie relacje w ciągu czterech godzin

   Szczerze mówiąc, zastanawiałem się ile będzie trwała ta moja rozkoszna sielanka towarzyska. Nauczony doświadczeniem, że żadna bliższa znajomość w moim życiu nie ma prawa bytu, jeżeli zaufam w jakimkolwiek stopniu dla człowieka i cóż, historia lubi się powtarzać, a karma wracać i przypominać o tym, że w przeszłości byłem jeszcze większym chujem, niż jestem obecnie. Życie.

   Sielanka nie trwała nazbyt długo, jak się okazuje. Kilka dni temu dowiedziałem się, że planowana jest impreza w ten weekend z okazji już zaplanowanego i dopinanego na ostatni guzik wyjazdu E. No dobrze, zacząłem się zastanawiać intensywnie, no bo przecież w poniedziałek mam być w Łodzi. "Nie martw się, przenocujesz u nas i pojedziesz", usłyszałem. I byłoby wszystko dobrze, gdyby moja skrajny introwertyzm się nie odezwał. A odezwał, ku mojemu nieszczęściu. I obudził z tej niezwykłej sielanki, przypominając, że przyjdzie mi poznać tam kogoś nowego, jeżeli zgodzę się pojechać. Przyjaciółka E., a moja koleżanka ma partnera. Cóż, postanowiłem rozwiązać to jak dojrzały człowiek i porozmawiać z tą, która tego chłopaka posiada.

   No i chyba moja delikatność i wyczucie chwili oraz słów dało się we znaki. Możliwe, że zabrzmiałem nieco agresywnie anonsując, iż moja obecność na imprezie poniekąd jest uwarunkowana obecnością tego nowego dla mnie człowieka, a raczej jego nieobecnością. Cóż, najwygodniej by było, gdyby po prostu się nie pojawił. Uznałem, że to nie jest zbyt wygórowana prośba, kurcze. Przeliczyłem się, w szczególności, że do prośby to miało daleką drogę i bardziej brzmiało jak żądanie z mojej strony. Panicz Draco żąda i ma być tak zrobione, basta.

   Jak się łatwo domyśleć, owa dziewczyna nie zareagowała pozytywnie. Nawet gorzej, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. Krótko mówiąc zostałem wyzwany od dołu do góry, nie pomijając wyciągania jakichś starych, śmiesznych spraw, nazywania mnie pizdusiem i debilem, no cóż. Nie była to przyjemna konwersacja. I żeby nie było, nie uważam, że tylko ja tu zawiniłem. Być może w znaczącym przypadku i owszem, ale nie w stu procentach. Nie sądzę, aby wyzywanie było bowiem słuszną decyzją, a ku takiej się właśnie M. skłoniła. Co było w tym wszystkim najbardziej przykre? Jeżeli ją poniosło i zaczęła mnie wyzywać, wszystko w porządku. Jeśli się odwdzięczyłem, już zostałem uznany a śmiesznego i żałosnego. Sensowna logika, nie ma co.

   Co gorsza, odczułem pewną nieprzyjemność w dalszych konwersacjach. Oczywiście wiedziałem, że E. i M. mówią sobie niemalże wszystko. Ale...
 "Niemniej jednak uważam, że Wasze zachowanie było trochę dziecinne", stwierdziła E. Trudno było się nie zgodzić, kurcze. Z przykrością przyszło mi to potwierdzić. Uznałem więc, że wyciągnę pierwszy rękę, bo w końcu z mojej winy ta dziwna kłótnia wynikła. I co słyszę? Słyszę, że skąd, E. wcale tak nie powiedziała. Nie potwierdziła własnych słów, hę? O co chodzi?
   Dalej, podczas którejś z rozmów doszliśmy do wniosku, że M. nie miała nigdy sytuacji, w której nie było na chleb w domu. A od M. słyszę, że E. powiedziała "nie zrozumiałabyś biedy". No kurwa mać, za przeproszeniem... Albo ja głupieję, albo o co chodzi?

   W efekcie udało mi się pokłócić z dwoma dziewczynami. Powiedziałem prawdę. Uważam, że to wygląda bardzo dwulicowo, skoro mówię coś dokładnie takiego, co mówiła jedna, a od drugiej dowiaduje się zgoła czegoś zupełnie innego. I przykro mi, ale ja nie rozumiem zawiłości sytuacji.

   Doszedłem jednak do jednej, złotej zasady, do której zamierzam się od dziś stosować. Wystarczyło bowiem powiedzieć, że w ten weekend mam pracę i nie mogę się pojawić. Obyłoby się bez nieprzyjemności, kłótni i spięć. Uwaga, uwaga - wystarczyło skłamać i byłoby wszystko w porządku. Taka wielka filozofia. Mam nauczkę na przyszłość. Nie zawsze prawda jest czymś, czego ludzie potrzebują.

  Przy okazji, pojawił się nowy audiolog na YT. Serdecznie zapraszam.

Oddaj krew dla Lucyny Barskiej-Fijałkowskiej!

   Post bardzo niestandardowy, ale i z niestandardowego powodu. Nie oczekuję, że nagle każdy z Was będzie chciał być dobrym człowiekiem i pomóc komuś tak po prostu. Ale proszę Was o to i tak, bo myślę, że warto pomagać, przynajmniej czasami.

   Chodzi o oddawanie krwi. Dla konkretnej osoby w tym przypadku. Dziś dwie youtuberki, które bardzo lubię - KinaCzewa i Młoteczka - opublikowały filmik, w którym mówią o co chodzi. Jeżeli nie macie ochoty posłuchać, to poczytajcie mnie.
   Chodzi o matkę ich kolegi, która leży w szpitalu w Warszawie i pilnie potrzebuje krwi. W innym wypadku nie skończy się to najlepiej, niestety.
   Mowa o Lucynie Barskiej-Fijałkowskiej. Proszę, jeżeli macie ukończone osiemnaście lat i spełniacie wymogi oddawania krwi (a o nich jest w filmiku) - zróbcie to, uratujcie jej życie.


   Odpowiadając na pytanie, to jedyne, co mogę zrobić w obecnej sytuacji - prosić Was o pomoc. Sam mam niedoczynność tarczycy, przyjmuję hormon tarczycy i automatycznie wyklucza mnie to z możliwości krwiodawstwa. Ale może Wy albo ktoś w Waszym otoczeniu okaże dobre serce i pomoże tej kobiecie, na to szczerze liczę.


Obejrzyjcie proszę filmik i z góry dziękuję Wam za pomoc.
Jesteście wielcy.

`psycho

   Coś około dwóch tygodni temu zdecydowałem się, w geście desperacji, na napisanie listu do I. Być może nie było to zbyt mądre posunięcie, ale zainspirowany znalezionymi (a wcześniej schowanymi) listami postanowiłem zrobić coś tak nierozsądnego.
   Znaczy wiecie, listy pisać jest bardzo fajnie, nawet jeden ostatnio wysłałem do pewnej youtuberki i jest z tego filmik (KLIK), kwestia tego typu z jaką zawartością on jest. Przyznajmy sobie szczerze, na pewno brzmię jak zdesperowany i bardzo dziwny człowiek w tworze, który poszedł do I. Trochę mi za to wstyd.
    Z drugiej strony myślę, że były to słowa, które w końcu musiały zostać wypowiedziane tak, jak ja potrafię najlepiej. A że konwersacje idą mi średnio, dużo lepiej sprawdzam się na polu pisania... Cóż.
   W każdym razie, niepokoi mnie cisza, która po nim nastała. Być może tylko przesadzam i nieco dramatyzuję, bo boję się efektu, jaki ten list mógł wywołać, ale...


   Zakładając, niezwykle optymistycznie, że dostaje ktoś z Was list. Jest to Wasza dawna miłość, byliście w związku, było fajnie. Rozstaliście się, bo partner był nazbyt zaborczy i taki... No właśnie, taki. Mija kilka lat, w trakcie których macie kontakt, ale wyraźnie ograniczony, dystans jest zachowywany dzięki Wam. I dostajecie list, w którym są słowa, że jest to inspirowane Waszymi słowami, w których było, że zawsze będziesz kochać tego swojego byłego i w ogóle, omnomnom, wiadomo. No i wyznanie, że minęło tyle czasu, a on ciągle coś do Ciebie czuje.
   Jakbyście zareagowali? Wyśmiali? Tak... Ja chyba też. Jakiej ja się reakcji spodziewam?

`ciepło ucieka, czas je gonić

    Gdy byłem mały święta kojarzyły się jakoś cieplej. Nie znam powodów, dla których tak było. Może to kwestia mieszkania, chociaż chyba niekoniecznie, bo przecież nieważne gdzie jesteś, ważne jest z kim. Może to kwestia tego, że w tym roku było jakoś wyjątkowo smutno. I w tym roku wyjątkowo dużo osób pytało mnie, jak minęły mi święta. Dobrze, co mam Wam powiedzieć, kochani? Że pomimo jakiegoś tam uśmiechu nie było wcale tak szczęśliwie? Że idea ciepła i miłości wcale mnie nie dotyczy?
    Współczułem komuś, kto miał bardzo podróżujące święta, ale w zasadzie wolałbym je spędzić tak, a w dalszym ciągu czuć tę czułość i miłość, której łaknie przecież każdy człowiek, niż spędzać ten czas z człowiekiem, którego nie lubię, z koleżanką i matką, która chociaż się stara, to chyba stara się trochę za bardzo i nie w tę stronę. To nie był rodzinny czas. Nieistotne jest to, czy wierzę w całą religijną otoczkę Bożego Narodzenia, czy nie. Sądzę, że ten czas powinien być ciepły, czuły, miły. Taki, który będziemy wspominali z uśmiechem. Nie z łzami w oczach.
    Tymczasem siedzisz tu, Dawid. Drugi dzień świąt, jesteś sam. Żałujesz, że nie założyłeś się z matką, bo znowu miałeś rację - mówiłeś jej, że z pewnością właśnie teraz sobie pojedzie do swojego faceta i miałeś rację, chociaż ona mówiła, że przecież tak nie będzie. Z tej twojej racji przynajmniej wynikłyby pieniądze, za które mógłbyś kupić sobie towarzystwo. A tak, ani towarzystwa, ani ciepła, ani miłości.

    Są takie momenty, gdy człowiek czuje się bardzo samotny, chociaż wokół niego są ludzie. Moja Wigilia taka była. Fałszywe składanie życzeń, bo nie masz pomysłu, co możesz powiedzieć. Albo czekasz, aż druga osoba zacznie, a ty skwitujesz to "Nawzajem". Albo "wzajemnie", żeby zaszokować.
Pytam matki, czy wróci do czasu Sylwestra, bo przecież w środę jadę do Warszawy i nie będzie mnie. Ona mówi, że oczywiście i co ja sobie myślę. Milknę, ale moje oczy mówią jej chyba wszystko. Mówią, jak bardzo smutny i rozczarowany jestem tym, że znowu mnie zostawia. Przyzwyczaiłem się do samotności, tak sobie mówię. Nie mieszkam już z nią, sama o tym zadecydowała. Ale brakuje mi kogoś, czegoś. Nie mam nawet psa, który mógłby spojrzeć na mnie, połasić się, zapiszczeć, że chce na podwórek. Kogoś, kto by mnie swoją prostotą tak zwyczajnie wyciągnął z smutku, w jaki nieraz zdarza mi się popaść. Jestem tylko człowiekiem, każdy ma swoje słabsze dni.

   Złudnie spodziewałem się, że te święta dadzą mi siłę. Ciepło, którego jak się okazuje potrzebuję. Ale nie było tak. A szkoda.
Najgorsze uczucie? Kiedy wchodzi do pokoju matka, widzisz ją. Nie przychodzi wziąć Twój napój albo łyka herbaty. Nie. Siada obok Ciebie, na łóżko, zerka na monitor laptopa. I już wiesz, że jest coś, co ona chce Ci zakomunikować, ale nie do końca wie jak. Uśmiechasz się gorzko, bo wiesz o co chodzi. Ułatwiasz jej to. "Jedziesz", mówisz. Nie pytasz, stwierdzasz fakt. Ona przytakuje. Ale stara się brzmieć pozytywnie, entuzjastycznie. Pyta się Ciebie, czy zamrozić rybę po grecku, rybę smażoną, czy zamrozić bigos. Odpowiadasz zdawkowo, na wszystko proste "Tak.". A wtedy ona siedzi dalej i wiesz, że chce powiedzieć coś więcej. Ale te słowa nigdy nie zostają wypowiedziane, tchórzy. Patrzy na Ciebie, Ty nie patrzysz na nią. Wychodzi. Słyszysz poczucie winy. A sam starasz się zamaskować smutek.

   Wypijmy za smutek. Niech odejdzie w końcu precz. Wypijmy za łzy. Za śpiew, za kobiety, za seks. Wypijmy za siebie. Bo nie możesz powiedzieć drugiej osobie więcej, niż ostrzeżenia. Nie możesz wyperswadować innej osoby z głowy kogoś bliskiego dla Ciebie. Ona wie, dlaczego powinna coś zostawić, ale serce chce, czego chce.

Nigdy jakoś szczególnie Seleny nie lubiłem, ale tekst piosenki jakoś szczególnie pasuje do mojej matki. I może do mnie trochę też, ale nie chcę się do tego przyznać.


`dzieciństwo w dobie Internetu i poznawanie starszych

    Gdy miałem swój pierwszy, dłuższy kontakt z Internetem miałem jedenaście-dwanaście lat. Wynikało to z tego, że moi rodzice się rozstali, w związku z czym nie miał mnie kto kontrolować. Mama pracowała, ojca już nie było, a wiadomo, że kończyłem wówczas zajęcia dużo wcześniej, niż obecnie.
    Był to czas popularności serwisu wporzo.pl (który już nie istnieje). Była to mała społeczność. Zakładało się różne tematyczne blogi i to właśnie tam powstawały pierwsze opowiadania mojego autorstwa. Tam też poznałem co to RPG, ówcześnie nazywane "rodzinkami wirtualnymi". Brało się jakąkolwiek sławną postać z show-biznesu i pisało się nią, oczywiście. Chyba najbardziej obleganymi gwiazdami to byli bliźniacy z Tokio Hotel - jeśli chciało się nimi pisać, to ewidentnie trzeba było zakładać nową "rodzinkę", bo tak zawsze byli zajęci.
   Różne osoby tam były pod względem wiekowym, subkultur i wszelkich innych kwestii. Do tej pory pamiętam kilka ksywek, jak Pixie, Marz albo Ines (a to akurat imię). Gdy zdarzyło się, że spotkałem w tym bardzo zamkniętym kręgu (gdzie każdy każdego znał) nową osobę dużo, dużo starszą od siebie (powiedzmy w granicach dwudziestu lat) to było to bardzo wielkim wydarzeniem dla mnie. Osobistym. Nie wiem dlaczego. Być może czułem się fajny, gdy ktoś tak dorosły chciał ze mną prowadzić konwersację. W tej chwili już tak nie mam, oczywiście, ponieważ obracam się w bardzo różnorodnym towarzystwie, głównie starszym od siebie. Nie robi to na mnie wrażenia, ponieważ nauczyłem się nie patrzeć na ludzi przez pryzmat ich wieku, niemniej jednak ówcześnie było to dla mnie ważne.
    Piszę o tym dlatego, że w ramach projektu, który został przeze mnie zrealizowany jakiś czas temu grałem w grę Miss Fashion. W dalszym ciągu co jakiś czas wchodzę na konto i sprawdzam co nowego. Jest tam pewna trzynastolatka, która kiedyś tam z jakiegoś powodu mnie zaczepiła (prawdopodobnie nie dowierzała, że jestem chłopakiem, co się zdarza).
    Wiecie jak to jest. Kiedy rozmawiasz z dzieckiem to ta konwersacja nie jest tak pełna, gdy wychodzę ze znajomymi na piwo, na przykład. Po prostu są tematy, które na danym etapie swojego życia ta dziewczynka nie zrozumie i są takie rzeczy, których ja już nie zrozumiem, chociaż kiedyś dla mnie też były bardzo ważne (czasami). To tak, jak z śpiewaniem. Gdy miałem osiem-dziesięć lat miałem sąsiadkę, która była ode mnie sporo starsza. Traktowała mnie protekcjonalnie, oczywiście, a ja chciałem za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z nią. Wykorzystała mnie swego czasu, ale to już materiał na inny temat. W każdym razie bardzo lubiła włączać muzykę i śpiewać do niej, nie wydając głosu. Naśladować daną wokalistkę i udawać, że to ona nią jest. Gdy kilka razy przyszedłem do niej i ona właśnie w ten sposób się bawiła, dla mnie wydawało się to bardzo dziwne i głupie. No bo... po co to robiła? Nie mogłem tego zrozumieć. Z biegiem czasu miałem coś bardzo podobnego, nawet po dziś dzień mi to zostało. Do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.
    Krępuje mnie to, że ta dziewczyna z Miss Fashion ostatnio spytała mnie, co bym powiedział, gdyby poprosiła o bycie jej przyjacielem. Spróbowałem wyjaśnić jej to jak najlepiej potrafię - że nie podchodzisz do człowieka i nie pytasz się go "Będziesz moim przyjacielem?", tylko to po prostu się dzieje. Tylko że... ja nie potrafię rozmawiać z tak młodymi osobami i myślę, że niespecjalnie mi to wyszło.
    Wiecie, mógłbym być bardzo chamski i dosłowny. Powiedzieć, że jest gówniarą i nie interesują mnie jej małe problemy, którymi mnie obarcza i oczekuje czegoś. Pyta mnie, jak powiedzieć koledze z klasy, że jej się podoba albo chce zgadywać jak wyglądam... Wkurza mnie, jak każde, KAŻDE najmniejsze słowo zdrabnia - człowiek, który pisze od jedenastego roku życia w jakiś tam sposób widzi "Ct?" i nie ma bladego pojęcia CO TO po prostu głupieje. A potem dowiaduje się, że to "Co tam?". Rozumiecie. Pięć literek i spacja. Ciężko napisać.
Albo czytam odpowiedź, że ona jest inna i dlatego pyta, czy chciałbym być jej przyjacielem.

    To trudne, bo wiem jakie to uczucie rozmawiać z kimś starszym, gdy samemu ma się bardzo mało lat, niemniej jednak nie mam bladego pojęcia jak wybrnąć z tej sytuacji z twarzą... no i żeby nie skrzywdzić tej małej. Jest dzieckiem w dobie Internetu. Mnie kiedyś zdarzyło się też mając dwanaście lat rozmawiać z dwudziestolatkiem i gwarantuję, że to nie było zbyt... hm. Komfortowe z perspektywy czasu.
    To tak, jak te popularne (?) filmiki, gdzie dzieci pytają jak zostać syrenką z H2O, bo naoglądały się bajki. I niemal z płaczem proszą o pomoc. Dzieciństwo to taki czas, w którym wierzy się w takie rzeczy. Przykre jest jednak to, iż ludzie naśmiewają się później z takich osób, które po prostu żyją w swoim małym jeszcze, ciepłym i bezpiecznym świecie bardzo dużej młodości. Dla nich ważne, dla nas - zabawne i głupie.
    Tylko pytanie - czy warto mieszać te dzieci z błotem za to, że są dziećmi w dobie Internetu?

`perypetie z podróży

    Wczorajszy dzień nie był moim najlepszym dniem życia, zdecydowanie nie. Jakiś czas temu zdecydowałem się w końcu zapisać do ważnego dla mnie lekarza, który jednak znajduje się w Łodzi. I wczoraj właśnie miała odbyć się wizyta. Więc wsiadam w ten pociąg o 4:10 rano, a ponieważ nie ma bezpośredniego, to jadę z przesiadką w Warszawie. I dobra. Po siódmej nachodzi mnie myśl, że może jednak zadzwonić tam do lekarza, potwierdzić moje przybycie, bo jednak jadę z Białegostoku. Ale wtedy myślę sobie, że przecież gdyby odwołali, to bym dostał telefon. No to jadę. Sześć godzin w jedną stronę, 39 zł w jedną stronę. Jadę.
Jestem na miejscu. Współczuję w tym momencie WSZYSTKIM, którzy mieszkają w Łodzi. Narzekam na własne, ale to jest dopiero porażką. Brzydkie, zaniedbane, wygląda jak na slumsach. Znakomita większość miasta. Zadziwiająco szybko odnalazłem się w terenie, czego się nie spodziewałem. I na miejscu, uwaga, dowiaduję się, że lekarka ma pogrzeb i niestety, ma dziś wolne. No i wszystko szlag jasny trafił. Pyta, czy wizyta może być na dzisiaj i czy mam możliwość jakiegoś noclegu. A ja, że nie, w kieszeni mam tylko tyle co na powrót i jakieś drobiazgi, nic ponadto. Znajomych w Łodzi jak na lekarstwo, kilka z legionu w Aionie, ale znam ich niespełna tydzień, no do diabła ciężkiego.
    Wizyta na piętnastego przełożona, wracam. W stronę lekarza jadę tramwajem, ale jak pojechać z powrotem na dworzec? Idę na przystanek autobusowo-tramwajowy, a tam dupa, nie ma chcianej przeze mnie szóstki lub piątki, jest tylko szóstka nocna. Niech to cholera weźmie. No to co, taksówka, bo pociąg za dwadzieścia minut. Tylko nie mam numeru. Rozglądam się, może gdzieś jakaś stoi. A gdzie tam. Niby jakiś targ obok, ale taksówki ni widu, ni słychu. Jakaś przejeżdża, jest numer. Zapisuję, dzwonię. Nie ma takiego numeru. No chyba sobie kpicie?! Wracam do lekarki, szuka ona w Internecie. Nie potrafi znaleźć. Ręce mi opadły. Poszła zapytać kogoś. Dostałem numer, dzwonię. Taksówka przyjedzie za pięć minut. Ave legiony. Podjechała. Jestem na miejscu w kilka chwil, płacę trzynaście złotych. Nie jest źle. Idę kupić bilet do domu. Mówię, że ma być uczniowski i szukam peronu. Łódź Chojny to TAK WIELKIE ZADUPIE, że ma tylko dwa perony, a pociąg regionalny w jakąkolwiek stronę nie jest oznaczony, że jedzie tu albo tam - domyśl się, ha. No nic, wsiadłem, jadę. Konduktor prosi o bilety. Następnie o legitymację. I nagle dowiaduję się, że mam bilet studencki. Ja zdębiały patrzę na świstek papieru i faktycznie. Jak wół. Od dziś, moi mili, uczniowski to to samo co studencki. A mówiłem, kurwa. Patrzę na drugi bilet, z Warszawy do Białegostoku i to samo. Dubel, też studencki. No i co ja mam zrobić, dopłacam konduktorowi różnicę. Jestem już w Warszawie, zapas czterdziestu pięciu minut czasu. Idę więc do okienka z biletami by wymienić ten swój na taki z 37% ulgi. I dowiaduję się, że nie niestety, to nie tu. Mam iść na piętro, do auli czy czegoś i w informacji to wykonać. Tak, mówimy o Warszawie Centralnej. To idę. Numerek. I czekamy. Czas się kurczy. Moja kolej, bilet wymieniony, różnica zapłacona. Jeszcze trochę czasu jest. Idę więc do łazienki, a kolejno do Starbucksa. Kupuję cudowną mochę z lodem i dodatkową czekoladą. Sprzedawca pyta mnie o imię, a na dźwięk nie damskiego, a męskiego "Dawid" aż się zdziwił, ale to mnie rozbawiło. Wracam na dworzec, zaraz powinien być pociąg. A guzik, opóźnienie dwadzieścia minut. To idę do Subway'a kupić sobie kanapkę. Kupiłem, taką małą, bo myślałem, że zaraz będzie pociąg, więc niedługo wrócę do domu. Wydłużyli czas opóźnienia o dziesięć minut, pięć, kolejne dwadzieścia i czterdzieści. W sumie wyszło sto minut opóźnienia, gdybym wiedział o tym od razu, poszedłbym do Subway'a kupić kolejną kanapkę, przeszedłbym się po całym centrum, może gdzieś jeszcze, ale po co informować o tym z góry. No po co! No nic, dojeżdżam w końcu do Białegostoku, autobus był osiem minut temu. Pomyślałem, że taksówka wyniesie mnie z dziesięć złotych, bo tak zwykle to kosztuje, więc pojadę w ten sposób do domu, bo nie mam siły czekać na mpk. Idę, mówię gdzie i jadę. Koniec trasy, siedemnaście złotych. CO KURWA?! Ile?! Od kiedy?! W nocy kosztuje dziewięć osiemdziesiąt... O wy... Czyli nocą jest TANIEJ? Wkurwiony, zmęczony i zrezygnowany, ale w przedziwny sposób rozbawiony wracam do domu, biorę spaghetti, jem sobie, odpisuję na posty na forum i... Zasypiam.

    Pomyśleć, że za tydzień czeka mnie dubel z podróży - aż się odechciewa. Szczególnie, że wtedy nie wiem czy będę miał pociąg do Białegostoku, bo możliwe, że nie będę. Yay. Tak czy inaczej. Nie stać mnie na kolejną taką podróż, więc będę musiał prosić matki o pomoc. Jak cudownie.

Wspomniałem o forum. Chciałbym zaprosić Was do niego. Jeśli lubicie RPG, pisać i spędzać czas na tworzeniu fabuły jaka Wam się zamarzy to zapraszam na Rainbow RPG. Forum dopiero zaczyna, powstało dosłownie "na dniach", wobec tego niewielu jest ludzi i niewiele możecie jeszcze tam zobaczyć. Niemniej jednak poziom raczej niski nie będzie, a każdy może spróbować swoich sił i po prostu dobrze się bawić. Oczywiście także mam tam swoją postać, ale kto to jest - pozwolę sobie nie zdradzić, szukacie sami! Administratorką jest moja serdeczna koleżanka, także polecam, raczej będzie pozytywnie. Już my się o to postaramy.

+ dwa zdjęcia z podróży na Instagramie!

`krótki czar

Załapałem fuchę na jutro nocną, inwentaryzacja i jestem przerażony. Jeden raz tylko, ale zawsze trochę złotych wpadnie. I tak się boję. Aaaa!

Reszta bez zmian.

`edukacyjny blask

Po pierwszych zajęciach w nowej szkole. Wyklarowały się już pewne przemyślenia, które postanowiłem w tej lub innej formie powoli ubrać w słowa. Przede wszystkim, spodziewałem się czegoś dużo gorszego, wyszło jednak nie aż tak źle. Pfu, pfu, byleby nie zapeszyć - nie warto mówić takich rzeczy już teraz. Jestem zmęczony, ponieważ lekcje trwają od ósmej trzydzieści do szesnastej pięćdziesiąt - przynajmniej w przypadku dnia dzisiejszego i jutrzejszego, zobaczymy jak będzie za dwa tygodnie. O ile przedmioty, które mi się akurat trafiły na dzień dzisiejszy aż tak fatalne nie były (wos, angielski, fizyka i matematyka), o tyle osiem godzin daje w kość.
Osób jest trochę w grupie, ale wciąż się to zmienia i może być jeszcze ktoś nowy, jako że rekrutacja się nie skończyła. Większość to osoby stosunkowo młode, w granicach osiemnastu-dwudziestu sześciu lat. Jest parę tych powyżej owego roku, klasyfikujących się gdzieś pomiędzy trzydziestym piątym rokiem życia, nie widzę jednak w tym większego problemu.
Co mnie zainteresowało to to, że prawdopodobnie mam w klasie osobę transseksualną. Nie mam pewności, niemniej jednak jest jedna persona, która kobiecy ma tylko głos, cała reszta jest zupełnym przeciwieństwem definicji kobiecości. Wygląda jak ja, tylko wersja slim/light. Oczywiście nie interesuje mnie to z czysto złośliwych względów, a bardziej takich... Czy ja wiem, dodających otuchy, jak sądzę.
Ogółem myślę, że może nie będzie aż tak fatalnie, jak się obawiałem. Nerwy odnośnie jutra są dużo mniejsze.

Jedyne, co w chwili obecnej może mnie martwić to nie szkoła, nie edukacja, zdecydowanie nie, a oczywiście to, co zwykle - mój związek. Postanowiłem jednak przez jakiś czas nie rozwodzić się na ten temat, bowiem już wystarczająco dużo żalu jest na blogu w tym temacie i nieładnie jest się ciągle powtarzać.

Liczę na to, że będzie w porządku powoli w każdym aspekcie. No, i że w tym nieszczęsnym październiku uda mi się w końcu umówić na wizytę do Robachy - ostatnio znów okazało się, że nie ma miejsc. Soczyste "kurwa" przydałoby się, zdecydowanie.
© Agata | WS | x x.