`streszczenia takie bywają

     Czas to zabawna kwestia. Płynie szybko, nieubłaganie, choć z początku życia człowieka każdy rok wydaje się być całą wiecznością, eonami płynących chwil. W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że ktoś po prostu nacisnął przycisk, który odwrócił tę kolejność i dziś wszystko płynie trochę zbyt szybko jak na moje tempo. Albo ja jestem za wolny, zbyt niedopasowany do przyswajania życia i w zasadzie życia życiem, jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało. Może to oznaka bycia nieco niedorozwiniętym, o czym nigdy nikt nie powiedział, nikt nie zdiagnozował? Wygodna byłaby to wymówka, to na pewno. Wątpię, że mogę na nią jednak liczyć, pomimo wszelkich moich próśb.

    Podczas moich lat nieobecności w starej piaskownicy wydarzyło się trochę rzeczy, między innymi całkiem podstawowe, jak narodziny, czy też śmierć. W końcu poszedłem też na terapię, która okazała się bardzo udana, chociaż nie wyleczyła mnie jeszcze z demonów, które gnębią mnie od kiedy pamiętam. Niestety, brutalnie została też ukrócona, niemniej jednak naprawdę mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się do niej powrócić. Jest to niezwykle duży motywator do szukania ponownie pracy, serio. Kiedy poczułem na języku, że mogę czuć się lepiej, niż jak wyschnięte gówno spodobała mi się ta opcja, zaczęła wydawać się niezwykle atrakcyjna w swojej niedostępności. Szkopuł tkwi w tym, że ówcześnie zaczynała być całkiem realna, czucie się choć trochę lepiej było coraz bardziej wyraźniejsze - wciąż zamglone, wciąż odległe, ale nie było już absolutnie nierealne, co uznaję za sukces okupiony dwoma i pół latami ciężkiej pracy mojego terapeuty. Pewnie gdyby nie pewne wypadki życia, sielanka mogłaby trwać dalej. Kto wie, gdzie byłbym w takim wypadku. Niestety jak to bywa, kiedy zaczyna toczyć się lepiej, przychodzi coś, co całkowicie rozpryskuje marzenia gdzieś skrzętnie chowane i dokonuje detonacji całkowitej. Nie powinienem się dziwić intensywnością, choć jednak trochę było to szokujące.

    Grypa w zapalenie płuc, zapalenie płuc w covid, covid w gronkowca, gronkowiec w sepsę. Taka sobie kolejność, zabawna kolej rzeczy. Tak przywitałem swój pierwszy dzień w pracy - natychmiastowym zwolnieniem lekarskim, które nie skończyło, jak mi się wydawało, po tygodniu, czy dwóch, ale po praktycznie roku, w trakcie którego musiałem umrzeć, zapaść w śpiączkę farmakologiczną, odżyć i nauczyć się chodzić na nowo. Odrodzić się, chociaż wcale nie w lepszej formie - biedniejszy o pracę, z której tak bardzo się cieszyłem, szansę na nowe, które klarowało się coraz bardziej i rozpad wszystkiego, co znałem i widziałem. Nikomu nie polecam trzymiesięcznego pobytu w szpitalu, choć muszę przyznać, że sny, które mi towarzyszyły ówcześnie były jednymi z bardziej interesujących, namacalnych i niezwykłych, chętnie bym do nich wrócił, bo były smaczne same w sobie. 

 Łatwo powiedzieć, by przestać żyć tamtymi wydarzeniami. Ta obelga brzmi, jakbym miał zapomnieć o tym, co się stało, a przecież jest to niemożliwe. Nawet gdybym chciał, nie jestem w stanie tego zrobić, gdy patrzę na moje ciało poznaczone teraz szlakiem wielu, wielu blizn, które mają miejsce w zasadzie wszędzie - zaczynają się na ustach, płyną przez brodę, obejmują całą szyję, obejmują całą klatkę piersiową i kończą się gdzieś na nadgarstkach. Łatwo tak powiedzieć komuś, kto nie był w tej sytuacji tym, kto dostał tyle uderzeń, kopnięć i smagnięć batem. 

"Podnieś się, walcz dalej, bo przecież ja walczyłam!"
Chcesz medal? To słodkie, że ciągle słyszę:
"A ja walczę, a ja też mam problemy i walczę, czemu ty nie robisz tego, co ja, czemu nie robisz tego tak, jak ja, czemu się poddajesz jak nie ja?!".

Czemu nie jestem Tobą? Nie wiem, odpowiedz sobie na to pytanie.

 Tęsknie za ludźmi, których wydaje mi się, że nigdy nie znałem. Być może mam kryzys tożsamościowy, może jakiś inny, ale czuję się zagrożony, to na pewno. Bliska mi relacja rozpada się w drzazgi i próbowałem, naprawdę próbowałem to posklejać, znaleźć pasujące miejsca i wcisnąć tam puzzle, choćby na siłę, nie zważając na nic. Niemniej jednak, relacje mają jedną najważniejszą zasadę - nie może być tak, że tylko jedna strona się stara. Dotyczy to niestety każdego rodzaju międzyludzkich potyczek i nie pozostawia jeńców. Jeśli ktoś nie chce być w Twoim życiu, naprawdę go do tego nie zmusisz. Realia są nieubłagane.

I tak płynę, nie wiedząc gdzie. Głównie stoję w głębokiej wodzie, nie potrafiąc pływać i panicznie macham rękoma, mając nadzieję, że gwałtowne ruchy sprawią... cokolwiek. Że zadzieje się coś, co wybudzi mnie i całe otoczenie wokół. Nie wiem, czy potrafię sobie pomóc i nie wiem, czy istnieje ktoś, kto byłby w stanie udzielić mi jakichś wskazówek. No, ktoś prócz terapeuty. 

`tłumię przełączniki i witam się zwięźle

  Była piaskownica, teraz są wymówki. Brzmi sensownie w mojej głowie, nawet jeśli takie nie jest. Świat się zmienił, chociaż wydaję mi się, że ja nie uległem zmianie.

   Czasy się zmieniły, świat, w którym przyszło nam żyć się zmienił i chciałoby się powiedzieć, że ja także uległem pewnym zmianom, ale nie mam w tej kwestii jednak pewności. Czuję się przecież tak samo. Mam jednak znów potrzebę podzielenia się rzeczami, które są, jeszcze nie ich nie zdefiniowałem. Może dlatego, że po raz kolejny w moim życiu stanąłem pod ścianą towarzyską. Moment, w którym tracisz kogoś, kogo uznawało się za najbliższą jednostkę, kogoś najistotniejszego, najważniejszego - jest traumatycznie, niesympatycznie i co najmniej niezadowalające. Ponad wszelką wątpliwość, jest też realnie, co niespecjalnie cieszy, można by powiedzieć, że niezwykle utrudnia.

    Tymczasem namruczano na mnie, co oznacza, że czas odpuścić produkcję słowną, a czas rozwinąć produkcję krojenia surowego mięsa dla małego futrzaka.

 

`powrót z popiołów

Niby żyję, ale co to za życie. Miotam się w tym życiu, próbując jakoś zabrać się za rzeczy, które chciałbym robić w życiu, ale jednocześnie za cholerę nie mam pojęcia jak to zrobić, jak się za to zabrać.
Być może kiedyś się uda. Tylko czy będę mieć na to czas?
Internet się zmienia, a jakoś... No co ja umiem robić? No co? No właśnie.

Wśród gier skacze morth - Batman: Arkham Knight


by Arkham Wiki
   Mam nadzieję, że nie muszę nikomu przedstawiać Batmana, jako postać. Jest już tak kultowy, jak i jego nemezis, Joker. Jestem ogromnym fanem gier z tej serii i tak się złożyło, że miałem okazję (w końcu) rozkoszować się najnowszą odsłoną, Arkham Knight (która, notabene, wymagania sprzętowe ma nie z tej ziemi, ale gra wygląda dobrze nawet na niższych). Jest to produkcja nastawiona na przygodę i akcję, stworzona przez Rockstreaty Studios, wydana pod szyldem Warner Bros. Interactive Entertainment z 2015 roku. Inspirowana, naturalnie, oryginalnym Batmanem z DC.
   Fabuła rozpoczyna się rok po wydarzeniach z poprzedniej części, czyli Arkham City (którą także przytuliłem, polecam serdecznie!) i opowiada o konfrontacji Batmana ze Strachem na Wróble, który za swój główny cel bierze pokazanie ludziom, a w szczególności Batmanowi, strach. Grozi uwolnieniem toksyny w Gotham City, która wywołuje halucynacje naszych najgorszych strachów. Doprowadza to do chaosu w mieście i natychmiastowej ewakuacji mieszkańców, a gdy to następuje - do zabawy dołącza Batman, próbując wraz z policją uporządkować i zaprzestać anarchii, która znów ma miejsce. Tajemniczym sojusznikiem Stracha na Wróble jest tytułowy Rycerz Arkham, który zadziwiająco dużo wie o bohaterze Gotham.
by GeekLife
  Ogólna rozgrywka wygląda całkiem podobnie, do poprzedniej części, czyli Arkham City. Wprowadzono jednak trochę drobnych zmian, jak chociażby możliwość zrobienia nokautu kilku osobom jednocześnie, bicie leżących przeciwników, czy nokauty z towarzyszem (jest sporo misji, w których współpracujemy z kimś). W końcu mamy też okazję jeździć znanym z komiksów i bajek Batmobilem, który robi wrażenie i mknie przez ulice jak szalony, siejąc niemały postrach wśród przestępców (słusznie!).
 Osobiście jestem zakochany w grach z Batmanem, a ta część nie jest wyjątkiem. Twist fabularny związany z Arkham Knightem i ciągle powracający Joker to niezłe smaczki, widok Arkham City pogrążonego w absolutnym chaosie sprawia, że poczułem niemałą presję. W DLC mamy okazję pierwszy raz zagrać Harley Quinn i przysięgam, to była najbardziej dziwna i psychodeliczna opcja w całej grze(a w obliczu tego, co dzieje się z Batmanem przez całą grę, są to mocne słowa) , ale niemniej intrygująca. Dodatki mogłyby być dłuższe, to prawdopodobnie największy minus tej gry, ale koniec gry daje nadzieje na to, że powstanie kolejna część i nie mogę się już doczekać, słowo daję.


9,5/10. Prawdopodobnie będzie to tytuł, który co jakiś czas odwiedzę, a na kolejne odsłony serii będę czekał z niecierpliwością. Poza tym, zostały mi jeszcze trzy krótkie DLC, które z przyjemnością skonsumuję w kilku kęsach, tego jestem pewien. Lubię ten mroczny, nieprzychylny świat.

Wśród gier skacze morth - GTA V

  Kiedy kupowałem tę grę, a było to już po wielkim hype na GTA V, byłem trochę do tego sceptycznie nastawiony. Nie byłem przekonany co do trzech głównych bohaterów, jak niby miałoby to działać? Przełączam się nagle między nimi i mam sobie tak grać trzy różne historie w tym samym czasie?! Nonsens. A okazało się, że to naprawdę świetny pomysł!
  GTA zawsze sprawdzało się, jako świetna gra akcji i tego nie można odmówić Rockstar Games, czyli producentowi i twórcy tej niezwykłej, mającej już jedenaście części, serii. Tym razem także się nie zawiodłem. Gra została wydana na konsole w 2013 roku, a na PC dopiero w 2015, ale warto było czekać (nie, żebym wtedy miał perspektywy na granie w tę produkcję). Kiedy w końcu sprzęt mi pozwolił na to, aby zagrać w GTA V, a promocja dopisała - jest i ona. Jakiś czas po skończeniu głównego wątku fabularnego, co prawda, ale jednak.
Screen by me

  Jak wspominałem, byłem sceptyczny co do trzech bohaterów, nawet jeśli w trailerach pokazywano ich jako zupełnie inne osobowości, ich dynamiczność i tak dalej. Obawiałem się, że będzie to po prostu niespójne i niezwykle mnie zdziwiło, że wcale tak nie jest! Trzech głównych bohaterów do Franklin, Michael i Trevor. Dwóch ostatnich ma ze sobą stare porachunki, jeden myśli, że drugi nie żyje, gruba akcja, nie ma co zdradzać za wiele, bo to miodny moment jest. Franklin jest z nich wszystkich najmłodszy, przez lwią część gry mieszka z ciotką, która raczej go nie trawi. Franklin chciałby wyrwać się z życia plebsa, zarobić, być kimś, ot, w zasadzie to, co każdy z nas. Michael ma rodzinę, dzieci, chociaż nikt go w niej nie szanuje. Ma też wielką willę, jakieś dziwne układy z FIB. Trevor jest trochę niezrównoważony, bardzo dynamiczny, agresywny, uzależniony od dragów, przemocy, bezwzględny. On sieje zamęt, bo może. Wszystkich trzech łączy to, że mają jakieś zatargi z prawem, są na ogół złodziejami (a starsi z towarzystwa nawet złodziejami doskonałymi, prawie) i to, że w końcu ich losy się łączą.
 Jeśli potrzebujesz czegoś, żeby się wyżyć, świetnie pobawić, poganiać z policją i gangami, a może nawet poobserwować piękne, piękne widoki - to gra dla Ciebie. Jeśli podobały Ci się poprzednie odsłony tej gry, bierz w ciemno, nie zastanawiaj się nawet (no, chyba że chcesz poczekać na promocję).
ALE! TO NIE WSZYSTKO!

Screen by Heatz

GTA ONLINE

Kupując GTA V od razu zyskujemy jeszcze jeden, pełnoprawny produkt - GTA Online, który pozwala nam na rozgrywkę naszymi postaciami, które sobie wykreujemy w świecie, który dostępny jest w podstawce gry. Nie dziwcie się, jeśli spotkacie kogoś, kto w teorii zabiliście w singlowej wersji rozgrywki - zabawa w GTA Online ma miejsce przed główną osią fabularną. I co nam to GTA Online daje? Cóż, napady, zakładanie własnych firm, kradzież i sprzedawanie samochodów, misje, zabawę z przyjaciółmi!, okradanie sklepów, wyścigi, deathmatche, czasem bezsensowne mordowanie się na środku ulicy w słoneczny dzień itd. W zasadzie, do Online byłem jeszcze bardziej sceptyczny, ale okazało się, że to naprawdę świetna zabawa - szczególnie, jeśli macie z kim grać. Wtedy jest cudownie, serio!
Screen by me
9,5/10, bo świetnie się bawiłem i bawię dalej. Czasem rozgrywkę Online psują cheaterzy albo dziwne bugi i to jest mało sympatyczne i przyjemne, ale tak niestety jest i będzie w każdej grze multiplayer. Niemniej jednak, content jest cały czas poszerzany i zwyczajnie jest co robić - nawet pojeździć w kółko.

PS Na moim YT cały czas trwa seria z Mass Effect: Andromeda od czasu premiery (cholernie dużo biegania, które już nawet wycinam, ale jest naprawdę ciekawie i widowiskowo). Zapraszam, jeśli ktoś jest chętny - KLIK. Jeden z odcinków:

`jak szybko żywioł może pokazać Ci, że to on rządzi?

Nie przypuszczałem, że mój największy strach od jakiegoś czasu w końcu nabierze tyle barw i stanie się rzeczywistością. Zdecydowanie nie była to rzecz, której pragnąłem - wręcz przeciwnie.
Ja zawsze lubiłem ogień. Kiedy paliło się ognisko, patrzyłem na niego godzinami. Podziwiałem. Ale i gdzieś była ta nuta niepokoju, bo to żywioł. Nie możesz go okiełznać.
No właśnie, nie możesz.
Ileż razy powtarzałem, żeby nie stawiała tyle świeczek. Wiem, że cierpi. Przecież widzę, nie jestem nieczuły, jak to zwykło się uważać. Widzę. Ale to nie oznacza, że można być w tym cierpieniu nieostrożnym. Nierozważnym. Nieodpowiedzialnym.
Poprosiłem, aby nie robiła tego i faktycznie, przez pewien moment ich ilość się trochę zmniejszyła. Ale potem znów było ich więcej. I wtedy każdej nocy gasiłem świeczki, za co dostawałem każdego kolejnego dnia kłótnię w nagrodę o to, że chcę dbać o bezpieczeństwo. Nasze, do cholery! To ogień, kobieto, tego nie jesteś w stanie tak po prostu okiełznać. To nie działa w ten sposób, nie powiesz: "Dobrze, to teraz palisz się tylko tutaj i nawet jak świat się zawali, nie możesz podpalić niczego innego".
Nie słuchała.
W zasadzie nie wiem jak to się stało. Byłem kilka minut wcześniej w łazience i nic nie zwiastowało tego, co miało nadejść. Nic.
Kilka minut później słyszę zduszony głos mojej mamy. Brzmi trochę panicznie, ale nie rozumiem słów - mam słuchawki na uszach. Pytam jej: "O co chodzi?!". Wiem, że spała. Nie odpowiada, słyszę tylko jak wybiega z pokoju. Nie wiem co mnie tknęło, ale postanawiam wstać od komputera i otworzyć drzwi. Gorąc i gęste od dymu powietrze uderza mnie w twarz. I już wiem. Słyszę to skwierczenie, to niepokojące syczenie ognia. Świeczki. Jest ciemno, nie tylko dlatego, że to noc. Drażniący dym od razu wdziera się do mojego pokoju, chociaż drzwi skutecznie zatrzymywały swąd spalenizny. Przerażenie mnie opanowuje. Przypominam sobie lekcję w remizie strażackiej, która mówiła, że jeżeli jest pożar to czas zadzwonić po pomoc. Zapominam w międzyczasie numeru, ale na szczęście rozmawiałem z Heatz podczas całej sytuacji. Graliśmy w GTA Online. Ona szybko mówi mi, gdzie mam dzwonić. Nagle uświadamiam sobie, że ma rację. Więc otwieram okno, kaszląc - dym już naprawdę wkradł się do mojego pokoju i zadomowił, jak u siebie. Kaszlę i dzwonię. Mnóstwo biurokracji - jaki to dom, ile pięter, gdzie się pali, czy wszyscy wyszli, co spowodowało pożar. Czuję zniecierpliwienie i niepokój, bo niech to jasny szlag, tam się mi dom pali, okej? Można szybciej?! Matka krzyczy do mnie, żebym jej pomógł gasić. Pukam do dziadka, a raczej walę w jego drzwi. I mówię, że mamy pożar, żeby pomógł.
Gasimy ogień, nim przyjeżdża straż pożarna i policja (po co policja, nie wiem). Wszyscy jesteśmy brudni od tej sadzy. Cały dom śmierdzi, jest pełno dymu. Wszystkie okna otwarte, drzwi także. Wietrzenie na wylot o północy zawsze jest w porządku.
Straty materialne? Stosunkowo niewielkie. Moja mama szybko się obudziła i nie doszło do prawdziwej tragedii. Spaliła się ramka ze zdjęciem, świeczki, laptop (moje stare kochanie, które miałem naprawić i dać mamie do użytku), podstawka pod laptopa, drukarka, wzmacniacze, stary (niemalże antyk) monitor i stolik, na którym to wszystko stało. Biorąc pod uwagę fakt, że tuż pod stolikiem było mnóstwo papierów, pendrive, dywany i ubrania, które nie zostały nawet tknięte, a dosłownie dwadzieścia centymetrów dalej znajdował się arsenał lakierów do włosów mojej mamy - całkiem nieźle na tym wyszliśmy. Teraz tylko pozostało nam malowanie pokoju, które planujemy na czas wakacji. A, no i pozbycie się smrodu spalenizny, bo chociaż okna otwarte są non stop (a zimno jest jak cholera), na niewiele się to zdaje. Zakupiliśmy neutralizatory zapachów z firmy ONA, zobaczymy, czy się sprawdzą (lepiej, żeby się sprawdziły, prawie DZIEWIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH!)
I tak przebiegła nasza środa, a w zasadzie noc z środy na czwartek. Był pożar. W czwartek byłem strzępkiem nerwów, teraz jest już trochę lepiej. Nie boję się wstawić garnka do gotowania, więc jest jakiś plus.
Uważajcie z żywiołami. Z nimi nie ma zabawy i chociaż są niewątpliwie piękne, to niebezpieczne. Wystarczyła chwila.
Szkoda, że musiało dojść aż do pożaru, żeby w końcu moja mama mnie posłuchała. Każdy ma prawo do żałoby, do przejścia jej tak, jak chce, ale smutek nie zwalnia nikogo z przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Chociaż podstawowych. Osiem świeczek obok siebie to naprawdę za dużo, okej? Za dużo.

Tak dużo nagrywam na Youtube, że trochę zapomniałem o blogu. Może to też wynika z tego, że nie zawsze jest o czym pisać. Gry opowiadają jakąś historię i niekiedy zdarza mi się do niej odnieść pisarsko, ale teraz topię się w Mass Effect: Andromeda, czyli grze RPG od BioWare - jakby ktoś chciał pooglądać gameplay z moim komentarzem, zapraszam serdecznie. KLIK!

PS Mój ojciec ponoć ma nowego syna. Urodził się gdzieś w marcu, ale nie wiem jak ma na imię. Facebook takich informacji mi nie przekazał.

`jak to życie potrafi zaskoczyć

Moment, w którym dowiadujesz się, że niespecjalnie lubiana przez Ciebie osoba nie żyje jest bardzo dziwny. Z jednej strony nie zachowujesz się tak, jak wszyscy wokół - nie płaczesz, nie ciągasz nosem, nie dramatyzujesz. Przyjmujesz smutną rzeczywistość całkiem spokojnie.
Masz też wrażenie, że coś z Tobą jest nie w porządku. Że jesteś potworem, który nie ma uczuć, bo nie reagujesz jak reszta.
No nie reagujesz.
Nie wiem, czy jest to rzecz, którą chcę pamiętać, ale z drugiej strony, jakim by nie był człowiekiem i ile złego by nie wyrządził, to dalej istota żyjąca. Humanoidalna. Posiadająca swoje myśli i pragnienia. Zagubiona jak cholera w czeluściach narkotycznego amoku, oczywiście, że tak. I nie akceptowałem tego całym sobą, tak bardzo, jak tylko się dało. Ale nie życzyłem mu śmierci. Ta odnalazła go jednak sama.
Z poniedziałku na wtorek zmarł były partner mojej matki - piszę "były", bo kilka dni temu z nim zerwała. Który raz, nie będę w to nawet wnikał. Tym razem miało być już "na serio". No, faktycznie. Jest. W środę został znaleziony przez moją matkę w swoim mieszkaniu na prośbę jego matki, która była zaniepokojona, bo nie mogła dodzwonić się do syna. Okazało się, że już nie żył.
W mieszkaniu był sam. W pidżamie. Na stoliku trzy kreski z heroiny. Krew na białym, puchatym dywanie. Powód? Prawdopodobnie wylew połączony z kilkunastoletnim ćpaniem. Jego organizm po prostu już nie wytrzymał.
Sekcja trwa. Tak, okazuje się, że jeśli przy zdarzeniu były narkotyki, to wchodzi w to cała policja, śledztwo i sekcja. Dość oczywiste.
Osoba, z którą tak chciałem, żeby moja mama się rozstała nie żyje. I nie, to nie tego sobie życzyłem. Po rozstaniu moja mama byłaby smutna, może trochę podłamana, ale pozbierałaby się z pewnością szybciej, niż po czymś takim. Niż po nagłej śmierci.  A tak, zachowuje się tak, jak wtedy, gdy miałem jedenaście lat i odszedł od nas mój ojciec. Dokładnie to samo. I wiem, jak to będzie przebiegało. Martwi mnie to. Ale czy mogę coś zrobić?
Pozostaje mi mieć nadzieję, że teraz jest Ci lepiej, skończony idioto. Może chociaż tam nie uzależnisz się od niczego, co? :)

`chciałbym być jak księżyc - najważniejszy

Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. I zdaję sobie sprawę z tego, że podobne słowa, które padają od przedstawiciela płci tzw. "brzydkiej" to raczej oznaka bycia gejem w obecnych czasach. Być może jest to jednak pewien proces, który musimy przejść, aby można było w przyszłości spojrzeć na mężczyznę i nie widzieć w nim tylko większej siły fizycznej, czy konieczności bycia tak bardzo męskim, jak bardzo się da. Być może w przyszłości oni też będą mogli być ludźmi. Osobami, które płaczą, śmieją się bez powodu, które mają swoje nastroje i ich następstwa. Oczywiście, każda z tych rzeczy występuje raczej rzadziej, niż u kobiet, ale to nie oznacza, że mężczyzny nic nie wzrusza, czy nic nie smuci do tego stopnia, że płacze.
Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. I zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem, że w tej chwili nie mam narzędzi, aby to stuprocentowo wyleczyć. Nie wiem nawet, czy jest to tak naprawdę możliwe. Zastosowałem lekarstwo tymczasowe, które służy do tego, aby zalepić wszystkie rany. Zaklejenie ich nie sprawi, że zniknął, ale dzięki temu nie będzie mi to przeszkadzało cały czas.
Prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać. Czuję takie stałe pragnienie, aby być w czyimś życiu na jakiejkolwiek płaszczyźnie number one. Użyłem zwrotu z angielskiego, ale myślę, że doskonale oddaje istotę rzeczy, którą musiałbym tłumaczyć dość długo w naszym ojczystym języku. Jeśli jestem przyjacielem, chciałbym być dla Ciebie najlepszym przyjacielem, który będzie miał wstęp do prawie każdego aktu Twojego życia, każdej szuflady. Jeśli jestem kolegą, chciałbym być dla Ciebie najlepszym kolegą, o którym zawsze będziesz myśleć, gdy przyjdzie Ci coś kreatywnego do głowy, co tylko mógłbyś/mogłabyś robić z znajomymi. Jeśli jestem Twoim kochankiem, chciałbym być Twoim najlepszym kochankiem, z którym noce są gorące, pełne pasji i werwy, o którą mnie nikt nie podejrzewa. Jeśli jestem Twoim partnerem, chciałbym być Twoim najlepszym partnerem, któremu możesz ufać, wiesz, że zawsze będę dla Ciebie i wszystko z pewnością się nam uda, o ile dobrze to rozplanujemy i porozmawiamy. Jeśli jestem osobą, z którą coś piszesz, chciałbym być najlepszą taką osobą w Twoim życiu, która inspiruje Cię non stop i sprawia, że żyjesz światem, którego jesteśmy twórcami.
Skąd ta potrzeba? Przecież nie we wszystkim będę najlepszy. Nie zawsze będę najlepszym przyjacielem, kolegą, kochankiem, partnerem, czy pisarzem. Nie mam pojęcia. Może wynika to z tego, że prawdopodobnie mam bardziej podziurawioną duszę i serce, niż chciałbym się do tego przyznać.
Mówią, że skoro jesteś młody, to nic nie może Cię zatrzymać przed zdobywaniem świata i wiedzy. A ja widzę, że coś może. Chociażby przeszłość, która lubi wlec się za nami w nieskończoność i trzymać nas za kostkę, jakbyśmy byli jej niewolnikami. Może tak jest?
Może uczucie osamotnienia, które miało miejsce w bardzo wczesnych latach utrwaliło się w mojej głowie tak bardzo, że teraz chciałbym być w życiu innych ludzi kimś ważnym. Chociaż dla jednej osoby być najlepszym. Chociaż w jednym aspekcie. Ale potem chciałbym być najlepszy w jeszcze czymś, i jeszcze, i jeszcze. Głód, ogromny głód bycia dla kogoś najlepszym.
Dlatego właśnie myślę, że moje serce jest podziurawione bardziej, niż mi się wydaje. I moja dusza. Ale może kiedyś nie będę musiał jej sklejać. Może kiedyś znajdę środki, aby ją naprawić. I wtedy znów będzie nowa, bez cierpień. Wtedy znów będę mógł zdobywać świat. Oby tylko nie było na to za późno.

Proszę grzecznie o subskrypcje i lajki, jeśli podobają się Wam moje materiały. Są one głównie o grach komputerowych, to w końcu gameplay'e, ale może ktoś się zainteresuje - nawet dla mojego samego gadania. Mam nadzieję ;)

Overwatch Gameplay:


*Post inspirowany Włodkiem Markowiczem i jego najnowszym filmem:


`bo tańczyć chcę na nowo

Stawiam pierwsze, bardzo nieśmiałe kroki na lądzie, którego nie znam. Rozglądam się dopiero, udeptuję podłoże i sprawdzam, czy mogę na nim stanąć choć odrobinę pewniej, niż zazwyczaj. Nie mam pewności.

Może właśnie dlatego trochę zamilkłem tutaj. Zazwyczaj jest tak, że jeśli nie mam z kim porozmawiać o trapiących mnie rzeczach, piszę. I mógłbym pisać dalej, pomimo wszystko, ale nie wiem czy kolejna notatka o związku mojej mamy, który mnie obecnie bardzo martwi miałby sens. Nie wiem, czy jest to wspomnienie, które chciałbym mieć w pamięci na dłużej.
Próby walki o swoje pragnienia, marzenia i plany - tak, to jest coś, co by mnie interesowało w przyszłości, chciałbym o tym pamiętać.
Nieważne jaka przyszłość będzie dla mnie realizowana.

Coraz częściej myślę o tym, że jeśli umrę nagłą śmiercią, nie stanie się nic wielkiego. Nie wiem skąd ta przykra konkluzja, ale nawiedza mnie co jakiś czas, gdy pojawia się dziwny i niezidentyfikowany, bardzo krótki ból z boku, po lewej stronie przy żebrach.

Byłbym wdzięczny za wszelkie okejki i subskrypcje, jeśli zainteresuje Was mój kanał. Raczkuję, klęczę w tym, można by rzec, ale staram się.

`możesz być na zakręcie, ale to nie znaczy, że nic z ciebie nie będzie, Chloe Price!

Na forum o Life is Strange na Steam padło pytanie, dlaczego ludzie tak bardzo lubią Chloe, jedną z głównych bohaterek, skoro jej decyzje lub słowa są niekiedy po prostu krzywdzące. I zacząłem o tym myśleć. Chciałem się tam wypowiedzieć (i zapewne to zrobię, w końcu), ale postanowiłem wybrać łatwiejszą opcję na tę chwilę - język polski, a więc ojczysty. W ten sposób zdecydowanie łatwiej zbiorę słowa, będę wiedział, co chcę przekazać, a być może wkrótce będę miał okazję, aby przekazać moje racje w innym języku. Tymczasem...

Life is Strange to gra z wyborami. Główną bohaterką jest Max, osiemnastoletnia dziewczyna, która powraca do Arcadia Bay - miasta, w którym niegdyś dorastała. Przed pięciu laty wyjechała wraz z rodzicami, poniekąd do tego zmuszona. Przez ten okres czasu nie odzywała się do przyjaciółki, którą zostawiła w Arcadia Bay - Chloe. Gdy powraca, dzieją się dziwne rzeczy - między innymi Max odkrywa, że potrafi cofać się w czasie. Jej relacja z przyjaciółką z dzieciństwa odnawia się.

SPOILERY ALERT, jeśli nie skończyłeś gry - nie czytaj dalej! A jeśli czytasz, robisz to na własną odpowiedzialność!



Price to typ bad girl, ale nie bez powodu tak się stało. W momencie, gdy Max musiała wyjechać, ojciec Chloe zginął w wypadku. Dziewczyna miała ewidentnie lepszy kontakt z tatą, w związku z czym stratę przeżyła okropnie - tym bardziej, że bliska osoba, czyli przyjaciółka musiała wyjechać. Z pewnością młody wiek Price nie poskutkował pozytywnie - nie umiała sobie z tym poradzić. Jej matka, Joyce, po jakimś czasie znalazła nowego partnera, nauczyła się żyć na nowo po niewątpliwie bolesnej stracie - naprawdę kochała swego męża i ojca jedynej córki. Nowy partner to typ, który był długo w wojsku, na służbie. Ma lekką obsesję na punkcie bezpieczeństwa swojej rodziny, co ewidentnie wynika z pobytu na wojnie. Nie dogaduje się z pasierbicą. Chloe wpada w niezbyt ciekawe towarzystwo, alkohol i narkotyki to raczej codzienność. Dziewczyna spotyka w końcu Rachel, która naprostowuje trochę jej życie. Jest taką Max, trzymającą w ryzach niespokojnego ducha niebieskowłosej. Próbują wyrwać się z miasta i zacząć wszystko od nowa, aż ta znika bez słowa, co wydaje się bardzo podejrzane. Max spotyka dawną przyjaciółkę w momencie, w którym jest punkówą - niebieskie włosy, wytatuowany rękaw itd.
W trakcie rozgrywki wielokrotnie Chloe daje Max do zrozumienia, że nie zapomniała jej zniknięcia, jej braku. Prawdą jest, że troszkę wpada w melancholię i użalanie się nad sobą. Okej, może troszkę bardzo. Jej decyzje są niekiedy nierozsądne i absolutnie głupie, ale hej, jest nastolatką! Większość ludzi w wieku osiemnastu lat nie jest rozsądnych.



Co sprawia, wobec tego, że lubię Chloe? Przede wszystkim, nie uważa Max za nieciekawą osobę. Szanuje ją i to jest, uważam, fantastyczne. W późniejszej części gry (w zależności od naszych wyborów może pojawić się to wcześniej, niż na samym końcu) przeprasza ona za swoje zachowanie i zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo egoistyczna mogła być. Chloe jest uparta i nie zawsze ma rację, ale za każdym razem, gdy Max się z nią nie zgadzała jest w stanie wysłuchać jej i przeważnie zauważała swój błąd i pochopność decyzji. Nie jest zupełnie niereformowalną istotą, co uważam za niezły początek. Chloe jest mocna. To słowo może nie jest w stu procentach odpowiednie, aby określić jej osobowość, ale myślę, że w kontekście mojej wypowiedzi - pasuje. Jest zazdrosna, gdy odbieramy telefon od Kate w epizodzie drugim, ale i potrafi współczuć i zwrócić uwagę na to "jak ty musiałaś się czuć" w epizodzie piątym, gdy Max wyjawia, jak bardzo chciała pomóc swojej przyjaciółce i naprawić jej przeszłość, nie pozwolić, aby jej tato umarł - a jakie miało to konsekwencje i do jakiej decyzji była doprowadzona (przeprowadzenie eutanazji na Chloe w alternatywnej rzeczywistości lub nie). Nadaje trochę dynamiki w życiu Max, która jest raczej spokojną osobą. Chloe sprawia, że wkrada się nutka szaleństwa, która jest potrzebna w młodym wieku.
Chloe Price może być denerwująca, z pewnością niekiedy taka jest, ale każdy z nas był (i jest) zmienny, gdy dorastał. Poza tym, widmo niebezpieczeństwa, jakie krąży nad Rachel, która zniknęła z pewnością sprawia, że Chloe jest jeszcze bardziej... niezorganizowana.

Dyskusja na Steamie, która mnie zainspirowała znajduje się w dziale "Life is Strange" i nazywa się "Chloe sucks, here's why (Spoilers)".

`próbowałem być normalny, ale wyszło jak zwykle

Jestem młodym człowiekiem, który spotkanie z pierwszą pracą miał stosunkowo późno. Nie wiem, czy wynika to z braku doświadczenia, czy niewielkiego wykształcenia pomimo wieku (powinienem być teoretycznie na drugim-trzecim roku studiów, a jestem dopiero po szkole średniej). Nie mnie to oceniać. Koleżanka załatwiła mi prace w Żabce. Nic wyszukanego, jasne, ale pomyślałem sobie, że czemu nie. Potrzebuję pieniędzy, doświadczenia, czegokolwiek. Spróbowałem. Nie wyszło.

Na początku warto wiedzieć, że jestem introwertyczną osobą. Nie jest to żadna wymówka, ale fakt faktem nie do końca potrafię pracować z osobą face to face. Uważam, że mój pierwszy dzień w pracy wypadł w miarę pozytywnie pod względem ciągłego kontaktu z klientem. Do moich obowiązków należało jednak dużo zbyt dużo - nie byłem na to gotowy i jest to powód, dla którego zrezygnowałem z tej pracy.
Jako pracownik Żabki pracuję na sklepie sam. Wobec czego muszę zadbać o otworzenie sklepu, jeśli jestem na zmianie dziennej, zadbanie o wniesienie i rozłożenie świeżego pieczywa, a także gazet. Papierkologia w tej kwestii także musi zostać zrealizowana. Otwieram sklep, stoję na kasie. Przyjmuję pieniądze, dbam o fundusze wszelkiego rodzaju, dokładam do półek, odpowiadam za cały sklep własną osobą i piersią. Nie mam żadnego doświadczenia, a trzy dni, które miałyby mnie przygotować na prowadzenie sklepu samodzielnie - dla mnie to za krótko, serio. Zmiana popołudniowa, także dbam o ekspozycję sklepu, o dostępność towaru, dokładam w razie braków. Jestem jednocześnie na kasie. Zamykam sklep, sam myję podłogę, a także liczę pieczywo i gazety, które zostały - w związku z tym muszę też wypełnić papierki. Liczę pieniądze w kasie, cały dzienny utarg. Oby był jak najlepszy, minusy nie są mile widziane. Zamykam pieniądze w sejfie, loguję się w systemie i odznaczam swoją obecność, czas, jaki pracowałem (dziesięć godzin około) i see ya. Cały czas, odpowiadam sam za sklep.

Nie przeraża mnie ilość tego, co trzeba zrobić. To w porządku, okej? To dorosłe życie i doskonale o tym wiem, akceptuję ten fakt. Ale przeraziło mnie to, że przez całą moją zmianę jestem sam i muszę odpowiadać za wszystko. Wpadłem w panikę, jeśli mam być szczery i potraktowałem swoją szefową raczej niezbyt miło, informując ją, że jednak nie przyjmę tej oferty - bardzo za nią dziękuję, ale dla mnie odpowiadanie za sklep, który nie jest mój to trochę zbyt duża odpowiedzialność, której na chwilę obecną nie potrafię podjąć. Nie potrafię. Może to czyni mnie słabym, może to sprawia, że się poddałem w oczach wielu ludzi - nie wiem. Nie mnie to oceniać. Ale za 1200zł mieć na głowie odpowiedzialność za cały sklep i asortyment, a także papierkowość - to nie dla mnie. Po jednym dniu czułem się tak zestresowany, że nie mogłem spać, chociaż zmęczone ciało błagało mnie o odpoczynek.

Pracy poszukuję nadal. Czasem myślę, że popełniłem duży błąd, nie próbując pociągnąć tego dłużej. Nie podjąłem tej decyzji samodzielnie - nie potrafiłem. Radziłem się kogoś, kto ma w tej kwestii dużo więcej doświadczenia, niż ja - mojej mamy. W pewien sposób zdjęła ze mnie jakiś ciężar, tak myślę.

`żaden ptak nie jest idealny

Ostatnio podjąłem kurację przeciwko łupieżu zaleconą przez dermatologa. Jest to trochę temat tabu, sam odczuwam to bardzo mocno - to wstydliwa przypadłość, która może przytrafić się każdemu z nas. Szczególnie apel do młodych osób - jeśli jesteś osobą dojrzewającą i masz problemy z łupieżem, nie wstydź się tego. Szczególnie w tym okresie jesteśmy narażeni na tego typu zmiany skórne, hormony mogą zrobić bardzo wiele dziwnych rzeczy. Jeśli szampony przeciwłupieżowe nie sprawdzają się, po prostu idź do dermatologa - nie przeciągaj tego tak długo, jak ja to zrobiłem.
Pierwszy raz łupież pojawił się, gdy miałem coś około jedenastu lat. Nie wiem z jakiego powodu, być może właśnie zaczęły działać hormony. Od tego czasu znikał on i pojawiał się wielokrotnie - nie jestem w stanie tego wszystkiego zliczyć. Krótko mówiąc, uprzykrza mi życie bardzo skutecznie i dotychczas byłem skazany na używanie tylko i wyłącznie szamponów przeciwłupieżowych, a z czasem zwykły Syoss, czy inne takie - nie działały. Musiałem sięgać tylko po Nizoral i tego typu ciężkie artylerie. Znudziło mnie to. Zdecydowałem, że nie mogę wiecznie uciekać w coraz to nowsze szampony przeciwłupieżowe - po pierwsze, to droga sprawa, a po drugie, w końcu mi się skończą i co ja wtedy zrobię. Zdecydowałem więc, że najwyższy czas, aby zainteresował się tym dermatolog.
Jeśli ktokolwiek pyta mnie po co była mi ta wizyta odpowiadam szczerze. Pamiętam ile wstydu niegdyś najadłem się, gdy mając dość ciemne naturalne włosy widać było białe ślady łuszczącego się naskórka. Byłem takim typem człowieka, który gdy sam zauważał coś podobnego u kogoś - nie komentował. Nie chciałem, by było komuś niemiło. Niestety rówieśnicy nie wykazywali się podobną empatią. Byłem młody i brakowało mi doświadczenia, a także pewności siebie, aby wstać i powiedzieć "Tak, mam łupież. On też ma, jego nie wyzywasz. Leczę to, co mam Ci jeszcze powiedzieć? Hormony robią swoje". Teraz nie miałbym z tym problemu, ale jak człowiek jest młody - to zupełnie inna rzecz.
Nauczyłem się jednak jednej, bardzo ważnej rzeczy, która być może zdefiniuje Twoje życie - nie rób sobie tematów tabu. Jeśli jesteś chory na łuszczycę, czy nawet ten głupi łupież - mów o tym otwarcie, jeśli ktoś Cię zaczepi albo nawet gdy nikt nic nie powie. Po prostu mów o tym swoim przyjaciołom, czy znajomym, jakby to była zupełnie normalna rzecz.
Po drugie, zrozum, że to jest normalna rzecz. Łuszczyca to choroba, łupież w pewien sposób - także. To że jesteś cukrzykiem to też kwestia niezależna od Ciebie. Nie ma się czego wstydzić. Taki jesteś, to część Ciebie. Sami robimy sobie tematy tabu i jasne, nie jest to estetyczne, gdy z Twoich włosów sypie się śnieg - nie namawiam do tego, aby nic z tym nie robić "bo taki jesteś". Po prostu czuj się komfortowo z swoją przypadłością, którą leczysz. Sam poczułem się lepiej, gdy tak po prostu powiedziałem znajomym "W końcu zacząłem kurację na ten nieszczęsny łupież, mam nadzieję, że się go pozbędę. Minusem jej jest to, że ten specyfik sprawia niesamowity śnieg, ten naskórek się strasznie łuszczy. Ale przeżyję to, o ile po wszystkim w końcu będzie dobrze!".
Nawet nie wiecie jakie ciśnienie od razu ze mnie zeszło. Jasne, mogło nie być to komfortowe - w końcu byłem otwarty i jasno przyznałem, że mam z tym problem, niestety. Ale nie otrzymałem negatywnej reakcji, a i ja potraktowałem to naturalnie, bez spięcia, bez takiego cichego "bardzo się tego wstydzę". Nie żałuję.
Tak, mam łupież. I tak, leczę go. Czeka mnie czterotygodniowa terapia, którą zacząłem wczorajszego popołudnia. Jakie będą tego efekty, zobaczymy. Nie ma co się wstydzić łupieżu. Tak się zdarza i tyle.

Koty na pocieszenie:


`mówię, więc mówię

Ostatnio pochłania mnie pisanie dla portalu do tego stopnia, że nie mam czasu zebrać myśli. To znaczy, czas mam. Ale chęci do tego zdecydowanie mniejsze, niż niegdyś.
Jak to robią Ci, którzy np. prowadzą bloga i kanał na YT? Jedno uzupełnia drugie. Być może tego rodzaju format od początku pozwala im na zaprzyjaźnienie się z konstrukcją materiału w ten sposób, aby jedno wynikało z drugiego. Ja, prawdę powiedziawszy, redaktorem How2Play stałem się z przypadku i pomimo długiego okresu czasu, który już minął - w dalszym ciągu jest to dla mnie nieco abstrakcyjne. Nie umiem sobie to wszystko poukładać, aby wszędzie pojawiały się dobre jakościowo materiały.
Zwierzanie się także stało się trochę mniej mi potrzebne - w razie niezwykłej potrzeby są osoby, które mnie wysłuchają. Trochę się pozmieniało, chociaż jak tak patrzę siedząc w dalszym ciągu przy tym samym sprzęcie i w tym samym miejscu - nie aż tak wiele, jak niegdyś marzyłem.

Muszę przemyśleć co chcę, aby tu było i w jakim formacie. Mam nadzieję, że decyzja nastąpi w miarę szybko.

Sentyment, a gry - czyli dlaczego stare produkcje dalej czasem grzeją u nas miejsce na dysku!

Wszystkie portale związane z grami komputerowymi bombardują nas nowymi wydarzeniami i premierami gier – tylko w ostatnim czasie wszędzie huczało o Rise of the Tomb Raider, Star Wars Battlefront czy chociażby Fallout 4. Są jednak relikty przeszłości, które dalej nas fascynują i sprawiają niezwykłą przyjemność pomimo tego, że znamy te tytuły doskonale, a ich lata można liczyć w kilkunastu. Dlaczego tak jest?
Sam pamiętam, jakby to było wczoraj – ja, mający zaledwie cztery lata i grający w Tomb Raider Revelation. Utknąłem gdzieś na początku, ale przecież to nie było istotne – tak samo, jak nie potrafiłem szybko i sprawnie zrobić pierwszej misji czasowej w Tomb Raider Chronicles. Zdaje się, że to było Koloseum. Nie było to jednak istotne, zaintrygowała mnie bowiem kreacja całej gry, te efekty wizualne, uczucie wyobcowania i samotności. Minęło kilkanaście lat, a ja dalej chętnie co jakiś czas wracam do tych tytułów i rozkoszuję się wieloma miejscami, do których ówcześnie nie było mi dane dojść.

Tekken 3, gra, która umilała mi dzieciństwo i wspólne chwile z moim ojcem. Tej produkcji nie było końca, przecież chodziło tam o radosne rozpruwanie twarzy i łamanie kości. A pomimo tego, że grafika starego Tekkena 3 woła dziś o pomstę do nieba, szczególnie, że mamy nowe części z bajecznymi widokami – ja dalej, jak ta muszka fruwająca za światłem, biegnę do tej nieszczęsnej trójeczki.

Analizując ten temat, pytałem też ludzi w redakcji, jakie są to produkcje i powody, dla których zawsze wracają do wymienionych przez nich gier. Posypały się różne tytuły: Fable, Morrowind, Lineage 2, Metin, Tibia, Ages of Empires 2, Heroes 3… A to tylko kilka produkcji. Okazało się, że najsilniejszą bronią, jakie mają na nas te gry, to wspomnienia. Ciepłe, czułe, niekiedy dotyczące ludzi, którzy już odeszli. Wspomnienia dzieciństwa, bezproblemowego i słodkiego. Niekiedy to też kwestia honoru. Kiedyś byliśmy w jakąś grę badziewni (na przykład ja i Tomb Raider – RIP – albo Misa i Tibia ;D), a teraz możemy osiągnąć więcej. Mamy lepszy refleks, niż kiedy mieliśmy cztery lata. Wiadomo – starość ma też swoje plusy!

Zaskakuje mnie, jak bardzo kurczy mi się chęć do pisania czegoś personalnego lub właśnie o grach w momencie, gdy piszę artykuły do How2Play. Przepraszam za to, że tak rzadko tu jestem. Wydaję mi się po prostu, że nie mam o czym teraz tutaj pisać. 

`dziwne, nieskładne gadanie o cosplay'u i pewnej rzeczy, która pochłania mój czas

   Ja się chyba starzeję. Znaczy jasne, wszyscy się starzejemy, ale momentami odczuwam to aż nazbyt. Albo po prostu nie rozumiem ludzi i ta opcja jest również możliwa.
   Na pewnej grupie osób interesujących się cosplay'em bardzo ładna dziewczyna wstawiła zdjęcie, na którym była jako kobieca wersja Śnieżnego Gnara z League of Legends. Wyszło jej to bardzo ładnie.
facebook.com/squezzecosplay
   Osoba, na temat której wybuchła pewna dziwna tzw. "gównoburza" nie wypowiedziała się ani słowem i może to nawet lepiej, ja także przestałem się udzielać w tej sprawie. Jakiś młody jegomość napisał "Fajne cycki". Zostało to uznane przez administrację grupy jako bardzo wulgarne, chamskie i niesmaczne stwierdzenie, a ja ciągle pytam "Gdzie?". Być może nie jestem dostatecznie wyedukowany, nie mam pojęcia, ale z pewnością nie odczuwam tego w podobny sposób i zaskakuje mnie fakt, że inni mogą to tak negatywnie odbierać. Odnoszę niekiedy wrażenie, że wokół kobiecego biustu narasta jakaś legenda, że są zupełnie nierealne, jak potwór z Loch Ness albo coś równie groteskowego. To strasznie dziwne. Od kiedy nie można nazwać części ciała po imieniu?
   Cosplay'u mogę pogratulować, jeden z nielicznych, który naprawdę mi się podoba.

   Ostatnio mocno angażuje się w projekt, który jest już na żywo - jestem bowiem redaktorem i recenzentem gier dla How2Play. Strasznie cieszę się, że w końcu przyszła do mnie odwaga, aby zrobić ten krok i pójść o ten jeden krok do przodu. Jest mi to potrzebne, nie ukrywam. Zrealizowałem tam już kilka materiałów, które w normalnym przypadku byłyby tutaj, na blogu. Zastanawiałem się, czy kopiować materiał i wrzucać to także tutaj lub zostawiać linki do zrealizowanych tematów na How2Play na oddzielnej stronie, Jakieś sugestie? Wydaję mi się, że mógłbym wrzucić moje materiały na bloga, bo dlaczego nie.

   Póki co, jeśli są osoby zainteresowane sprawdzeniem jak wyglądają moje materiały, lecą:
   Moja współpraca trwa dosłownie jakieś dwa tygodnie maksymalnie i póki co jestem szczerze zadowolony. Pozostaję na próbnym przez kolejne półtorej miesiąca.

Przez filmy z morthem - "Wiek Adaline"

www.filmweb.pl

Tytuł: Wiek Adaline
Gatunek: melodramat
Produkcja: USA
Premiera: 15 maj 2015 - Polska, 8 kwietnia 2015 (Świat)
Reżyser: Lee Toland Krieger
Scenariusz: Salvador Paskowitz, J. Mills Goodloe

   Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy całkiem spora ilość wszelakich form przekazu ukazuje się z tematyką wieku, starzenia się, nieśmiertelności i tego typu spraw. Najpierw "Wiek Adaline", a później "Soma". Dwa różne gatunki, bo przecież film i gra, ale jednak...
  Jak często zastanawialiście się nad nieśmiertelnością? Jak wiele razy pomyśleliście, że fajnie byłoby być nieśmiertelnym, nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie umrzeć? Mnie zdarzyło się mieć takową refleksję w przeszłości, nim zrozumiałem, że wcale nie byłoby to takie fascynujące i świetne, jak można by się spodziewać. Na początku - może i owszem, ale później?
   "Wiek Adaline" właśnie do tego tematycznie przysuwa się i uśmiecha pięknie, pokazując białe zęby. Główną bohaterką jest, bowiem, urodzona na początku XX wieku Adaline. Na skutek wypadku samochodowego i jego następstw przestaje się ona starzeć. Nie dla niej zmarszczki, siwiejące włosy, problemy ze stawami, a także wiele rzeczy i uczuć, a także przeżyć, które dla nas są raczej naturalne. Chociażby miłość. W jej rozumieniu związek ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi on do grobu. W innym przypadku - to zwykłe rozczarowanie. Bo przecież kiedyś partner umrze, prawda? A Ty... Nigdy. Jak to jest, być nieśmiertelnym? Jak to jest widzieć starzenie się swojego własnego dziecka? Jakie takie życie ma plusy, a jakie minusy? Czy w ogóle istnieją? Ten film z pewnością odpowiada na kilka z tych pytań.
   Jeśli oczekujecie niesamowitej gry aktorskiej i powalającego scenariusza, to nie uświadczycie tego, nie ma co o tym marzyć. Film jest poprawny, dobry, przyjemnie się go ogląda, niemniej jednak nie sprawia czegoś niezwykłego w Twoim sercu, nie kradnie duszy, jak niektóre produkcje potrafią uczynić. Jest dobrze. Może dla niektórych nawet refleksyjnie, tak jak mnie się udzieliło, niemniej jednak nic ponadto.
   Trudno jest mi się też wypowiadać na temat tej produkcji, bo bardzo ciężko napisać jest coś sensownego, aby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły. Jest ona skonstruowana w ten sposób, iż nie natknąć się na wątek, który mógłby zepsuć jakąś niespodziankę może być bardzo ciężko. Wspomnę tylko, że nie podobał mi się wątek z gwiazdą, nazywaniem jej na cześć Adaline i ciągle wspominanie tego wątku. Jasne, konsekwencja jest wspaniała - raz o tym powiedzieli i później po cichu ten temat się gdzieś wkradał, ale odnoszę wrażenie, że nawet bez tego film byłby kompletny. Taki zbędny wypychacz. 
  Tematyka jednak jest niewątpliwie ciekawa, realizacja niezła, wobec czego warto polecić i warto obejrzeć - ot, choćby z czystej ciekawości jak został zrealizowany pomysł, który potencjał ma.

7/10

`nasze twarze są jak maski - nakładamy i zdejmujemy, a każda to my

   Nie powiedziałbym nigdy, że jestem pisarzem, ale faktycznie tym zajmuję się od jedenastego roku życia - piszę. Raz lepiej, raz gorzej, w różnych światach i o różnej tematyce, a także wieloma postaciami, ale każda z nich to jakaś forma spełnienia się artystycznego. Ten blog to też część tego, co pozwala mi powiedzieć "Tak, jestem produktywny i mam wielką wyobraźnię". Być może to tylko jakaś forma, która pozwala mi poskładać własne życie. Nie wnikam w to, nie roztrząsam tego.

   Niemniej jednak, każda postać, jaką tworzę, powołuję do życia w różnych tematycznie światach ma swoją własną historię. Wydawałoby się to logiczne, coś ma swój początek, więc jakoś do tego początku dojść musiało. Nie jest to jednak przygoda, jaka przychodzi Wam na myśl - każda z tych wirtualnych i nierzeczywistych bytów to pewna część mnie samego i mojej osobowości.
   Ludziom wydaje się, że mamy jedną lub dwie twarze i tylko jedna z nich jest tą prawdziwą. Tymczasem to wcale nie jest prawdą, nie w mojej opinii. Każdy z nas jest zupełnie inny samotnie, w tłumie obcych ludzi, wśród znajomych, kochanka, przyjaciół, czy żony albo męża. Inaczej zachowujemy się w stosunku do dzieci, a inaczej do dorosłych, co nie oznacza, że którakolwiek forma naszego zachowania i "bycia" jest tą fałszywą i gorszą. Każda jest bowiem nami.

   Popularnie uważa się, że tylko kobiety mają milion twarzy, natomiast mężczyźni są tego pozbawieni. Fatalny błąd. My naprawdę nie zachowujemy się tak samo w stosunku do naszej matki, żony, kochanka, partnera, przyjaciela, kumpla, znajomego, psa, kota, dziecka, kogokolwiek. I to nie prawda, że tylko tacy, jacy jesteśmy sami ze sobą to prawdziwi my. Każda z "masek" jest nami, każda z form naszych osobowości to właśnie my - to wszystko, na co składamy się, jako ludzie, jako charaktery. Jesteśmy skomplikowani, my, jako społeczeństwo, ponieważ sami nie wiemy ile takich twarzy możemy mieć. Odkrywamy siebie z czasem.

   Myślę, że grając w RPG (pisane, mówione, jakiekolwiek) z czasem możemy odkryć właśnie, że każda z postaci, jaką tworzymy to w jakiejś części my sami. Właśnie dlatego tak łatwo jest nam się spersonalizować i czuć dokładnie to, co czuje nasz bohater - bo stajemy się nim, a wręcz powiem dalej - jesteśmy nim. Przecież skądś musieliśmy wziąć jego charakter, zadziorność, trudność w nawiązywaniu kontaktów i tak dalej. Mając tyle osobowości w jednej osobie, trudno tak naprawdę wyczerpać nam temat pomysłów na dalsze postaci, dalszych bohaterów.
   Jeśli jesteś osobą dającą życie właśnie takiej wymyślonej personie lub jesteś pisarzem - ujawniasz wiele swoich twarzy. Nie każdy orientuje się, jak wiele możemy ich posiadać i jak wiele z nich już odkryliśmy. Jako osoby realizujące się poprzez szeroko pojętą sztukę i twórczość, być może łatwiej jest nam zdać sobie z tego sprawę. Przychodzi bowiem taki moment, w którym dochodzi do nas refleksja jak wiele postaci posiadamy i jak zadziwiające jest, iż z każdą jesteśmy w stanie się spersonalizować i "być nią". Jak wiele historii napisaliśmy, a każda jest bliska naszemu sercu.

   To pokazuje nam, jak bardzo różnymi ludźmi być możemy i jak bardzo trudno jest poznać kogoś w pełni. Nigdy nie wiesz, czy dwadzieścia twarzy, które Ci pokazał to ostatnie dwadzieścia, jakie ma w zanadrzu. 

Wersja audio posta:

`życie mojej mamy

   Uderzyło mnie, podczas zwykłej rozmowy z moją rodzicielką, jak bardzo zmęczonym jest człowiekiem pomimo młodego wieku. Ma przecież zaledwie odrobinę ponad czterdziestkę, cóż to jest w obliczu osób o wiele starszych od niej?
   Moja mama jest szwaczką, krawcową. Pracuje w tym zawodzie od kiedy pamiętam, od zawsze, ale wielokrotnie mówiła, że to nie było to, co chciała robić w swoim życiu. Od zawsze, bowiem, interesowała się prawem karnym i chciała zostać prawnikiem. Życie pokrzyżowało jej plany. Musiała wcześnie wyfrunąć z domu i zacząć pracować, aby pomóc rodzinie. Zaniechała więc marzenia o szkole prawniczej i wybrała coś, co da jej zawód o wiele szybciej - krawiectwo.
   Pamiętam, jak kiedyś projektowała jeszcze ubrania, ale nie pamiętam, czy lubiła to robić. Zawsze była ogromną fanką czytania książek, lubiła gotować. Teraz raczej niewiele jej z tego zostało.
   Nie wiem co robi po powrocie z pracy, ponieważ już ze mną nie mieszka. W gruncie rzeczy przeprowadziła się do swojego nowego partnera, ale moja matka sprawia wrażenie naprawdę przygnębionej osoby, bez pasji, bez rozwijania swoich własnych pragnień i marzeń. Na moje pytanie "Dlaczego nie rozwijasz siebie, swoich przyjemności, tego, co sprawia ci radość?" odpowiedziała: "Jestem zmęczona. Gdy wracam z pracy, nie mam już na nic ochoty".

   Wyobrażacie sobie, przepracować ponad dwadzieścia lat w zawodzie i nie być z tego, co się robi zadowolonym choćby w najmniejszym stopniu? To bardzo przygnębiająca perspektywa, ale to proza życia mojej rodzicielki. Sam nie wiem, jak mógłbym obudzić w niej chęć do czegoś więcej, niż wracania do mieszkania, odwiedzania mnie, gotowania i po prostu trwania. Jak obudzić w niej chęć rozwijania tego wszystkiego, co ją interesuje?

`jak zniweczyć dwie relacje w ciągu czterech godzin

   Szczerze mówiąc, zastanawiałem się ile będzie trwała ta moja rozkoszna sielanka towarzyska. Nauczony doświadczeniem, że żadna bliższa znajomość w moim życiu nie ma prawa bytu, jeżeli zaufam w jakimkolwiek stopniu dla człowieka i cóż, historia lubi się powtarzać, a karma wracać i przypominać o tym, że w przeszłości byłem jeszcze większym chujem, niż jestem obecnie. Życie.

   Sielanka nie trwała nazbyt długo, jak się okazuje. Kilka dni temu dowiedziałem się, że planowana jest impreza w ten weekend z okazji już zaplanowanego i dopinanego na ostatni guzik wyjazdu E. No dobrze, zacząłem się zastanawiać intensywnie, no bo przecież w poniedziałek mam być w Łodzi. "Nie martw się, przenocujesz u nas i pojedziesz", usłyszałem. I byłoby wszystko dobrze, gdyby moja skrajny introwertyzm się nie odezwał. A odezwał, ku mojemu nieszczęściu. I obudził z tej niezwykłej sielanki, przypominając, że przyjdzie mi poznać tam kogoś nowego, jeżeli zgodzę się pojechać. Przyjaciółka E., a moja koleżanka ma partnera. Cóż, postanowiłem rozwiązać to jak dojrzały człowiek i porozmawiać z tą, która tego chłopaka posiada.

   No i chyba moja delikatność i wyczucie chwili oraz słów dało się we znaki. Możliwe, że zabrzmiałem nieco agresywnie anonsując, iż moja obecność na imprezie poniekąd jest uwarunkowana obecnością tego nowego dla mnie człowieka, a raczej jego nieobecnością. Cóż, najwygodniej by było, gdyby po prostu się nie pojawił. Uznałem, że to nie jest zbyt wygórowana prośba, kurcze. Przeliczyłem się, w szczególności, że do prośby to miało daleką drogę i bardziej brzmiało jak żądanie z mojej strony. Panicz Draco żąda i ma być tak zrobione, basta.

   Jak się łatwo domyśleć, owa dziewczyna nie zareagowała pozytywnie. Nawet gorzej, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. Krótko mówiąc zostałem wyzwany od dołu do góry, nie pomijając wyciągania jakichś starych, śmiesznych spraw, nazywania mnie pizdusiem i debilem, no cóż. Nie była to przyjemna konwersacja. I żeby nie było, nie uważam, że tylko ja tu zawiniłem. Być może w znaczącym przypadku i owszem, ale nie w stu procentach. Nie sądzę, aby wyzywanie było bowiem słuszną decyzją, a ku takiej się właśnie M. skłoniła. Co było w tym wszystkim najbardziej przykre? Jeżeli ją poniosło i zaczęła mnie wyzywać, wszystko w porządku. Jeśli się odwdzięczyłem, już zostałem uznany a śmiesznego i żałosnego. Sensowna logika, nie ma co.

   Co gorsza, odczułem pewną nieprzyjemność w dalszych konwersacjach. Oczywiście wiedziałem, że E. i M. mówią sobie niemalże wszystko. Ale...
 "Niemniej jednak uważam, że Wasze zachowanie było trochę dziecinne", stwierdziła E. Trudno było się nie zgodzić, kurcze. Z przykrością przyszło mi to potwierdzić. Uznałem więc, że wyciągnę pierwszy rękę, bo w końcu z mojej winy ta dziwna kłótnia wynikła. I co słyszę? Słyszę, że skąd, E. wcale tak nie powiedziała. Nie potwierdziła własnych słów, hę? O co chodzi?
   Dalej, podczas którejś z rozmów doszliśmy do wniosku, że M. nie miała nigdy sytuacji, w której nie było na chleb w domu. A od M. słyszę, że E. powiedziała "nie zrozumiałabyś biedy". No kurwa mać, za przeproszeniem... Albo ja głupieję, albo o co chodzi?

   W efekcie udało mi się pokłócić z dwoma dziewczynami. Powiedziałem prawdę. Uważam, że to wygląda bardzo dwulicowo, skoro mówię coś dokładnie takiego, co mówiła jedna, a od drugiej dowiaduje się zgoła czegoś zupełnie innego. I przykro mi, ale ja nie rozumiem zawiłości sytuacji.

   Doszedłem jednak do jednej, złotej zasady, do której zamierzam się od dziś stosować. Wystarczyło bowiem powiedzieć, że w ten weekend mam pracę i nie mogę się pojawić. Obyłoby się bez nieprzyjemności, kłótni i spięć. Uwaga, uwaga - wystarczyło skłamać i byłoby wszystko w porządku. Taka wielka filozofia. Mam nauczkę na przyszłość. Nie zawsze prawda jest czymś, czego ludzie potrzebują.

  Przy okazji, pojawił się nowy audiolog na YT. Serdecznie zapraszam.

`dostajesz szansę, ale nie jest ona tym, czego potrzebujesz

   Zauważyłem niezwykle dziwną zależność w swoim życiu.
W momencie, gdy na oferty pracy, do których aplikowałem nie uzyskiwałem żadnej odpowiedzi, ogarniał mnie smutek, bezsens i wrażenie, jakoby to ze mną było coś bardzo mocno nie tak. Jestem osobą młodą. Jasne, bez doświadczenia w czymkolwiek, całe moje życie to pisanie i granie w gry komputerowe, ale na Boga, każdy kiedyś zaczynał, no nie?
   Teraz, gdy na aplikację uzyskuję odpowiedzi i zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne znów czuję się dziwnie. Nie tyle szczęśliwie, co... Jak zwierzę w klatce. Czuję się zmuszany do czegoś, czego robić wcale nie chce, co nie jest moim celem życiowym, moją pasją. No darujcie, praca w pralni to nie jest szczyt moich marzeń.

   Doskonale wiem o tym, że to tylko przystanek w moim młodym życiu. Mam dwadzieścia jeden, prawie, lat, a doświadczenie zawodowe równe zeru. To wcale nie jest nic pozytywnego, może stawiać mnie nawet w raczej negatywnym świetle. Nie obchodzi mnie to nazbyt szczególnie, ale wiem, że jakakolwiek praca to przystanek, który gwarantować mi będzie zarobek, aby móc rozwijać się na wielu płaszczyznach.
   Tylko to "wiem" wcale nie sprawia, że czuję się bardziej szczęśliwy lub mniej zamknięty. Nie spodziewałem się takich reakcji mnie samego i mojego umysłu, bo przecież długi czas zależało mi na tym, aby znaleźć jakąkolwiek posadę. A teraz, gdy mam ku temu okazję jedyne, o czym marzę to uciec gdzieś i zapomnieć, że w ogóle jakiekolwiek CV gdzieś wysyłałem.
   Fascynujące i przerażające jednocześnie. Ostatnio bowiem przeczytałem tekst, jakoby każdy Dawid robił w życiu zawodowym tylko to, co sprawia mu przyjemność. Cóż, naprawdę mam ochotę odrzucić szansę, którą dostaję, co oczywiście byłoby niezwykle nierozsądne.

   Umyśle, przestań płatać mi figle. Szlag by cię.
© Agata | WS | x x.