Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

`jak to życie potrafi zaskoczyć

Moment, w którym dowiadujesz się, że niespecjalnie lubiana przez Ciebie osoba nie żyje jest bardzo dziwny. Z jednej strony nie zachowujesz się tak, jak wszyscy wokół - nie płaczesz, nie ciągasz nosem, nie dramatyzujesz. Przyjmujesz smutną rzeczywistość całkiem spokojnie.
Masz też wrażenie, że coś z Tobą jest nie w porządku. Że jesteś potworem, który nie ma uczuć, bo nie reagujesz jak reszta.
No nie reagujesz.
Nie wiem, czy jest to rzecz, którą chcę pamiętać, ale z drugiej strony, jakim by nie był człowiekiem i ile złego by nie wyrządził, to dalej istota żyjąca. Humanoidalna. Posiadająca swoje myśli i pragnienia. Zagubiona jak cholera w czeluściach narkotycznego amoku, oczywiście, że tak. I nie akceptowałem tego całym sobą, tak bardzo, jak tylko się dało. Ale nie życzyłem mu śmierci. Ta odnalazła go jednak sama.
Z poniedziałku na wtorek zmarł były partner mojej matki - piszę "były", bo kilka dni temu z nim zerwała. Który raz, nie będę w to nawet wnikał. Tym razem miało być już "na serio". No, faktycznie. Jest. W środę został znaleziony przez moją matkę w swoim mieszkaniu na prośbę jego matki, która była zaniepokojona, bo nie mogła dodzwonić się do syna. Okazało się, że już nie żył.
W mieszkaniu był sam. W pidżamie. Na stoliku trzy kreski z heroiny. Krew na białym, puchatym dywanie. Powód? Prawdopodobnie wylew połączony z kilkunastoletnim ćpaniem. Jego organizm po prostu już nie wytrzymał.
Sekcja trwa. Tak, okazuje się, że jeśli przy zdarzeniu były narkotyki, to wchodzi w to cała policja, śledztwo i sekcja. Dość oczywiste.
Osoba, z którą tak chciałem, żeby moja mama się rozstała nie żyje. I nie, to nie tego sobie życzyłem. Po rozstaniu moja mama byłaby smutna, może trochę podłamana, ale pozbierałaby się z pewnością szybciej, niż po czymś takim. Niż po nagłej śmierci.  A tak, zachowuje się tak, jak wtedy, gdy miałem jedenaście lat i odszedł od nas mój ojciec. Dokładnie to samo. I wiem, jak to będzie przebiegało. Martwi mnie to. Ale czy mogę coś zrobić?
Pozostaje mi mieć nadzieję, że teraz jest Ci lepiej, skończony idioto. Może chociaż tam nie uzależnisz się od niczego, co? :)

`bo tańczyć chcę na nowo

Stawiam pierwsze, bardzo nieśmiałe kroki na lądzie, którego nie znam. Rozglądam się dopiero, udeptuję podłoże i sprawdzam, czy mogę na nim stanąć choć odrobinę pewniej, niż zazwyczaj. Nie mam pewności.

Może właśnie dlatego trochę zamilkłem tutaj. Zazwyczaj jest tak, że jeśli nie mam z kim porozmawiać o trapiących mnie rzeczach, piszę. I mógłbym pisać dalej, pomimo wszystko, ale nie wiem czy kolejna notatka o związku mojej mamy, który mnie obecnie bardzo martwi miałby sens. Nie wiem, czy jest to wspomnienie, które chciałbym mieć w pamięci na dłużej.
Próby walki o swoje pragnienia, marzenia i plany - tak, to jest coś, co by mnie interesowało w przyszłości, chciałbym o tym pamiętać.
Nieważne jaka przyszłość będzie dla mnie realizowana.

Coraz częściej myślę o tym, że jeśli umrę nagłą śmiercią, nie stanie się nic wielkiego. Nie wiem skąd ta przykra konkluzja, ale nawiedza mnie co jakiś czas, gdy pojawia się dziwny i niezidentyfikowany, bardzo krótki ból z boku, po lewej stronie przy żebrach.

Byłbym wdzięczny za wszelkie okejki i subskrypcje, jeśli zainteresuje Was mój kanał. Raczkuję, klęczę w tym, można by rzec, ale staram się.

`możesz być na zakręcie, ale to nie znaczy, że nic z ciebie nie będzie, Chloe Price!

Na forum o Life is Strange na Steam padło pytanie, dlaczego ludzie tak bardzo lubią Chloe, jedną z głównych bohaterek, skoro jej decyzje lub słowa są niekiedy po prostu krzywdzące. I zacząłem o tym myśleć. Chciałem się tam wypowiedzieć (i zapewne to zrobię, w końcu), ale postanowiłem wybrać łatwiejszą opcję na tę chwilę - język polski, a więc ojczysty. W ten sposób zdecydowanie łatwiej zbiorę słowa, będę wiedział, co chcę przekazać, a być może wkrótce będę miał okazję, aby przekazać moje racje w innym języku. Tymczasem...

Life is Strange to gra z wyborami. Główną bohaterką jest Max, osiemnastoletnia dziewczyna, która powraca do Arcadia Bay - miasta, w którym niegdyś dorastała. Przed pięciu laty wyjechała wraz z rodzicami, poniekąd do tego zmuszona. Przez ten okres czasu nie odzywała się do przyjaciółki, którą zostawiła w Arcadia Bay - Chloe. Gdy powraca, dzieją się dziwne rzeczy - między innymi Max odkrywa, że potrafi cofać się w czasie. Jej relacja z przyjaciółką z dzieciństwa odnawia się.

SPOILERY ALERT, jeśli nie skończyłeś gry - nie czytaj dalej! A jeśli czytasz, robisz to na własną odpowiedzialność!



Price to typ bad girl, ale nie bez powodu tak się stało. W momencie, gdy Max musiała wyjechać, ojciec Chloe zginął w wypadku. Dziewczyna miała ewidentnie lepszy kontakt z tatą, w związku z czym stratę przeżyła okropnie - tym bardziej, że bliska osoba, czyli przyjaciółka musiała wyjechać. Z pewnością młody wiek Price nie poskutkował pozytywnie - nie umiała sobie z tym poradzić. Jej matka, Joyce, po jakimś czasie znalazła nowego partnera, nauczyła się żyć na nowo po niewątpliwie bolesnej stracie - naprawdę kochała swego męża i ojca jedynej córki. Nowy partner to typ, który był długo w wojsku, na służbie. Ma lekką obsesję na punkcie bezpieczeństwa swojej rodziny, co ewidentnie wynika z pobytu na wojnie. Nie dogaduje się z pasierbicą. Chloe wpada w niezbyt ciekawe towarzystwo, alkohol i narkotyki to raczej codzienność. Dziewczyna spotyka w końcu Rachel, która naprostowuje trochę jej życie. Jest taką Max, trzymającą w ryzach niespokojnego ducha niebieskowłosej. Próbują wyrwać się z miasta i zacząć wszystko od nowa, aż ta znika bez słowa, co wydaje się bardzo podejrzane. Max spotyka dawną przyjaciółkę w momencie, w którym jest punkówą - niebieskie włosy, wytatuowany rękaw itd.
W trakcie rozgrywki wielokrotnie Chloe daje Max do zrozumienia, że nie zapomniała jej zniknięcia, jej braku. Prawdą jest, że troszkę wpada w melancholię i użalanie się nad sobą. Okej, może troszkę bardzo. Jej decyzje są niekiedy nierozsądne i absolutnie głupie, ale hej, jest nastolatką! Większość ludzi w wieku osiemnastu lat nie jest rozsądnych.



Co sprawia, wobec tego, że lubię Chloe? Przede wszystkim, nie uważa Max za nieciekawą osobę. Szanuje ją i to jest, uważam, fantastyczne. W późniejszej części gry (w zależności od naszych wyborów może pojawić się to wcześniej, niż na samym końcu) przeprasza ona za swoje zachowanie i zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo egoistyczna mogła być. Chloe jest uparta i nie zawsze ma rację, ale za każdym razem, gdy Max się z nią nie zgadzała jest w stanie wysłuchać jej i przeważnie zauważała swój błąd i pochopność decyzji. Nie jest zupełnie niereformowalną istotą, co uważam za niezły początek. Chloe jest mocna. To słowo może nie jest w stu procentach odpowiednie, aby określić jej osobowość, ale myślę, że w kontekście mojej wypowiedzi - pasuje. Jest zazdrosna, gdy odbieramy telefon od Kate w epizodzie drugim, ale i potrafi współczuć i zwrócić uwagę na to "jak ty musiałaś się czuć" w epizodzie piątym, gdy Max wyjawia, jak bardzo chciała pomóc swojej przyjaciółce i naprawić jej przeszłość, nie pozwolić, aby jej tato umarł - a jakie miało to konsekwencje i do jakiej decyzji była doprowadzona (przeprowadzenie eutanazji na Chloe w alternatywnej rzeczywistości lub nie). Nadaje trochę dynamiki w życiu Max, która jest raczej spokojną osobą. Chloe sprawia, że wkrada się nutka szaleństwa, która jest potrzebna w młodym wieku.
Chloe Price może być denerwująca, z pewnością niekiedy taka jest, ale każdy z nas był (i jest) zmienny, gdy dorastał. Poza tym, widmo niebezpieczeństwa, jakie krąży nad Rachel, która zniknęła z pewnością sprawia, że Chloe jest jeszcze bardziej... niezorganizowana.

Dyskusja na Steamie, która mnie zainspirowała znajduje się w dziale "Life is Strange" i nazywa się "Chloe sucks, here's why (Spoilers)".

`próbowałem być normalny, ale wyszło jak zwykle

Jestem młodym człowiekiem, który spotkanie z pierwszą pracą miał stosunkowo późno. Nie wiem, czy wynika to z braku doświadczenia, czy niewielkiego wykształcenia pomimo wieku (powinienem być teoretycznie na drugim-trzecim roku studiów, a jestem dopiero po szkole średniej). Nie mnie to oceniać. Koleżanka załatwiła mi prace w Żabce. Nic wyszukanego, jasne, ale pomyślałem sobie, że czemu nie. Potrzebuję pieniędzy, doświadczenia, czegokolwiek. Spróbowałem. Nie wyszło.

Na początku warto wiedzieć, że jestem introwertyczną osobą. Nie jest to żadna wymówka, ale fakt faktem nie do końca potrafię pracować z osobą face to face. Uważam, że mój pierwszy dzień w pracy wypadł w miarę pozytywnie pod względem ciągłego kontaktu z klientem. Do moich obowiązków należało jednak dużo zbyt dużo - nie byłem na to gotowy i jest to powód, dla którego zrezygnowałem z tej pracy.
Jako pracownik Żabki pracuję na sklepie sam. Wobec czego muszę zadbać o otworzenie sklepu, jeśli jestem na zmianie dziennej, zadbanie o wniesienie i rozłożenie świeżego pieczywa, a także gazet. Papierkologia w tej kwestii także musi zostać zrealizowana. Otwieram sklep, stoję na kasie. Przyjmuję pieniądze, dbam o fundusze wszelkiego rodzaju, dokładam do półek, odpowiadam za cały sklep własną osobą i piersią. Nie mam żadnego doświadczenia, a trzy dni, które miałyby mnie przygotować na prowadzenie sklepu samodzielnie - dla mnie to za krótko, serio. Zmiana popołudniowa, także dbam o ekspozycję sklepu, o dostępność towaru, dokładam w razie braków. Jestem jednocześnie na kasie. Zamykam sklep, sam myję podłogę, a także liczę pieczywo i gazety, które zostały - w związku z tym muszę też wypełnić papierki. Liczę pieniądze w kasie, cały dzienny utarg. Oby był jak najlepszy, minusy nie są mile widziane. Zamykam pieniądze w sejfie, loguję się w systemie i odznaczam swoją obecność, czas, jaki pracowałem (dziesięć godzin około) i see ya. Cały czas, odpowiadam sam za sklep.

Nie przeraża mnie ilość tego, co trzeba zrobić. To w porządku, okej? To dorosłe życie i doskonale o tym wiem, akceptuję ten fakt. Ale przeraziło mnie to, że przez całą moją zmianę jestem sam i muszę odpowiadać za wszystko. Wpadłem w panikę, jeśli mam być szczery i potraktowałem swoją szefową raczej niezbyt miło, informując ją, że jednak nie przyjmę tej oferty - bardzo za nią dziękuję, ale dla mnie odpowiadanie za sklep, który nie jest mój to trochę zbyt duża odpowiedzialność, której na chwilę obecną nie potrafię podjąć. Nie potrafię. Może to czyni mnie słabym, może to sprawia, że się poddałem w oczach wielu ludzi - nie wiem. Nie mnie to oceniać. Ale za 1200zł mieć na głowie odpowiedzialność za cały sklep i asortyment, a także papierkowość - to nie dla mnie. Po jednym dniu czułem się tak zestresowany, że nie mogłem spać, chociaż zmęczone ciało błagało mnie o odpoczynek.

Pracy poszukuję nadal. Czasem myślę, że popełniłem duży błąd, nie próbując pociągnąć tego dłużej. Nie podjąłem tej decyzji samodzielnie - nie potrafiłem. Radziłem się kogoś, kto ma w tej kwestii dużo więcej doświadczenia, niż ja - mojej mamy. W pewien sposób zdjęła ze mnie jakiś ciężar, tak myślę.

`żaden ptak nie jest idealny

Ostatnio podjąłem kurację przeciwko łupieżu zaleconą przez dermatologa. Jest to trochę temat tabu, sam odczuwam to bardzo mocno - to wstydliwa przypadłość, która może przytrafić się każdemu z nas. Szczególnie apel do młodych osób - jeśli jesteś osobą dojrzewającą i masz problemy z łupieżem, nie wstydź się tego. Szczególnie w tym okresie jesteśmy narażeni na tego typu zmiany skórne, hormony mogą zrobić bardzo wiele dziwnych rzeczy. Jeśli szampony przeciwłupieżowe nie sprawdzają się, po prostu idź do dermatologa - nie przeciągaj tego tak długo, jak ja to zrobiłem.
Pierwszy raz łupież pojawił się, gdy miałem coś około jedenastu lat. Nie wiem z jakiego powodu, być może właśnie zaczęły działać hormony. Od tego czasu znikał on i pojawiał się wielokrotnie - nie jestem w stanie tego wszystkiego zliczyć. Krótko mówiąc, uprzykrza mi życie bardzo skutecznie i dotychczas byłem skazany na używanie tylko i wyłącznie szamponów przeciwłupieżowych, a z czasem zwykły Syoss, czy inne takie - nie działały. Musiałem sięgać tylko po Nizoral i tego typu ciężkie artylerie. Znudziło mnie to. Zdecydowałem, że nie mogę wiecznie uciekać w coraz to nowsze szampony przeciwłupieżowe - po pierwsze, to droga sprawa, a po drugie, w końcu mi się skończą i co ja wtedy zrobię. Zdecydowałem więc, że najwyższy czas, aby zainteresował się tym dermatolog.
Jeśli ktokolwiek pyta mnie po co była mi ta wizyta odpowiadam szczerze. Pamiętam ile wstydu niegdyś najadłem się, gdy mając dość ciemne naturalne włosy widać było białe ślady łuszczącego się naskórka. Byłem takim typem człowieka, który gdy sam zauważał coś podobnego u kogoś - nie komentował. Nie chciałem, by było komuś niemiło. Niestety rówieśnicy nie wykazywali się podobną empatią. Byłem młody i brakowało mi doświadczenia, a także pewności siebie, aby wstać i powiedzieć "Tak, mam łupież. On też ma, jego nie wyzywasz. Leczę to, co mam Ci jeszcze powiedzieć? Hormony robią swoje". Teraz nie miałbym z tym problemu, ale jak człowiek jest młody - to zupełnie inna rzecz.
Nauczyłem się jednak jednej, bardzo ważnej rzeczy, która być może zdefiniuje Twoje życie - nie rób sobie tematów tabu. Jeśli jesteś chory na łuszczycę, czy nawet ten głupi łupież - mów o tym otwarcie, jeśli ktoś Cię zaczepi albo nawet gdy nikt nic nie powie. Po prostu mów o tym swoim przyjaciołom, czy znajomym, jakby to była zupełnie normalna rzecz.
Po drugie, zrozum, że to jest normalna rzecz. Łuszczyca to choroba, łupież w pewien sposób - także. To że jesteś cukrzykiem to też kwestia niezależna od Ciebie. Nie ma się czego wstydzić. Taki jesteś, to część Ciebie. Sami robimy sobie tematy tabu i jasne, nie jest to estetyczne, gdy z Twoich włosów sypie się śnieg - nie namawiam do tego, aby nic z tym nie robić "bo taki jesteś". Po prostu czuj się komfortowo z swoją przypadłością, którą leczysz. Sam poczułem się lepiej, gdy tak po prostu powiedziałem znajomym "W końcu zacząłem kurację na ten nieszczęsny łupież, mam nadzieję, że się go pozbędę. Minusem jej jest to, że ten specyfik sprawia niesamowity śnieg, ten naskórek się strasznie łuszczy. Ale przeżyję to, o ile po wszystkim w końcu będzie dobrze!".
Nawet nie wiecie jakie ciśnienie od razu ze mnie zeszło. Jasne, mogło nie być to komfortowe - w końcu byłem otwarty i jasno przyznałem, że mam z tym problem, niestety. Ale nie otrzymałem negatywnej reakcji, a i ja potraktowałem to naturalnie, bez spięcia, bez takiego cichego "bardzo się tego wstydzę". Nie żałuję.
Tak, mam łupież. I tak, leczę go. Czeka mnie czterotygodniowa terapia, którą zacząłem wczorajszego popołudnia. Jakie będą tego efekty, zobaczymy. Nie ma co się wstydzić łupieżu. Tak się zdarza i tyle.

Koty na pocieszenie:


`dziwne, nieskładne gadanie o cosplay'u i pewnej rzeczy, która pochłania mój czas

   Ja się chyba starzeję. Znaczy jasne, wszyscy się starzejemy, ale momentami odczuwam to aż nazbyt. Albo po prostu nie rozumiem ludzi i ta opcja jest również możliwa.
   Na pewnej grupie osób interesujących się cosplay'em bardzo ładna dziewczyna wstawiła zdjęcie, na którym była jako kobieca wersja Śnieżnego Gnara z League of Legends. Wyszło jej to bardzo ładnie.
facebook.com/squezzecosplay
   Osoba, na temat której wybuchła pewna dziwna tzw. "gównoburza" nie wypowiedziała się ani słowem i może to nawet lepiej, ja także przestałem się udzielać w tej sprawie. Jakiś młody jegomość napisał "Fajne cycki". Zostało to uznane przez administrację grupy jako bardzo wulgarne, chamskie i niesmaczne stwierdzenie, a ja ciągle pytam "Gdzie?". Być może nie jestem dostatecznie wyedukowany, nie mam pojęcia, ale z pewnością nie odczuwam tego w podobny sposób i zaskakuje mnie fakt, że inni mogą to tak negatywnie odbierać. Odnoszę niekiedy wrażenie, że wokół kobiecego biustu narasta jakaś legenda, że są zupełnie nierealne, jak potwór z Loch Ness albo coś równie groteskowego. To strasznie dziwne. Od kiedy nie można nazwać części ciała po imieniu?
   Cosplay'u mogę pogratulować, jeden z nielicznych, który naprawdę mi się podoba.

   Ostatnio mocno angażuje się w projekt, który jest już na żywo - jestem bowiem redaktorem i recenzentem gier dla How2Play. Strasznie cieszę się, że w końcu przyszła do mnie odwaga, aby zrobić ten krok i pójść o ten jeden krok do przodu. Jest mi to potrzebne, nie ukrywam. Zrealizowałem tam już kilka materiałów, które w normalnym przypadku byłyby tutaj, na blogu. Zastanawiałem się, czy kopiować materiał i wrzucać to także tutaj lub zostawiać linki do zrealizowanych tematów na How2Play na oddzielnej stronie, Jakieś sugestie? Wydaję mi się, że mógłbym wrzucić moje materiały na bloga, bo dlaczego nie.

   Póki co, jeśli są osoby zainteresowane sprawdzeniem jak wyglądają moje materiały, lecą:
   Moja współpraca trwa dosłownie jakieś dwa tygodnie maksymalnie i póki co jestem szczerze zadowolony. Pozostaję na próbnym przez kolejne półtorej miesiąca.

`życie mojej mamy

   Uderzyło mnie, podczas zwykłej rozmowy z moją rodzicielką, jak bardzo zmęczonym jest człowiekiem pomimo młodego wieku. Ma przecież zaledwie odrobinę ponad czterdziestkę, cóż to jest w obliczu osób o wiele starszych od niej?
   Moja mama jest szwaczką, krawcową. Pracuje w tym zawodzie od kiedy pamiętam, od zawsze, ale wielokrotnie mówiła, że to nie było to, co chciała robić w swoim życiu. Od zawsze, bowiem, interesowała się prawem karnym i chciała zostać prawnikiem. Życie pokrzyżowało jej plany. Musiała wcześnie wyfrunąć z domu i zacząć pracować, aby pomóc rodzinie. Zaniechała więc marzenia o szkole prawniczej i wybrała coś, co da jej zawód o wiele szybciej - krawiectwo.
   Pamiętam, jak kiedyś projektowała jeszcze ubrania, ale nie pamiętam, czy lubiła to robić. Zawsze była ogromną fanką czytania książek, lubiła gotować. Teraz raczej niewiele jej z tego zostało.
   Nie wiem co robi po powrocie z pracy, ponieważ już ze mną nie mieszka. W gruncie rzeczy przeprowadziła się do swojego nowego partnera, ale moja matka sprawia wrażenie naprawdę przygnębionej osoby, bez pasji, bez rozwijania swoich własnych pragnień i marzeń. Na moje pytanie "Dlaczego nie rozwijasz siebie, swoich przyjemności, tego, co sprawia ci radość?" odpowiedziała: "Jestem zmęczona. Gdy wracam z pracy, nie mam już na nic ochoty".

   Wyobrażacie sobie, przepracować ponad dwadzieścia lat w zawodzie i nie być z tego, co się robi zadowolonym choćby w najmniejszym stopniu? To bardzo przygnębiająca perspektywa, ale to proza życia mojej rodzicielki. Sam nie wiem, jak mógłbym obudzić w niej chęć do czegoś więcej, niż wracania do mieszkania, odwiedzania mnie, gotowania i po prostu trwania. Jak obudzić w niej chęć rozwijania tego wszystkiego, co ją interesuje?

Oddaj krew dla Lucyny Barskiej-Fijałkowskiej!

   Post bardzo niestandardowy, ale i z niestandardowego powodu. Nie oczekuję, że nagle każdy z Was będzie chciał być dobrym człowiekiem i pomóc komuś tak po prostu. Ale proszę Was o to i tak, bo myślę, że warto pomagać, przynajmniej czasami.

   Chodzi o oddawanie krwi. Dla konkretnej osoby w tym przypadku. Dziś dwie youtuberki, które bardzo lubię - KinaCzewa i Młoteczka - opublikowały filmik, w którym mówią o co chodzi. Jeżeli nie macie ochoty posłuchać, to poczytajcie mnie.
   Chodzi o matkę ich kolegi, która leży w szpitalu w Warszawie i pilnie potrzebuje krwi. W innym wypadku nie skończy się to najlepiej, niestety.
   Mowa o Lucynie Barskiej-Fijałkowskiej. Proszę, jeżeli macie ukończone osiemnaście lat i spełniacie wymogi oddawania krwi (a o nich jest w filmiku) - zróbcie to, uratujcie jej życie.


   Odpowiadając na pytanie, to jedyne, co mogę zrobić w obecnej sytuacji - prosić Was o pomoc. Sam mam niedoczynność tarczycy, przyjmuję hormon tarczycy i automatycznie wyklucza mnie to z możliwości krwiodawstwa. Ale może Wy albo ktoś w Waszym otoczeniu okaże dobre serce i pomoże tej kobiecie, na to szczerze liczę.


Obejrzyjcie proszę filmik i z góry dziękuję Wam za pomoc.
Jesteście wielcy.

`psycho

   Coś około dwóch tygodni temu zdecydowałem się, w geście desperacji, na napisanie listu do I. Być może nie było to zbyt mądre posunięcie, ale zainspirowany znalezionymi (a wcześniej schowanymi) listami postanowiłem zrobić coś tak nierozsądnego.
   Znaczy wiecie, listy pisać jest bardzo fajnie, nawet jeden ostatnio wysłałem do pewnej youtuberki i jest z tego filmik (KLIK), kwestia tego typu z jaką zawartością on jest. Przyznajmy sobie szczerze, na pewno brzmię jak zdesperowany i bardzo dziwny człowiek w tworze, który poszedł do I. Trochę mi za to wstyd.
    Z drugiej strony myślę, że były to słowa, które w końcu musiały zostać wypowiedziane tak, jak ja potrafię najlepiej. A że konwersacje idą mi średnio, dużo lepiej sprawdzam się na polu pisania... Cóż.
   W każdym razie, niepokoi mnie cisza, która po nim nastała. Być może tylko przesadzam i nieco dramatyzuję, bo boję się efektu, jaki ten list mógł wywołać, ale...


   Zakładając, niezwykle optymistycznie, że dostaje ktoś z Was list. Jest to Wasza dawna miłość, byliście w związku, było fajnie. Rozstaliście się, bo partner był nazbyt zaborczy i taki... No właśnie, taki. Mija kilka lat, w trakcie których macie kontakt, ale wyraźnie ograniczony, dystans jest zachowywany dzięki Wam. I dostajecie list, w którym są słowa, że jest to inspirowane Waszymi słowami, w których było, że zawsze będziesz kochać tego swojego byłego i w ogóle, omnomnom, wiadomo. No i wyznanie, że minęło tyle czasu, a on ciągle coś do Ciebie czuje.
   Jakbyście zareagowali? Wyśmiali? Tak... Ja chyba też. Jakiej ja się reakcji spodziewam?

`zawsze możesz poczuć się dotknięty

    Ostatnio jakoś więcej jest prywaty, aniżeli materiałów poświęconych grom komputerowym i filmom. Tak wyszło.
    Wiecie, jest tak dziwnie w tym świecie. Poznajesz kogoś. Zupełnie nowego dla Ciebie, interesującego z pozoru. Piszecie, z czasem coraz dłużej - dochodzi do tego, że rozmawiasz z nią/nim cały dzień i nawet nie zauważasz mijającego czasu. Macie wspólne tematy, okazuje się, że lubicie podobne rzeczy, a nawet dania. Myślisz sobie, że cholera, to przeznaczenie, musiałem poznać tego kogoś. I nagle coś sprawia, iż zmieniasz diametralnie zdanie. Co to było w moim przypadku?

   Przy okazji opowiastki o moich perypetiach w podróży wspominałem o pewnym forum RPG. Pewnego dnia pojawił się tam człowiek, który wykreował sobie dosyć interesującą postać. Stwierdziłem więc, że mogę napisać i zapytać, czy chciałby poprowadzić ze mną jakąś fabułę. Zgodził się, poprosił mnie o numer gadu-gadu, jako że nasza konwersacja nieco się rozwinęła. Zaczęliśmy pisać. Od słowa do słowa okazało się, że mam do czynienia z dwudziestoośmioletnim mężczyzną. Najdziwniejsze było to, że naprawdę cudownie mi się z nim rozmawiało. Nie czułem się zirytowany lub zmęczony. To trochę tak, jak wtedy, gdy poznawałem Igora - on także należał do tych nielicznych, którzy nie wkurzali mnie samym tym, że istnieją.
    Nie ukrywam, facet mnie podrywał. Jak się z tym czułem? Szczerze mówiąc i dziwnie, i miło. Wiecie, od ponad roku nie jestem z I. To trochę czasu. Sam nawet nie pamiętam, kiedy to ktoś ze mną chciał flirtować a nie ja z nim. Przyjemnie było być adorowanym. Uwodzonym. Niestety należę do tych niedoświadczonych, w zasadzie. Tanie, trochę słabe teksty podziałały na mnie bardziej, niż bym się mógł spodziewać. Coś typu "Masz piękne oczy, inteligentne poczucie humoru, zabawny" itd. Wstyd się przyznać, ale podziałało. Czułem, jak ktoś jest mną zainteresowany. Zaintrygowany. To było przyjemne.
    Kontakt się urwał. Nowy kolega wyjechał służbowo i nie ma go ponad dwa tygodnie. Ponoć w trakcie telefon się zepsuł, a teraz siedzi w Gdańsku (czy wspomniałem, że nowy kolega mieszka w Berlinie?). Los chciał, że kilka dni temu pisze do mnie koleżanka, która zna go dużo dłużej, niż ja. Mówi, że pytał o mnie i był ciekaw, czy przyjadę. Nie mogłem, dostałem w tym czasie mandat na trzysta złotych za brak biletu autobusowego, wobec czego wszelkie ewentualne wyjazdy poszły się kochać (co do tej pory napawa mną nieszczęściem, ponieważ podczas związku z Igorem przyzwyczaiłem się, iż w każde wakacje jestem nad morzem; a ja kocham właśnie być tam, ten jod... czuję się po prostu cudownie w takich miejscach). No nic, na spotkanie dojechała inna koleżanka.
    Od tej drugiej właśnie dowiedziałem się, że mój nowy kolega wspominał o wiadomościach, które ode mnie dostał w trakcie jego nieobecności. Nie ukrywam, nagłe zniknięcie i nie odzywanie się po dziś dzień uważam za absolutne zignorowanie mnie. To raczej przykre pod wieloma względami. W dodatku koleżanka, której stosunkowo ufam (bez przesady, ale jednak trochę na pewno) uważa, że było to raczej prześmiewcze. Nieco. No i zdecydowanie nie na miejscu mówienie o takich rzeczach w towarzystwie.
    Cóż mogę powiedzieć? Lekki zawód. Chociaż to było podejrzane od samego początku, drobna nadzieja istniała, że być może przytrafił się ktoś, kto będzie chociaż dobrym kolegą albo przyjacielem. Niestety, najwidoczniej trafiłem na człowieka, który sprawdzał swoje umiejętności. Zabawił się w grę "Ciekawe, czy będę potrafił go wyrwać". No cóż. Przyznaję, udało mu się. Poniekąd. Niech ten zawód nauczy mnie czegoś przynajmniej. Proszę?

`perypetie z podróży

    Wczorajszy dzień nie był moim najlepszym dniem życia, zdecydowanie nie. Jakiś czas temu zdecydowałem się w końcu zapisać do ważnego dla mnie lekarza, który jednak znajduje się w Łodzi. I wczoraj właśnie miała odbyć się wizyta. Więc wsiadam w ten pociąg o 4:10 rano, a ponieważ nie ma bezpośredniego, to jadę z przesiadką w Warszawie. I dobra. Po siódmej nachodzi mnie myśl, że może jednak zadzwonić tam do lekarza, potwierdzić moje przybycie, bo jednak jadę z Białegostoku. Ale wtedy myślę sobie, że przecież gdyby odwołali, to bym dostał telefon. No to jadę. Sześć godzin w jedną stronę, 39 zł w jedną stronę. Jadę.
Jestem na miejscu. Współczuję w tym momencie WSZYSTKIM, którzy mieszkają w Łodzi. Narzekam na własne, ale to jest dopiero porażką. Brzydkie, zaniedbane, wygląda jak na slumsach. Znakomita większość miasta. Zadziwiająco szybko odnalazłem się w terenie, czego się nie spodziewałem. I na miejscu, uwaga, dowiaduję się, że lekarka ma pogrzeb i niestety, ma dziś wolne. No i wszystko szlag jasny trafił. Pyta, czy wizyta może być na dzisiaj i czy mam możliwość jakiegoś noclegu. A ja, że nie, w kieszeni mam tylko tyle co na powrót i jakieś drobiazgi, nic ponadto. Znajomych w Łodzi jak na lekarstwo, kilka z legionu w Aionie, ale znam ich niespełna tydzień, no do diabła ciężkiego.
    Wizyta na piętnastego przełożona, wracam. W stronę lekarza jadę tramwajem, ale jak pojechać z powrotem na dworzec? Idę na przystanek autobusowo-tramwajowy, a tam dupa, nie ma chcianej przeze mnie szóstki lub piątki, jest tylko szóstka nocna. Niech to cholera weźmie. No to co, taksówka, bo pociąg za dwadzieścia minut. Tylko nie mam numeru. Rozglądam się, może gdzieś jakaś stoi. A gdzie tam. Niby jakiś targ obok, ale taksówki ni widu, ni słychu. Jakaś przejeżdża, jest numer. Zapisuję, dzwonię. Nie ma takiego numeru. No chyba sobie kpicie?! Wracam do lekarki, szuka ona w Internecie. Nie potrafi znaleźć. Ręce mi opadły. Poszła zapytać kogoś. Dostałem numer, dzwonię. Taksówka przyjedzie za pięć minut. Ave legiony. Podjechała. Jestem na miejscu w kilka chwil, płacę trzynaście złotych. Nie jest źle. Idę kupić bilet do domu. Mówię, że ma być uczniowski i szukam peronu. Łódź Chojny to TAK WIELKIE ZADUPIE, że ma tylko dwa perony, a pociąg regionalny w jakąkolwiek stronę nie jest oznaczony, że jedzie tu albo tam - domyśl się, ha. No nic, wsiadłem, jadę. Konduktor prosi o bilety. Następnie o legitymację. I nagle dowiaduję się, że mam bilet studencki. Ja zdębiały patrzę na świstek papieru i faktycznie. Jak wół. Od dziś, moi mili, uczniowski to to samo co studencki. A mówiłem, kurwa. Patrzę na drugi bilet, z Warszawy do Białegostoku i to samo. Dubel, też studencki. No i co ja mam zrobić, dopłacam konduktorowi różnicę. Jestem już w Warszawie, zapas czterdziestu pięciu minut czasu. Idę więc do okienka z biletami by wymienić ten swój na taki z 37% ulgi. I dowiaduję się, że nie niestety, to nie tu. Mam iść na piętro, do auli czy czegoś i w informacji to wykonać. Tak, mówimy o Warszawie Centralnej. To idę. Numerek. I czekamy. Czas się kurczy. Moja kolej, bilet wymieniony, różnica zapłacona. Jeszcze trochę czasu jest. Idę więc do łazienki, a kolejno do Starbucksa. Kupuję cudowną mochę z lodem i dodatkową czekoladą. Sprzedawca pyta mnie o imię, a na dźwięk nie damskiego, a męskiego "Dawid" aż się zdziwił, ale to mnie rozbawiło. Wracam na dworzec, zaraz powinien być pociąg. A guzik, opóźnienie dwadzieścia minut. To idę do Subway'a kupić sobie kanapkę. Kupiłem, taką małą, bo myślałem, że zaraz będzie pociąg, więc niedługo wrócę do domu. Wydłużyli czas opóźnienia o dziesięć minut, pięć, kolejne dwadzieścia i czterdzieści. W sumie wyszło sto minut opóźnienia, gdybym wiedział o tym od razu, poszedłbym do Subway'a kupić kolejną kanapkę, przeszedłbym się po całym centrum, może gdzieś jeszcze, ale po co informować o tym z góry. No po co! No nic, dojeżdżam w końcu do Białegostoku, autobus był osiem minut temu. Pomyślałem, że taksówka wyniesie mnie z dziesięć złotych, bo tak zwykle to kosztuje, więc pojadę w ten sposób do domu, bo nie mam siły czekać na mpk. Idę, mówię gdzie i jadę. Koniec trasy, siedemnaście złotych. CO KURWA?! Ile?! Od kiedy?! W nocy kosztuje dziewięć osiemdziesiąt... O wy... Czyli nocą jest TANIEJ? Wkurwiony, zmęczony i zrezygnowany, ale w przedziwny sposób rozbawiony wracam do domu, biorę spaghetti, jem sobie, odpisuję na posty na forum i... Zasypiam.

    Pomyśleć, że za tydzień czeka mnie dubel z podróży - aż się odechciewa. Szczególnie, że wtedy nie wiem czy będę miał pociąg do Białegostoku, bo możliwe, że nie będę. Yay. Tak czy inaczej. Nie stać mnie na kolejną taką podróż, więc będę musiał prosić matki o pomoc. Jak cudownie.

Wspomniałem o forum. Chciałbym zaprosić Was do niego. Jeśli lubicie RPG, pisać i spędzać czas na tworzeniu fabuły jaka Wam się zamarzy to zapraszam na Rainbow RPG. Forum dopiero zaczyna, powstało dosłownie "na dniach", wobec tego niewielu jest ludzi i niewiele możecie jeszcze tam zobaczyć. Niemniej jednak poziom raczej niski nie będzie, a każdy może spróbować swoich sił i po prostu dobrze się bawić. Oczywiście także mam tam swoją postać, ale kto to jest - pozwolę sobie nie zdradzić, szukacie sami! Administratorką jest moja serdeczna koleżanka, także polecam, raczej będzie pozytywnie. Już my się o to postaramy.

+ dwa zdjęcia z podróży na Instagramie!

`po co uczysz się języków, lepiej zostań ninja

    Jeśli ktoś czasami zagląda do światka blogowego, to wie, że od dłuższego czasu popularnością cieszą się ocenialnie. Lepsze, gorsze, nieważne. Blogi te poświęcone są ocenie innych blogów, które to się do nich zgłaszają. Działa to jako stosunkowo nietypowa reklama, poza tym umożliwia nam to poznanie obszernej opinii osób trzecich - czegoś, czego przypadkowa, pierwsza lepsza osoba nie napisze w komentarzu. Na ogół ma to też poprawiać poziom osoby zgłaszającej się. Są oczywiście wyjątki.
    Oceny blogów to jednak bardzo subiektywna kwestia. Niektórym podoba się ten kolor, innym nie. Czasem tematyka bloga podpasuje, innym razem jest odwrotnie. Niemniej jednak od dłuższego czasu przejawia się niechęć do anglojęzycznych tytułów bloga, adresów, belek, sentencji, czegokolwiek. Odnoszę wrażenie, że ludzie wychodzą z założenia - skoro jestem w Polsce, mieszkam tu, żyję i mam bloga na polskojęzycznej wersji, to powinienem mieć dosłownie wszystko w tym właśnie języku. I tak się zastanawiam... Właściwie dlaczego?
    Przychodzi mi na myśl kilka... a w zasadzie tylko jeden powód, dla którego można by w ten sposób reagować na wszechobecny język angielski. Patriotyzm. Ale umówmy się, nie rozmawiamy o Amerykanach, którzy faktycznie w sporej mierze kochają swój kraj (jak się im dziwić?). Brzydko to zabrzmiało, ale niewielu znam patriotów. Naprawdę. Większość narzeka na kraj i nie chce w nim mieszkać, a mieszka... bo tak wyszło. Co jeszcze mogłoby być takim powodem?
    Ale co tam powody! Najśmieszniejsze jest zdanie, które ostatnio przeczytałem, pozwolę sobie zacytować: "Nie rozumiem, dlaczego wśród dzisiejszej młodzieży na piedestale jest znajomość języków obcych, a w tym angielskiego ponad wszystko."... Rozumiecie? Bo ja nie. Nie chcę obrazić tej osoby, w żadnym razie, niemniej jednak owa persona niewątpliwie mnie umrzyła. I to na miejscu. Wyobraźcie sobie świat, w którym znajomość języków obcych jest bardzo ważna i ludzi, którzy nie przywiązują do tego wagi, a potem nie mają takich umiejętności i nie potrafią znaleźć przez taką głupotę pracy? No bo dlaczego mieliby stawiać na piedestale wielojęzyczność? Absurd.
    Żeby nie było, że jadę po tej dziewczynie - a tak wcale nie jest, naprawdę - jestem w stanie zrozumieć, że być może to po prostu niefortunne dobranie słów. Być może według niej wygląda nieestetycznie, gdy blog ma wszędzie jakieś wstawki z języka angielskiego - jest on w końcu bardzo popularny, międzynarodowy, więc to żaden fun go używać. Być może. Nie jestem, ponownie, obiektywny w tej kwestii, bo sam przez kilka ładnych lat miałem bloga z anglojęzycznym adresem, sentencjami i podstronami. Nie wszystkie mi się podobają, a takie rzeczy to kwestia indywidualna, niestety.
    Bawi mnie jednak, jak niefortunny dobór słów może zmienić całkowicie odbiór całokształtu.

A w ramach absolutnego braku patriotyzmu, ale umiłowania do cholernie drogich w Polsce słodyczy, Starkids:

Jaki tru-blogasiorek być powinien - by morth, suczki.

W ramach konkursu u Deneve zamieszczam ten oto post. Pragnę jednak zaznaczyć, że każde jedno słowo to ironia, próba bycia fajnym i takie różne. Nie bierzcie tego na serio.

Przedstawiam pechową trzynastkę - coś, co musisz wiedzieć, jeśli chcesz mieć tru-blogasek!
aŁtoportret

Po pierwsze, musisz mieć soł macz szacunku do innych. Zwracaj się z wielkiej, najlepiej powiększonej litery, czcionki i czego tam sobie jeszcze życzysz. Koniecznie zainwestuj w bardzo normalny, ale koniecznie oczojebny kolor czcionki. Sądzę, że różowy to kolor przyszłości i musisz to mieć. No i kwestia absolutnie najważniejsza: ciągle wypytuj, czy materiały przez Ciebie zamieszczane są interesujące. Wskazane są też szantaże ("Albo komentujecie, albo kasuję bloga!") i różne takie, uznawane przez niektórych (mało pro ludzi) dziecinne zagrywki. To sprawia, że jesteś popjular.
Po drugie, idąc już tym tokiem, nazwij swoich czytelników jakoś tak bardzo pro. Pamiętacie Luntka? Dla niego wszyscy byli suczami. Też coś wymyśl. Potworki, króliczki, smarkasie, proboszcz, co tam sobie zażyczysz.

Po trzecie, musisz mieć swoje zdjęcie na blogu. Nieważne jakie, może to być, jak spadasz z wieżowca, ale to jest must have. W ogóle zainwestuj w super lustrzankę, którą nie będziesz potrafił robić zdjęcia i wklejaj co pięć sekund jakąś fotkę, mema, a nawet fascynującą historyjkę obrazkową o tym, jak Twoja mama dłubie w nosie, a pies sunie dupą po podłodze. Jak nie ma, to wszystkie kucyki płaczą. 
Po czwarte, masz być tak bardzo niezdecydowaną osobą, ociekającą hipokryzją, jak się tylko da. Nie wiesz, czy ustawić kucyka pony, czy nie? Ustaw i nie!
Po piąte, Twoim absolutnym guru pisarstwa i stylu bycia ma być ktoś taki jak morth (pierdolololo poziom hard) i Luntek (bycie pierdolololo poziom hard). Ju mast bi fejmys. Koniecznie.
Po szóste, musisz budować napięcie. Piszesz opowiadanie? Urwij w jakimś chuju-muju miejscu, by nie było nic dalej. A najlepiej wtedy w kolejnym poście zmień w ogóle koncepcję i zacznij gotować klopsy. Bo tak fajnie. Piszesz pamiętniczek, blog ze zdjęciami, faszyn i inne takie? Koniecznie dużo enterów. Pustki na pół kilometra i wtedy dopiero napisz... "Do następnego razu". Trolling zaawansowany.
Po siódme, masz być czempionem, ale nigdy nie może Ci się udać w stu procentach. Jak na prawdziwego, noszącego fiolet gota i panka przystało. Trzymaj fason, dude.
Po ósme, oryginalność. Nie ma opcji, musisz nią pachnieć, śmierdzieć, musi ona z Ciebie wypływać. Jeśli piszesz opowiadanie, pisz o tym, o czym nie napisałby nikt inny (seks skrzatów z HP na przykład). Pamiętniczki? Ta sama zasada (jak pięknie wyglądają butelki ułożone w fantazyjne wzory na Twoim brudnym dywanie, pełnym okruszków etc.).
Po dziewiąte, masz nie wiedzieć niczego i jednocześnie wszystko. Krótko mówiąc, again hipokryzja.
Po dziesiąte, nie możesz mieć poczucia humoru. Wróć. Nie możesz mieć dobrego, przyzwoitego, jakiegokolwiek pozytywnego poczucia humoru. Jeśli już, rzucaj drewnem (to nawet nie suchary, suchary bywają śmieszne...). Bierz wszystko na serio!
Po jedenaste, nie możesz pisać tego, co wszyscy. Chcesz pamiętnik? Zapomnij. To sfera zamknięta, nie dla plebsu, którym jesteś. Chcesz opowiadanie? Wybieraj tematykę bardzo ostrożnie - większość już była i niestety Twoje pole wyobraźni musi zostać ograniczone. Chcesz pisać dramione, drarry, albo inne takie różne, które już były? Umrzyj. 
Po dwunaste, koniecznie wciskaj wszędzie angielskie słówka. Koniecznie must be medżik end soooł oridżinal, gdyż taka jest teraz moda, a Ty chcesz być sofistikejted i kól.
Po trzynaste, im więcej piszesz nie zrozumiałych słówek, nawet dla Ciebie, tym lepiej. Rzucaj żargonem naukowym na lewo i prawo, nie przejmuj się, że to, co mówisz nie będzie miało wielkiego sensu i w zapamiętaniu stwierdzisz, że to biologicznie normalne i logiczne, że liście mogą być niebieskie. Gdy ktokolwiek zwróci uwagę na błędy, jakie możesz robić, wyśmiej takiego jegomościa i naślij koleżanki/kolegów, aby też go wyśmiali i stłamsili, a przynajmniej pozatruwali życie.

I wstawiaj milion pseudo fajnych obrazków. Bo to fajne. Zakumałaś(eś), żabko?
Ponadto, masz istnieć w Google, używać prostych, ale trudnych słów, jeść bigos hurtem i lubić gumę Orbit o smaku tropików (pająki mile widziane).

PS Enderman przejął moje zajebiste rysunki i zawładnął postem.

Wszystkie obrazki są z Google i należą do ludzi, którzy je stworzyli. Nie ponoszę z tytułu wstawienia ich do posta żadnych korzyści i nie przywłaszczam ich sobie. Dorobiłem tylko napis na fotce Luntka.

Życzę zdobywania sławy! Szoł byznes jest Wasz.
© Agata | WS | x x.